CZY LOBBY ANTY-LGBT TO PEDOFILE?

Czego lobby LGBT chce uczyć dzieci?

4-latki: masturbacji

6-latki: wyrażania zgody na seks

9-latki: pierwszych doświadczeń seksualnych i orgazmu

STOP PEDOFILII

Zobacz związek pedofilii z seksedukacją. Wejdź na stoppedofilii kropka pl. Pobierz poradnik „Jak powstrzymać pedofila?”.

Furgonetka z takimi napisami jeździ po wszystkich polskich miastach. Łączenie pedofilii z osobami LGBT jest tak wielką manipulacją, że nawet nie będę się zniżał do uźródłowienia takiego twierdzenia. Jednocześnie oczywistym jest, że państwo powinno chronić przed dyskryminacją wszystkich swoich obywateli, a w szczególności tych, którzy należą do różnego rodzaju mniejszości – jako że przede wszystkim to ich członkowie są na tę dyskryminację narażeni [1].

Dyskryminacja jest pojęciem bardzo szerokim, a zakaz dyskryminacji obejmuje nie tylko relacje państwo-jednostka (tzw. relacje wertykalne), ale także relacje między podmiotami prywatnymi (tzw. relacje horyzontalne) [2].

Teraz pytanie: czy jeżdżenie po ulicach miast z furgonetką, która zrównuje całą grupę osób należących do konkretnej mniejszości jest dyskryminujące czy też nie ma takiego charakteru? Odpowiedź na to pytanie brzmi: to zależy. A konkretnie zależy od tego, po ulicach jakiego państwa jeździłaby taka furgonetka.

Niektóre europejskie kraje zdecydowały się chronić m.in. mniejszości seksualne (ale także np. mniejszości narodowe, etniczne, czy wyznaniowe) za pomocą przepisów karnych zakazujących tzw. mowy nienawiści, uznając ją za przejaw dyskryminacji horyzontalnej. To znaczy, że ustawodawca sobie stwierdził, że zakaz takiej dyskryminacji stanowi na tyle ważne dobro, że zasługuje ono na szczególną ochronę przed naruszeniami. Osoby posługujące się mową nienawiści mogą więc oczekiwać, że postawi im się zarzuty, zostaną osądzeni przez sąd i wymierzy się im odpowiednią (tj. adekwatną do czynu i takie tam inne bzdury) karę, przewidzianą przez ustawodawcę.

Jakie to są te „normalne” europejskie kraje?

Są to przykładowo kraje Europy Zachodniej:

  • Szwajcaria – art. 261bis Schweizerisches Strafgesetzbuch [3],
  • Holandia – art. 137c Wetboek van Strafrecht [4], czy
  • Szwecja – rozdział 16 § 8 Brottsbalk [5].

Ale nie tylko one. Także kraje dawnego bloku wschodniego posiadają podobne przepisy, wśród nich są m.in.:

  • Węgry – art. 332 Büntető törvénykönyv [6],
  • Chorwacja – art. 325 Kazneni zakon [7],
  • Litwa (!) – tak, ta Litwa, która jednocześnie ma przepisy „o ochronie nieletnich” wymierzone przeciwko osobom LGBT – art. 170.1 Lietuvos Respublikos baudžiamasis kodeksas [8] czy wreszcie
  • Estonia – §151.1 Karistusseadustik [9].

Nawet Słowacja ma jakąś wersję prawnokarnej ochrony mniejszości seksualnych (chociaż nie w tak szerokim zakresie jak pozostałe wymienione kraje – art. 424 Trestný Zákon [10]) .

Ustawodawca polski stawia się poza sferą europejskiej kultury prawnej. Nie uważa on, że dobro, jakim jest ochrona mniejszości seksualnych przed mową nienawiści, a więc przed rodzajem horyzontalnej dyskryminacji, powinno być chronione przepisami prawa karnego.

Jak więc egzekwować zakaz dyskryminacji w Polsce?

Nijak – nie ma skutecznej drogi [11].

Wydaje się, że pozostaje jedynie droga cywilna. Czyli na chłopski rozum można pójść do sądu z pozwem i domagać się zaprzestania naruszania dóbr osobistych przez organizację stosującą dyskryminujące praktyki. Kiedyś udało się nawet zdobyć zabezpieczenie takiego powództwa [12], ale homofoby po prostu zmieniły treść, z którą obwożą się po całej Polsce.

Okazało się też, że droga cywilna jest nieskuteczna z uwagi na brak możliwości wykazania legitymacji czynnej do udziału w procesie o naruszenie dóbr osobistych (z prawniczego na nasze: nie istnieje ktoś taki, kto może pozwać fundację będącą właścicielem furgonetki o to, żeby ta przestała jeździć tą furgonetką) [13]. Na szczęście jest jeszcze drobny promyk nadziei – Tolerado zapowiedziało apelację od wyroku oddalającego ich powództwo.

Jak więc walczyć z naruszeniem naszych praw w sytuacji, w której system środków ochrony prawnej nie zawiera skutecznej instytucji pozwalającej wyeliminować naruszenie zakazu dyskryminacji? Niestety w przypadku rezygnacji państwa z zapewnienia ochrony, jedynym rozwiązaniem pozostaje samopomoc – czyli innymi słowy – napierdalanie się na ulicy z tymi pojebami. I liczenie się z konsekwencjami prawnymi tej napierdalanki [14].

Tylko problem polega na tym, że to co spotyka Margot, przekracza konsekwencje przewidziane przez przepisy prawa.

Areszt wydobywczy

Środki zapobiegawcze to takie rozwiązania, które mają na celu utrudnienie utrudniania prowadzenia postępowania karnego (zarówno na etapie postępowania przygotowawczego, jak i później na etapie przed sądem). Wśród nich są m.in. poręczenie majątkowe (czyli tzw. kaucja), dozór policji, czy najbardziej dotkliwe z nich wszystkich – tymczasowe aresztowanie.

Problem polega na tym, że tymczasowe aresztowanie jest nadużywane przez polskie sądy, co bardzo często zmienia tę instytucję w areszt wydobywczy.

Wciąż nie wiemy, które przesłanki zaszły w sprawie Margot według Sądu Okręgowego w Warszawie, uwzględniającego zażalenie prokuratora na wcześniejsze postanowienie sądu rejonowego, na podstawie którego została zwolniona do domu. Jednakże wydaje się, że żadna z przesłanek wymienionych w art. 258 KPK nie może znaleźć zastosowania w sprawie aktywistki Stop Bzdurom. Ja wiem że ten przepis jest napisany w taki sposób, żeby nikt go nie zrozumiał, ale na szczęście Polskę obowiązują przepisy międzynarodowe, do których przestrzegania sama się zobowiązała, dzięki czemu Europejski Trybunał Praw Człowieka miał okazję do przeformułowania tych przesłanek obowiązujących w Polsce w taki sposób, żeby były przystępne i zrozumiałe dla każdego:

Władze krajowe, w swych decyzjach o zastosowaniu tymczasowego aresztowania, poza uzasadnionym podejrzeniem skierowanym przeciwko skarżącemu, opierały się zasadniczo na trzech podstawach, a mianowicie na

(1) poważnym charakterze przestępstw, popełnienie których skarżącemu zarzucono;

(2) dolegliwości kary, która może zostać skarżącemu wymierzona oraz

(3) potrzebie zabezpieczenia odpowiedniego przeprowadzenia postępowania, przy uwzględnieniu ryzyka, iż skarżący może podejmować próby nakłaniania innych osób biorących udział w postępowaniu do składania fałszywych zeznań.

[15]

Baaaaaaaaaaaaardzo wątpliwe jest, by którakolwiek z tych przesłanek wystąpiła w sprawie Margot, nie mówiąc już o ich wspólnym wystąpieniu. Decyzja o tymczasowym aresztowaniu to jednak jedna rzecz. Zupełnie inną są zdarzenia, które działy się 7.08.2020 r. na ulicach Warszawy.

Pomimo ewidentnie wadliwej decyzji o tymczasowym aresztowaniu, Margot chciała się oddać w ręce policji przed siedzibą KPH, tuż po otrzymaniu informacji o rozstrzygnięciu sądu. Policja była jednak zainteresowana zrobieniem spektaklu medialnego i aresztowała dziewczynę na Krakowskim Przedmieściu.

To, co się działo przed, w czasie i już po aresztowaniu Margot, to przejaw instytucji państwowych działających jawnie poza prawem, na podstawie decyzji politycznej podjętej przez nieustalone osoby oraz łamiących podstawowe przepisy prawa. To co się działo wczoraj to przejaw autorytaryzmu.

Dlatego róbcie co w waszej mocy, by walczyć z tym systemem. Można zacząć od przyjścia na demonstracje, które będą miały miejsce w najbliższych dniach.

Pokażmy im, że potrafimy walczyć o egzekucję praw, które nam przysługują.

Czytaj dalej

Stop pedofilskiej ideologii Prezydenta Dudy

Wkurwiłem się.

Osoba, wobec której Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej zastosował prawo łaski, była skazana za przestępstwa, m. in.:

– z art. 197 § 3 pkt 2 i 3 k.k. (poddanie innej czynności seksualnej);

– z art. 207 § 1 k.k. w zb. z art. 157 § 2 k.k. (znęcanie się, naruszenie czynności narządu ciała na okres nie dłuższy niż 7 dni).

Motywy ułaskawienia: Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, podejmując decyzję o skorzystaniu z prawa łaski, miał na uwadze względy racjonalności i celowości, a w szczególności fakt pojednania się skazanego z pokrzywdzonymi, zadośćuczynienie wyrządzonym krzywdom oraz obecne wzorowe zachowanie.

Źródło

Naprawdę gówno mnie obchodzi, że ułaskawienie było na wniosek osoby pokrzywdzonej. Gówno mnie obchodzi, że sądy I i II instancji pozytywnie zaopiniowały prośbę o akt łaski. Gówno mnie obchodzi, że pan minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro, działający jako Prokurator Generalny, wystąpił do Prezydenta o skorzystanie z prawa łaski. Gówno mnie obchodzi, że ułaskawienie dotyczy jedynie darowania reszty środka karnego – zakazu kontaktowania się i zbliżania do osób pokrzywdzonych.

Jeszcze mniej obchodzą mnie losy tej konkretnej sprawy – mój wkurw nie ma nic wspólnego z tym konkretnym procesem karnym, stosowaniem prawa łaski czy innymi zagadnieniami z zakresu prawa.

Mój wkurw bierze się z tego, co poniżej.

TVP

1
Prezydent go ułaskawił. Mucha wyjaśnia i apeluje o niepowielanie fake newsów. Akt łaski dotyczył jedynie skrócenia zakazu zbliżania do osób pokrzywdzonych przez sprawcę, o co wnosiły one same – mówił wiceszef Kancelarii Prezydenta Paweł Mucha, odnosząc się do doniesień „Rzeczpospolitej”, że Andrzej Duda ułaskawił mężczyznę skazanego za przestępstwo seksualne na małoletnim. Źródło

Skoro redakcja TVP INFO sobie tak mocno bierze do serca apel o niepowielanie fake newsów, to dlaczego TVP publikuje takie artykuły?

Aktywiści LGBT zakłócili Mszę Świętą.

Uczestniczył w niej komendant policji. Cztery osoby zatrzymano w związku z zakłóceniem mszy w jednym ze świdnickich kościołów w województwie dolnośląskim. Do zdarzenia doszło po godzinie dziewiątej. Według relacji świadków, zatrzymani głośno krzyczeli, a chwilę później zostali wyprowadzenia z kościoła przez uczestników mszy – powiedziała Magdalena Ząbek ze świdnickiej policji.

(…)

Wikariusz świdnickiej katedry ks. Marcin Krzysztof Januszkiewicz poinformował na Twitterze, że aktywiści LGBT próbowali zakłócić celebrowaną przez niego Mszę Świętą. Mieli mieć jednak pecha, gdyż w liturgii uczestniczył komendant policji – wynika z tekstu duchownego.

„Dziś podczas Mszy św. którą sprawowałem #TęczowiTerroryści z pod znaku #LGBT wtargnęli do świątyni i wnosząc tęczową szmatę próbowali zakłócić liturgię. Opatrzność Boża sprawiła, że we Mszy św. uczestniczył komendant policji. Błyskawiczna reakcja, zatrzymanie i zarzuty” – napisał ksiądz, który później usunął wpis.

Policja potwierdza, że doszło do incydentu, na razie jednak nikt nie usłyszał zarzutów. Jak dotąd nie potwierdzono także znalezienia przy sprawcach tęczowej flagi.

Źródło

W rzeczywistości było tak:

Trzy kompletnie pijane osoby weszły do świdnickiej katedry i zakłóciły mszę świętą. Wbrew twierdzeniom prawicowych mediów nie był to jednak występek środowisk LGBT, ale wybryk chuligański.

Źródło

Dlaczego kłamliwy, pełen manipulacji i jawnie homofobiczny „reportaż” wyprodukowany przez TVP, zatytułowany „Inwazja” został usunięty z internetu dopiero po wydaniu przez sąd postanowienia o zabezpieczeniu powództwa złożonego przez KPH? Swoją drogą na stronach TVP wciąż dostępne są fragmenty tego reportażu, np. pod tym linkiem.

Dlaczego TVP INFO bezpardonowo atakuje obrońców osób LGBT, którzy są jednymi z największych bohaterów tego kraju?

Powstańcy bronią LGBT? „Jeden został konfidentem, drugiego nie ma w bazie”.

Prezes Związku Powstańców Warszawskich Zbigniew Galperyn i prezes Fundacji Pamięci o Bohaterach Powstania Warszawskiego Rafał Szczepański wydali oświadczenie „w sprawie mowy nienawiści wobec osób LGBT” i głoszenia „szkodliwych treści”. Dziennikarze Dorota Kania i Cezary Gmyz skomentowali oświadczenie, przypominając pewne niewygodne fakty.

(…)

Oświadczenie skomentował też dziennikarz TVP Cezary Gmyz, przypominając, że podpisali je „jeden, który został po wojnie konfidentem bezpieki” i drugi, który „nie został zarejestrowany w bazie powstańców”.

Źródło

Dlaczego TVP INFO daje platformę ludziom, którzy zrównują homoseksualizm z pedofilią, jednostronnie relacjonując wydarzenia związane z organizacją Stop Pedofilii? Co więcej – dlaczego TVP INFO w jednym artykule przyrównuje „aktywistów LGBT” do pedofilów?

Napad na kierowcę auta „Stop pedofilii”: działacz Lewicy chwali się udziałem.

Działacz Lewicy Mateusz Goździkowski zamieścił na swoim profilu utrzymaną w pochwalnym tonie relację z napadu na aktywistę biorącego udział w akcji „Stop Pedofilii”. Z wpisu Kai Godek wynika, że prawdopodobnie Goździkowski, który wcześniej nękał proboszcza jednej z płockich parafii, gdzie sprofanował także Grób Pański, sam brał udział w napaści.

(…)

Jak podają internauci, Mateusz Goździkowski jest pracownikiem Departamentu Bezpieczeństwa w Alior Banku.

Do tych informacji w mediach społecznościowych odniósł się także bank i poinformował, że obecnie trwa sprawdzanie, czy „zachowanie, o którym mowa dotyczy pracownika Alior Bank”.

Działaczka pro-life Kaja Godek przypomniała, że Goździkowski jest odpowiedzialny za inne akty nienawiści, m.in. za nękanie proboszcza jednej z płockich parafii i sprofanowanie Grobu Pańskiego w tamtejszym kościele.

Pedofile nieraz atakowali osoby, które próbowały bronić dzieci przed agresją. W 2019 r. dzięki ojcu 12-letniej dziewczynki doszło do zatrzymania mężczyzny, który umówił się na seks z jego córką. Wkrótce potem ojcu niedoszłej ofiary zaczęto grozić śmiercią. Pojawiły się także oferty, których autorzy chcieli zapłacić potencjalnemu sprawcy za gwałt na 12-latce.

Źródło

Tak kurwa. Fragment o nieudanym ataku pedofila na dziecko umieszczono w artykule, tuż po wypowiedzi Kai Godek na temat lewicowego działacza.

Dlaczego TVP kłamie na temat charakteru protestu, jaki miał miejsce w Warszawie dzień po ogłoszeniu przez kandydata na prezydenta Andrzeja Dudy tzw. karty rodzin?

Prowokacja środowisk LGBT w Boże Ciało.

W dniu, w którym katolicy obchodzą jedno z najważniejszych świąt w roku – na pamiątkę cudu przemiany konsekrowanego chleba i wina w rzeczywiste Ciało i Krew Chrystusa, działacze z Warszawskiego Strajku Kobiet, organizują „Tęczowe Disco pod Pałacem”. Taki jest pomysł środowisk LGBT na Boże Ciało.

Źródło

Dlaczego wreszcie TVP INFO daje platformę jawnym kłamcom?

Bielan: Prezydent Duda nie jest homofobem.

Prezydent Andrzej Duda broni praw rodziców do decydowania o tym, jak przebiega edukacja seksualna ich dzieci; nie uważam, żeby można to było nazwać poglądami homofobicznymi – powiedział w rozmowie z „Super Expressem” rzecznik sztabu prezydenta Adam Bielan.

Źródło

Prezydent Andrzej Duda jest homofobem

Bardzo mi przykro, ale mamy prezydenta, o którym spokojnie można powiedzieć, że jest homofobem.

Przez cały okres komunizmu w szkołach dzieciom wciskano komunistyczną ideologię. To był bolszewizm. Dzisiaj też próbuje nam się i naszym dzieciom wciskać ideologię, tylko inną, zupełnie nową. To jest taki neobolszewizm

Źródło

To jest człowiek, który podpisał „kartę rodziny”. Zawiera ona takie postulaty i obietnice:

Obrona instytucji małżeństwa:

– Małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, zgodnie z zapisami Konstytucji RP

– Brak zgody na adopcję dzieci przez pary homoseksualne

– Tworzenie dobrych warunków do wychowania dzieci

Ochrona dzieci przed ideologią LGBT:

– Zakaz propagowania ideologii LGBT w instytucjach publicznych

– Prawo rodziców do decydowania, w jakim duchu będą kształcić swoje dzieci

– To przede wszystkim rodzice są odpowiedzialni za edukację seksualną swoich dzieci

– Decydujący wpływ rodziców na formę i treść zajęć dodatkowych w szkołach i przedszkolach

Bezpieczna rodzina

– Wyższe i nieuchronne kary za przemoc w rodzinie

Źródło

Andrzej Duda nie widzi przemocy wobec osób LGBT.

Nawet gdy mówiłem mu [prezydentowi] o próbie zamachu bombowego na Marszu Równości w Lublinie, a on odparł, że nie słyszał. Nawet gdy mówiłem o kamieniach i butelkach na marszu w Białymstoku, a on mówił, że nie widział.

Źródło

Z jednej strony prezydent deklaruje, że będzie bronił dzieci przed ideologią LGBT. Co to jest tak ideologia LGBT – do dzisiaj nikt się nie dowiedział. Jednocześnie obiecuje, że będzie gwarantem bezpieczeństwa rodziny poprzez wyższe i nieuchronne kary za przemoc.

Wkurwiające jest to, że przedstawiciel obozu władzy, który od lat pierdoli o potrzebie „wstawania z kolan” w polityce międzynarodowej, wycofuje się z jawnie dyskryminującej i obrzydliwej narracji nie pod wpływem refleksji o swoim skurwysyństwie, a dlatego że największy sojusznik tupnął nóżką i zażądał złagodzenia tonu.

Donald Trump potwierdził donie­sienia prasy, że część żołnierzy USA zostanie wycofana z Niemiec. Teo­retycznie to zwiększa prawdopo­dobieństwo powstania tzw. Fortu Trump. Kluczową rolę w negocja­cjach na ten temat pełni doradca prezydenta Stanów Zjednoczonych Richard Grennell. Jest on zdekla­rowanym gejem i architektem glo­balnej kampanii pod auspicjami Waszyngtonu, której celem jest walka z dyskryminacją spo­łeczności LGBT. I wszystko wskazuje na to, że Andrzej Duda dowiedział się o tym fakcie dopiero po tym, jak porównał ideologię LGBT do bolszewizmu.

Jak wynika z informa­cji DGP, słowa polskie­go prezydenta odbiły się w Waszyngtonie szerokim echem, a Pałac Prezydenc­ki miała upomnieć amba­sador Georgette Mosbacher, która z Grennellem utrzymuje doskonałe relacje. Miała ona po­wiedzieć, że niemożli­we jest utrzymywanie przyjaznych stosunków z Waszyngtonem i jed­nocześnie stosowanie dyskryminacyjnej reto­ryki. Tylko tym można tłumaczyć szybką pró­bę wycofania się przez Andrzeja Dudę z tematu LGBT w serii anglojęzycz­nych tweetów.

Źródło

Chociaż ambasador USA zdementowała, jakoby rozmawiała z Andrzejem Dudą, to w cytowanym powyżej artykule takich informacji nie ma.

Polityka obozu władzy wobec pedofilii

Przestępstwa, które utożsamia się w powszechnym rozumieniu z pedofilią, są jednymi z najbardziej obrzydliwych przestępstw ściganych na gruncie polskiego prawa karnego. Receptą na nie, według rządzących, ma być zaostrzanie kar, obowiązkowe orzekanie środków karnych, czy tworzenie instytucji mających jednoznacznie piętnować sprawców pedofili – w postaci bardzo niedoskonałego rejestru pedofilów (1) (2). Z którego, według założeń ustawodawcy, sprawcy takich przestępstw nigdy nie powinni zostać wykreśleni. Pytanie czy taki sposób walki jest jakkolwiek efektywny nie jest przedmiotem zainteresowania władzy. Walka z pedofilią służy raczej celom politycznym niż prewencyjnym. Gdyby bowiem PiS chciał naprawdę walczyć z pedofilią – już dawno aparat państwowy zająłby się sprawami zinstytucjonalizowanej pedofilii w Kościele Katolickim.

Jednocześnie środowiska związane z obecną władzą zrównują środowiska osób LGBT z pedofilią. Prawdopodobnie jest to sposób obrony przed oskarżeniami o ukrywanie pedofilii kierowanymi pod adresem środowisk kościelnych.

Nie znam sprawy tamtej ułaskawionej osoby. Prawdopodobnie nigdy jej nie poznam. Dlatego nie odczuwam żadnych emocji wobec ofiar, czy wobec sprawcy. Zresztą ja nie robię w karnym, ja się na tej dziedzinie prawa po prostu nie znam.

Wkurwia mnie za to, że przedstawiciel partii, która obiecuje obronę polskich dzieci przed pedofilami, która rozpętała obrzydliwą nagonkę na osoby LGBT, która zrównuje te osoby z pedofilami, ułaskawia osobę skazaną za czyn opisany w art. 197 § 3 pkt 2 i 3 Kodeksu karnego.

Art. 197 § 3 KK:

Jeżeli sprawca dopuszcza się zgwałcenia:

2) wobec małoletniego poniżej lat 15,

3) wobec wstępnego, zstępnego, przysposobionego, przysposabiającego, brata lub siostry.

podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.

Prezydencie Andrzeju Duda, przestań wreszcie pluć nam w twarz i mówić, że to tylko deszcz pada.

Źródło zdjęcia będącego okładką wpisu.

Gdzie jest paszport dla mojego dziecka?

Wyobraź sobie, że spierdalasz z Polski razem ze swoim partnerem/swoją partnerką do jakiegoś normalnego kraju, który jest chętny rozpoznać i objąć ochroną wasz związek. Wreszcie nie jesteście obcymi sobie osobami, wreszcie możecie korzystać z pełni praw przysługujących parom heteroseksualnym znajdującym się w takiej samej sytuacji. Jesteście szczęśliwi/szczęśliwe, a w waszym życiu pojawia się wymarzone dziecko. Załatwiacie podstawowe formalności i planujecie wizytę u babci malucha na najbliższe święta.

Niestety nagle okazuje się, że Polska nie odpuszcza i znowu dostajecie z pięści w brzuch. Myśleliście/myślałyście, że już udało się wam uciec od tej paskudnej rzeczywistości? Dobre sobie, Polska was dopadnie zawsze i wszędzie.

Teoretycznie wasze dziecko jest obywatelem polskim, bo przecież jest twoim dzieckiem, a ty masz polskie obywatelstwo. Dziecko nie jest jednak obywatelem państwa, w którym się urodziło, bo nie obowiązuje w nim zasada prawa ziemi, zgodnie z którym dziecko urodzone na terytorium danego państwo nabywa jego obywatelstwo. To znaczy, że jedyne dokumenty tożsamości, jakie twoje dziecko może dostać to dokumenty polskie. A żeby dostać polskie dokumenty, trzeba mieć PESEL, a żeby dostać PESEL, trzeba przedstawić akt urodzenia.

I tu pojawia się problem, bo w akcie urodzenia twojego dziecka jako rodzice wpisane są dwie osoby tej samej płci. Urzędas w okienku robi wielkie oczy, rozkłada ręce, w życiu bowiem takich dziwów nie widział. No ale co zrobić, nie może przecież zaakceptować aktu urodzenia, w którym są dwie mamusie albo dwóch tatusiów! Skoro nie będzie aktu urodzenia to nie będzie PESEL-u, dowodu osobistego ani paszportu. Co to oznacza? Że ten urzędas właśnie efektywnie pozbawił twoje dziecko możliwości korzystania z dobrodziejstw wynikających z polskiego obywatelstwa.

Wiem, wiem – „dobrodziejstwa z bycia Polakiem” – to sformułowanie brzmi wyjątkowo śmiesznie. Tylko że z dokumentem potwierdzającym to obywatelstwo można robić bardzo dużo rzeczy. Przykładowo – wyjechać za granicę w ramach swobodnego przepływu osób w ramach UE, czy skorzystać z polskiego systemu opieki zdrowotnej.

No ale dobra, sprawa nie jest jeszcze przegrana, prawda? Istnieje coś takiego jak kontrola sądowa administracji, w Polsce realizowana przez odrębne sądownictwo administracyjne. Liczysz, że w sądzie znajdziesz sprawiedliwość dla swojego dziecka, więc idziesz do prawnika i on już zajmuje się skierowaniem sprawy na drogę sądową. Jeśli jesteś szczęściarzem – trafiasz na normalny skład sędziowski, który rozwiązuje twój problem i pozwala twojemu dziecku na pełne cieszenie się z (hyhyhy) dobrodziejstw polskiego obywatelstwa.

Nie będziesz jednak szczęściarzem, jeśli sąd będzie rozpoznawał twoją sprawę po poniedziałku 2.12.2019 r. Tego dnia Naczelny Sąd Administracyjny wziął i nasrał na prawo twojego dziecka do efektywnego korzystania z obywatelstwa.

Tyle wstępu, teraz może pokrótce o tym, o czym będzie ta krótka notka? Postaram się poruszyć w niej kilka wątków, niezbędnych do zrozumienia, dlaczego poniedziałkowa uchwała NSA będzie miała takie chujowe skutki. Mianowicie zajmę się próbą wyjaśnienia:

  • dlaczego polscy urzędnicy odmawiają dokonywania transkrypcji zagranicznych aktów urodzenia, w których wpisani są rodzice tej samej płci;
  • jak do tej pory sądy radziły sobie z podobnymi sytuacjami;
  • jak poniedziałkowa uchwała NSA wpłynie na podobne sprawy w przyszłości.

Mam nadzieję, że nie umrzesz z nudów w czasie dalszej lektury.

 

1. Dlaczego urzędnicy nie chcą polskich dzieci w Polsce

Transkrypcja dokumentów stanu cywilnego

Interesowało cię kiedyś, jak wygląda polski akt urodzenia? Nie? Nic mnie to nie obchodzi, tak czy inaczej ci go pokażę.

odpis-zupelny-aktu-urodzenia-1z2
Pierwsza strona wzoru odpisu zupełnego aktu urodzenia, link

Zauważyłeś pewnie, że w rubryce „dane rodziców” widnieją dwie pozycje – ojciec i matka? Nie „rodzic 1” i „rodzic 2”, tylko ojciec i matka.

No dobra, ale to jest wzór polskiego aktu urodzenia, jak to się ma do dzieci urodzonych za granicą, którym wystawiono zagraniczny akt urodzenia? Ma się bardzo dużo. Żeby wskazać, co dokładnie, to trzeba otworzyć magiczną książeczkę z przepisami zwaną Prawo o aktach stanu cywilnego. W tej ustawie znajduje się art. 104, którego ustęp 1 brzmi:

Zagraniczny dokument stanu cywilnego, będący dowodem zdarzenia i jego rejestracji, może zostać przeniesiony do rejestru stanu cywilnego w drodze transkrypcji.

Czym jest transkrypcja zagranicznego dokumentu stanu cywilnego? To wierne i literalne przeniesieniu treści zagranicznego dokumentu. Polski urzędnik dokonujący transkrypcji nie może ingerować w treść dokumentu, bo poświadczałby nieprawdę i inne takie tam bzdury związane z mocą prawną aktów stanu cywilnego, nad którymi nie będziemy się tutaj pochylać. [1]

Dla omawianej sytuacji istotne znaczenie ma przede wszystkim jeden z dalszych ustępów cytowanego wcześniej artykułu, tj. ustęp 5:

Transkrypcja jest obligatoryjna, jeżeli obywatel polski, którego dotyczy zagraniczny dokument stanu cywilnego, posiada akt stanu cywilnego potwierdzający zdarzenia wcześniejsze sporządzony na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i żąda dokonania czynności z zakresu rejestracji stanu cywilnego lub ubiega się o polski dokument tożsamości lub nadanie numeru PESEL.

Skoro ustawodawca mówi, że w wymienionych przypadkach transkrypcja jest obligatoryjna, to chyba sprawa jest załatwiona, prawda? Szczególnie że bez tej czynności urząd nie wyda twojemu dziecku polskiego dokumentu tożsamości, ani nie nada numeru PESEL, co uniemożliwi mu np. poruszanie się po Unii Europejskiej, czy wyjazd z kraju, w którym się urodziło do Polski. To chyba oznacza, że urzędas musi wziąć dupę w troki i z podkulonym ogonem dokonać tej transkrypcji w każdym przypadku wskazanym w tym przepisie, prawda?

No nie do końca. Mimo tego, że ustawa wyraźnie wskazuje na obligatoryjność transkrypcji aktu stanu cywilnego w określonych przypadkach, to urzędnik nie zawsze powinien takiej transkrypcji dokonać. Wyobraźmy sobie sytuację, w której 14-letnia Polka wychodzi za granicą za mąż za dorosłego faceta. Małżeństwo jest religijne, ale państwo trzecie rozpoznaje ten związek i sankcjonuje go wystawiając dokument stanu cywilnego. [2] Czy polski urzędnik powinien transkrybować taki dokument w opisanym powyżej trybie? Jeśli dokładnie wczytamy się w to, co pozostawiłem poza podkreśleniem, to moglibyśmy uznać, że urzędnik będzie miał obowiązek transkrypcji takiego aktu małżeństwa.

Czy to oznacza, że art. 104 ust. 5 Prawa o aktach stanu cywilnego dopuszcza sankcjonowanie przez państwo pedofilskich związków małżeńskich zawieranych w państwach trzecich? Jak pewnie się domyślacie – odpowiedź na to pytanie brzmi nie.

 

Klauzula porządku publicznego

Jaki mechanizm prawny umożliwia urzędnikowi (i później sądom) uniknięcie sankcjonowania sytuacji dopuszczalnych w innych państwach, ale niedopuszczalnych w Polsce? Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy zmienić ustawę i udać się do Prawa prywatnego międzynarodowego, w którym znajduje się art. 7:

Prawa obcego nie stosuje się, jeżeli jego stosowanie miałoby skutki sprzeczne z podstawowymi zasadami porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej.

Podobne regulacje znajdują się praktycznie we wszystkich aktach prawnych regulujących to, którego państwa prawo powinno być zastosowane w stosunkach międzynarodowych. Zarówno tych międzynarodowych, jak i w wewnętrznym ustawodawstwie innych krajów.

Aby dobrze zrozumieć, co tak naprawdę mówi przywołany artykuł, musimy odwołać się do teorii prawa. UGHHH TAK, WIEM, BĘDZIE JESZCZE BARDZIEJ NUDNO NIŻ BYŁO DO TEJ PORY. Bardzo mi przykro, ale art. 7 PPM zawiera klauzulę generalną [3], a żeby dobrze zrozumieć opisywaną sytuację, trzeba wyjaśnić to pojęcie.

Czym jest zatem klauzula generalna? To pojęcie niejednoznaczne i nie jest proste do zdefiniowania. Na pewno przepisy zawierające klauzule generalne zawierają pojęcia o charakterze oceniającym, czym umożliwiają dokonywanie organom stosującym prawo dokonywanie odpowiednich ocen wybiegających poza suche przepisy. Klauzule generalne mogą również odsyłać do kryteriów pozaprawnych (np. do norm moralnych, przykładowo do „zasad współżycia społecznego”, cokolwiek to znaczy). Na pewno klauzula generalna to taka norma prawna, która celowo została sformułowana w sposób nieostry lub niedookreślony. [4]

Ale jak to? Przepisy i normy powinny przecież być ostre i dookreślone, żeby nie było problemów z ich stosowaniem, prawda? No właśnie nie zawsze. Ustawodawca wprowadza klauzule generalne do systemu prawnego po to, żeby uelastycznić ten system, by organy stosujące prawo miały możliwość dostosowywania swojej działalności do indywidualnych spraw, w których literalne stosowanie przepisów doprowadzi do pokrzywdzenia poszczególnych osób. Takie przepisy są potrzebne właśnie po to, żeby chronić porządek prawny przed nadużyciami i absurdalnymi sytuacjami (jak np. uznawanie zagranicznych małżeństw religijnych zawieranych z 14-latkami).

Właśnie takim mechanizmem zabezpieczającym jest m. in. klauzula porządku publicznego. Jest to klasyczny przykład chronienia się państwa przed decyzjami innych państw, jeśli decyzje te pozostają w sprzeczności z porządkiem prawnym tego pierwszego. Wykorzystuje się wskazany powyżej mechanizm klauzuli generalnej, który przenosi ciężar podejmowania decyzji o zgodności z prawem konkretnych sytuacji z ustawodawcy na organ stosujący prawo.

Ten mechanizm niestety jest obecnie wykorzystywany w Polsce do odmawiania Polakom możliwości z korzystania ich podstawowych praw.

 

Odmowa transkrypcji zagranicznego aktu urodzenia przez urzędników

Jak zapewne wiesz, Polska nie rozpoznaje związków jednopłciowych, zawieranych poza jej granicami. Ponadto nie zezwala parom jednopłciowym na adopcję dzieci. Przepisy prawa rodzinnego zawierają definicję macierzyństwa i ojcostwa. Organy stosujące prawo wywodzą sobie z tego, że w Polsce rodzicami muszą być osoby różnej płci. Potwierdzeniem tego jest przywołany już wyżej wzór odpisu aktu urodzenia, który ma dwa obowiązkowe pola do wypełnienia – jedno wskazujące na matkę, drugie na ojca.

Praktyką w urzędach jest zasłanianie się klauzulą porządku publicznego (tj. art. 7 PPM) przed dokonaniem obligatoryjnej transkrypcji zagranicznego aktu urodzenia (obowiązek wynikający z art. 104 ust. 5 PASC) zawierającego jednopłciowych rodziców.

Po wyczerpaniu środków odwoławczych w administracji takie sprawy zwykle trafiają do sądów administracyjnych.

 

2. Co ważniejsze – dziecko czy świstek papieru?

Wyobraź sobie, że sprawa twojego dziecka wreszcie trafia do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Sprawuje on kontrolę nad działalnością administracji publicznej, a więc ma prawo ocenić, czy decyzja urzędnika o odmowie transkrypcji aktu urodzenia twojego dziecka była prawidłowa, czy też nie.

Sąd w takim przypadku staje przed bardzo trudnym dylematem: musi zdecydować co jest ważniejsze. Czy ważniejsze jest dobro dziecka i umożliwienie mu efektywnego korzystania z praw wynikających z polskiego obywatelstwa? Czy może ważniejsze jest zachowanie czystości prawnej przepisów o aktach stanu cywilnego i kodeksu rodzinnego przejawiające się w wyglądzie papierka będącego wzorek aktu urodzenia? Do tej pory orzecznictwo w takich sprawach było rozbieżne.

 

To nie jest kraj dla moich dzieci

Jedna linia orzecznicza była taka, że to urzędnicy mają rację odmawiając transkrypcji zagranicznych aktów urodzenia. Przepisy obowiązujące na terenie Rzeczypospolitej Polskiej nie przewidują przecież ani możliwości usankcjonowania związku osób tej samej płci, ani możliwości przysposobienia dziecka przez osoby tej samej płci. Pojęcia „rodzicielstwo”, „rodzice” zawsze odnoszą się do osób różnej płci, tj. kobiety i mężczyzny, na co wskazuje także jednoznacznie art. 18 Konstytucji, który stanowi, że małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

Najbardziej kuriozalnym elementem tej linii orzeczniczej jest troska o zachowanie właściwej formy aktu urodzenia – stąd tyle miejsca poświęciłem wcześniej na jej opisanie. Sądy odmawiały uwzględnienia skarg wnoszonych przez rodziców, bo wpisując do polskiej księgi urodzeń tak sporządzony za granicą akt urodzenia Kierownik USC musiałby wpisać dwie osoby tej samej płci, przy czym jedną z nich w rubryce „matka” a drugą „ojciec”.

Chciałbym, żeby to dobrze siadło. Sądy odmawiały polskim obywatelom prawa do posiadania PESEL-u i dokumentów potwierdzających to obywatelstwo i gwarantujących możliwość korzystania z wszelkich uprawnień wynikających z tego obywatelstwa, bo na druczku ministerialnym jest napisane „matka” i „ojciec”. Treść klauzuli generalnej zawartej w art. 7 PPM została wypełniona przez orzecznictwo w ten sposób, że posiadanie rodziców tej samej płci zostało uznane za pozostające w sprzeczności z ministerialnym wzorem jednego z urzędowych dokumentów. Na tej podstawie odmawiano dzieciakom dostępu do ich podstawowych praw.

Dodatkowo w uzasadnieniach tych orzeczeń pojawiają się pierdy, że przecież odmowa transkrypcji aktu urodzenia nie będzie uniemożliwiała w przyszłości ustalenia i wykazania przed polskimi organami i sądami swojego obywatelstwa. [5] Ciekawi mnie w jakim trybie miałoby to nastąpić? Powództwo o ustalenie obywatelstwa polskiego? Powództwo o wydanie dowodu osobistego? Powództwo o wpisanie do bazy PESEL? Spróbujcie dostać te rzeczy bez aktu urodzenia w aktach stanu cywilnego, powodzenia.

Na szczęście pojawiła się linia orzecznicza, idąca w kompletnie inną stronę.

 

Dziecko ważniejsze od druczku

W ubiegłym roku pojawił się przełomowy wyrok NSA, po którym pojawiły się kolejne, zawierające podobne rozstrzygnięcia. [6] Podobne rozstrzygnięcia pojawiały się już wcześniej na niższym szczeblu, tj. w Wojewódzkich Sądach Administracyjnych. [7]

Generalnie chodzi o to, że po kilku latach polskie sądy administracyjne nareszcie dostrzegły, że odmowa transkrypcji aktu urodzenia (bez którego nie dostanie się PESEL-u, bez którego z kolei nie dostanie się dowodu osobistego i paszportu) stanowi rażące naruszenie praw dziecka. Sądy przywoływały rozbudowaną argumentację, na którą składało się m. in. to, że przepis wyraźnie mówi o obligatoryjnej transkrypcji zagranicznego dokumentu stanu cywilnego w przypadku, gdy obywatel polski ubiega się o nadanie numeru PESEL albo wydanie dowodu tożsamości. Przecież odmowa takiej czynności prowadzi do ograniczenia dostępu do polskiego systemu oświaty, polskiego systemu opieki zdrowotnej, czy uniemożliwienia podróżowania do innych państw.

Do tego doszukano się naruszeń Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, przywołując orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który wielokrotnie wypowiadał się na temat tego, że jeśli dochodzi do kolizji norm prawnych, to podstawową regułą kolizyjną (tj. taką, która pozwala na rozstrzygnięcie, która z dwóch sprzecznych norm powinna znaleźć zastosowanie w konkretnej sprawie) powinna być dyrektywa nakazująca jak najpełniejsze poszanowanie praw dziecka. No i do kurwy nędzy, przecież dyrektywa jak najpełniejszego poszanowania praw dziecka nie jest czymś nieznanym w polskim prawie rodzinnym i administracyjnym. Ta zasada nie wynika sobie tylko z jakiegoś abstrakcyjnego orzecznictwa jakiegoś tam sądu międzynarodowego, ona jest obecna we wszystkich polskich instytucjach prawnych związanych z dziećmi. [8]

Wydawało się, że polskie sądy stanęły na wysokości zadania i znalazły złoty środek do rozwiązywania podobnych problemów w przyszłości. Nie byłby to pierwszy raz, gdy wobec braku inicjatywy ustawodawcy w zakresie ochrony praw osób LGBT i ich bliskich, taką pustkę prawną wypełnia orzecznictwo. Podobnie było przecież z uzgodnieniem płci. Do dzisiaj nie ma żadnej regulacji ustawowej w tym zakresie, a osobom pragnącym uzgodnić płeć pozostaje powództwo o ustalenie, uregulowane w art. 189 KPC. Co prawda jest to procedura trochę uwłaczająca, sąd rozpoznaje sprawę w trybie procesowym, jak każdą inną, a sami zainteresowani zmuszeni są do pozywania swoich rodziców, opiekunów prawnych lub kuratorów. Ale przecież jakoś to działa, z naciskiem na jakoś.

Wydawało się, że już będzie dobrze także w sprawach dzieci pochodzących z polskich rodzin jednopłciowych założonych za granicą. Niestety przyszła Polska i zesrała się nam wszystkim na głowy.

 

3. Żadnych złudzeń, żadnych marzeń, panowie i panie.

W poniedziałek 2.12.2019 r. Naczelny Sąd Administracyjny w składzie 7 sędziów wziął i spuścił do kibla pogląd o prymacie dobra dziecka nad tym, jak wygląda druczek polskiego aktu urodzenia. Skąd się wzięła ta uchwała? I dlaczego oznacza ona prawdopodobnie koniec linii orzeczniczej korzystnej dla dzieci pochodzących z par jednopłciowych? Postaram się wyjaśnić w ostatniej części tego troszkę przydługiego wpisu.

 

Nie kłóć się, przecież możesz mieć paszport tymczasowy

Do NSA wpłynęła skarga kasacyjna od wyroku WSA w Warszawie w identycznej sprawie, o których jest cała ta notka. Skład orzekający stwierdził, że występują poważne rozbieżności w orzecznictwie, a przecież jednym z zadań NSA jest podejmowanie uchwał mających na celu wyjaśnienie przepisów prawnych, których stosowanie wywołało rozbieżności w orzecznictwie sądów administracyjnych. W takim przypadku przekazuje się zagadnienie prawne do rozpoznania przed składem większym niż zwykle. Zagadnienie prawne przedstawione składowi 7 sędziów NSA brzmiało następująco:

Czy przepis art. 104 ust. 5 (…) Prawo o aktach stanu cywilnego w związku z art. 7 ustawy Prawo prywatne międzynarodowe, dopuszcza transkrypcję zagranicznego aktu urodzenia dziecka, w którym jako rodzice wpisane są osoby tej samej płci?

NSA podjął uchwałę, z której wynika, że polskie prawo nie dopuszcza wpisania do polskich akt stanu cywilnego zagranicznego aktu urodzenia dziecka, w którym jako rodziców wpisano dwie kobiety. Na razie nie dysponujemy jeszcze pisemnym uzasadnieniem uchwały, ale za to mamy relację z ustnego uzasadnienia motywów tego orzeczenia. [9]

Wydaje się, że wróciliśmy do starszej linii orzeczniczej, zgodnie z którą druczek jest ważniejszy niż prawa dziecka. Podobno sędzia sprawozdawca przedstawiając ustne motywy orzeczenia wskazał, jakie kroki może podjąć matka dziecka pozbawionego prawa do polskiego paszportu. Otóż może ona złożyć… skargę na bezczynność organu, który pozostawił jej wniosek o wydanie paszportu bez rozpoznania. Jak to przeczytałem to mi szczęka opadła. Co przepraszam, jak sobie NSA to wyobraża? Wejdzie sobie WSA i nakaże rozpoznanie wniosku o paszport? No fajnie, tylko gdzie jest PESEL, gdzie jest akt urodzenia? Przecież taki wniosek zostanie odrzucony przez organ administracyjny.

Dalej sąd powiedział, że przecież dziecko skarżącej kobiety może korzystać z paszportu tymczasowego. Doskonała argumentacja, całe życie na paszporcie tymczasowym.

Mam wielką nadzieję, że sprawa skończy się w Strasburgu i ci ludzie dostaną solidne odszkodowanie od państwa.

Jednak to nie sposób ustnej argumentacji jest najgorszy w tej sprawie. Najgroźniejsze dla praw dzieci z zagranicznych związków jednopłciowych jest to, czym ta uchwała jest z punktu widzenia systemu sądownictwa administracyjnego (i w ogóle całej polskiej administracji).

Moc uchwał „siódemkowych”, czyli dlaczego od poniedziałku mamy przesrane

Zagadnienie tzw. prawa sędziowskiego i sądowego ustawodawcy jest bardzo szerokim i rozległym tematem. Jedno jest pewne – mimo tego, że teoretycznie podstawowym źródłem prawa w Polsce jest działalność parlamentu, to w przepisach procesowych znajdują się takie, które pozwalają sędziom SN i NSA kształtować prawo w bardzo szerokim zakresie. Głównym narzędziem takiej działalności jest podejmowanie tzw. uchwał „siódemkowych” w sprawach szczególnie skomplikowanych i budzących poważne wątpliwości.

Jak to działa w postępowaniu sądowoadministracyjnym? Uchwały takie są de facto wiążące dla wszystkich składów sądów administracyjnych (a więc pośrednio również dla  innych organów, które pozostają pod kontrolą sądownictwa administracyjnego) z mocy art. 269 § 1 PPSA. Zgodnie z nim, jeśli jakikolwiek skład sądu administracyjnego rozpoznający sprawę nie podziela stanowiska zajętego w uchwale składu siedmiu sędziów, przedstawia powstałe zagadnienie prawne do rozstrzygnięcia odpowiedniemu składowi.

Oznacza to, że jeśli któryś sąd będzie chciał wrócić do korzystnej z punktu widzenia interesu dziecka linii orzeczniczej zezwalającej na transkrypcję aktów urodzenia, to trzeba będzie wydać kolejną uchwałę. [10] Szanse na taki rozwój sytuacji w najbliższej przyszłości są bliskie zeru – nikt przecież nie pójdzie jeszcze raz do NSA po to, żeby zajął się on tym, co dopiero co zostało rozstrzygnięte. Efektywnie oznacza to, że dopóki sprawą nie zajmie się ETPCz, polskie dzieciaki rodzące się za granicą w rodzinach jednopłciowych nie będą mogły korzystać z polskiego obywatelstwa. Bo wzór papierka opracowany przez Ministra Sprawiedliwości jest ważniejszy niż prawa tych dzieciaków.

I to jest główny powód, dla którego ta uchwała tak bardzo mnie wkurwiła.

 

4. Podsumowanie

Wydawało się, że udało się wywalczyć mały bastion normalności. Że nasze prawa i prawa naszych bliskich będą w jakimś niewielkim zakresie respektowane. Pojawiły się przecież na horyzoncie orzeczenia korzystne dla tych wszystkich dzieciaków, którym polskie urzędasy odmawiały m.in. prawa do wyjazdu za granicę.

I wczoraj Naczelny Sąd Administracyjny wszedł cały na biało. A my zostaliśmy z ręką w nocniku.


Przypisy:

[1] postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 8 maja 2015 r., sygn. akt III CSK 296/14
[2] więcej do poczytania o sprawie 14-latki, która zawarła małżeństwo religijne i braku obowiązku uznaniu takiego małżeństwa przez państwo trzecie – wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z dnia 8 grudnia 2015 r., sygn. akt 60119/12
[3] J. Poczobut (red.), Prawo prywatne międzynarodowe. Komentarz, 2017
[4] A. Bator (red.), Wprowadzenie do nauk prawnych. Leksykon, 2008
[5] dokładny opis linii orzeczniczej wraz z wykazem przykładowych orzeczeń znajduje się w uzasadnieniu postanowienia Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 17.04.2019 r., sygn. akt II OSK 1330/17
[6] T. Tadla, Glosa do wyroków NSA z dnia 10 i 30 października, II OSK 1868/16, II OSK 1869/16, II OSK 1870/16, II OSK 2552/16, 2019
[7] wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu z dnia 05.04.2018 r., sygn. akt II SA/Po 1169/17
[8] wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 10.10.2018 r., II OSK 2552/16
[9] K. Żaczkiewicz-Zborska, NSA: Dziecko dwóch kobiet nie uzyska transkrypcji aktu urodzenia, link, Sygnatura akt II OPS 1/19, uchwała 7 sędziów z 2 grudnia 2019 r.
[10] T. Woś, Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi. Komentarz, 2016

Dżuma w mieście Wrocław

W listach do redakcji pytacie, czy w Polsce dzisiaj jest tak źle jak w hitlerowskich Niemczech. Odpowiem słowami Waltera Tauska, mieszkającego w przedwojennym Breslau pisarza i przedsiębiorcy o korzeniach żydowskich, który zginął w 1941 roku. Jego pamiętniki zostały opublikowane w Polsce pod tytułem „Dżuma w mieście Breslau”, pierwszy raz w 1973 roku.

Wybrałem kilka fragmentów z samych początków władzy totalitarnej. Po więcej zapraszam do książki, w której zawarte są m. in. relacje z nocy kryształowej we Wrocławiu.

24 listopada 1925

Świat, w którym obecnie żyjemy, podupadł wprost beznadziejnie. Mówiło się zawsze, że będzie jeszcze gorzej, ale nikt nie spodziewał się, iż dojdzie do tak kiepskiej sytuacji. Mimo to wielu nadal jeszcze radośnie podskakuje. Jakimi durniami politycznymi są Niemcy, widać było choćby na przykładzie minionego święta umarłych we Wrocławiu. Ofiary wojny uczczono na czterech oddzielnych zgromadzeniach masowych! A wszystkie miały oblicze i wydźwięk swojej partii. Nawoływano oczywiście znowu do rewanżu i w salach ryczano pieśni wojenne, a czarne klechy, znowu to błogosławili – dokładnie jak w latach 1914-1918. A więc: Niemiec niczego nie zapomniał i niczego się nie nauczył! Zamiast wreszcie nie roztrząsać fatalnej wojny i zapewnić sobie przyzwoite miejsce w koncercie narodów, stara się nadal oto, żeby Niemiec pozostał mącicielem pokoju.

Sobota, 30 maja 1931

Lata człowiek po mieście przy 30 stopniach spiekoty w cieniu (i to pod wieczór)! U „Wertheima” oraz w hali wre robota – szczególnie, że od przedwczoraj odbywa się we Wrocławiu „XII Zjazd Żołnierzy Frontowych” (Stahlhelmu), o którym nie piszę, bo jest on wskroś antyrepublikański i ze związkiem starych żołnierzy nie ma nic wspólnego. Jest to po prostu ochotnicza armia, absolutną większość członków stanowią ci, którzy nie byli na wojnie (nawet nie mają do tego odpowiedniego wieku), natomiast ich wyposażenie jest całkowicie frontowe – z wyjątkiem broni. Ta indiańska banda mimo wrzasków o pokoju pragnie jego odwrotności!

Niedziela wieczór, 31 maja 1931

Przy tak pięknej pogodzie nie można przecież przez cały dzień siedzieć w domu i na zapas spać. Wyszedłem na ulicę skazany jak niegdyś w Lipsku na szwendanie się po mieście. Około godziny 6 trafiłem w sam środek zgrupowania Stahlhelmu, który właśnie gotował się do odmarszu na kwatery po wielkiej paradzie wojskowej na Osobowicach. Do Wrocławia zjechało się podobno 150 tys. członków Stahlhelmu. Wszyscy gotowi do wyruszenia w pole, tyle że bez broni. Ale wielu z hełmami, maskami gazowymi, ładownicami, pochwami na bagnety oraz saperkami!!!

Trzy czwarte tych ludzi wcale nie jest z roczników wojennych, lecz w wieku 15-29 lat. Są to dobrowolni rekruci ochotniczej, niemiecko-narodowej armii, którą oblicza się na około miliona ludzi. Owa armia pragnie wojny z Polską. Manifestacja wrocławska była nastawiona na propagandę „wojny narodowej z Polską o granicę wschodnią”!

Ci sami ludzie są jednak też przygotowani, by przy sympatii większej części społeczeństwa i widzów, tworzących szpalery, na ulicach, rozprawić się z własnymi ziomkami: republikanami, a zwłaszcza z komunistami. Czekają tylko na to! Prawie w tym samym czasie milion byłych uczestników walk na froncie francuskim wypowiedziało się zdecydowanie za utrzymaniem pokoju!

Ergo: niemiecki nacjonalista prowadzi systematycznie propagandę wojenną i przygotowania wojenne. I znowu – jak w roku 1914 – rozpęta pewnego dnia nową wojnę, w której ponownie otrzyma baty. Może nawet jeszcze większe! W jednym z moich powojennych dzienników napisałem: „Pewnego dnia naród niemiecki znowu rozpocznie marsz”. Ale na razie maszeruje tylko reakcja! Rozpoczęła ona ten marsz w interesie tych samych ludzi, dla których podczas ostatniej wojny lud niemiecki się wykrwawił: dla dynastii Hohenzollernów, których przedstawiciel, książę Wilhelm z Oleśnicy, brał oczywiście udział w demonstracji! Konserwatyści przyjmowali go wprost euforycznie!

Miałem sposobność stwierdzić, że wrocławscy robotnicy i bezrobotni po prostu kipieli ze złości. Dlatego też nastąpiły tu liczne krwawe starcia. Nocami komuniści strzelali nawet do oddziałów Stahlhelmu. Młodzi bojowcy tej organizacji zachowywali się we Wrocławiu jak we wrogim kraju i aż do odjazdu wałęsali się po ulicach bezprawnie obnosząc mundury, które myśmy nosili. Najpierw powinni na nie zasłużyć na wojnie!

Wczoraj dałem porządnie po nosie zarozumiałemu konserwatyście w wieku około 50 lat, który na ulicy głośno opowiadał się za nową wojną i za gotową na wszystko armią.

4 luty 1933

O wprowadzaniu rządów hitlerowskich. Niemcy moim zdaniem już nie mają „ponadpartyjnego rządu”, lecz prawdziwie absolutystyczny, na który składają się: styl rządzenia von Papen, program partyjny Adolfa Hitlera oraz nienawiść kół konserwatywnych i nazistowskich do wszystkiego, co nie do nich należy. W Niemczech władza aktualnie nie rządzi – władza tylko się mści i do tego używa całego aparatu państwowego. Doszło już do tego, że dymisjonuje się doświadczonych, wyśmienitych urzędników, na których miejsce kieruje się hitlerowców o przestępczej przeszłości i fatalnej opinii. Tak więc odpowiedzialne stanowisko prezydenta policji w Berlinie ma otrzymać hrabia Helldorf, który stracił cały majątek, zupełnie podupadł, został hitlerowcem z finansowych względów. Ale i tam nie zachował się fair i zasłynął w ubiegłym roku z napadów na Żydów na Kurfürstendamm. On wówczas ten hałas organizował i nim dyrygował, a potem utrzymywał, że nie miał o tym pojęcia. Sąd go uwolnił.

Także i Reichswehra jest na najlepszej drodze do upolitycznienia. Potem przyjdzie kolej na policję.

10 luty 1933

Notuje się pierwsze reakcje wobec nowego gabinetu. „Żelazny Front” umieścił wczoraj we Wrocławiu na wszystkich słupach ogłoszeniowych wielkie, czerwone plakaty (które jeszcze do tej pory nie zostały zalepione). Domagają się od hitlerowców realizacji wszystkich socjalnych i politycznych obietnic, których część miała być spełniona „w ciągu dwunastu godzin od przejęcia władzy”. Gęste tłumy ludzi stoją wokół słupów i śmieją się. SA i SS (ale przede wszystkim SA) szaleją w Niemczech, a szczególnie na Śląsku, okrutniej niżeli hordy z czasów wojny trzydziestoletniej. Przy użyciu łańcuchów, pejczów, stalowych prętów, kijów, rewolwerów, pasów i jeszcze innego „oręża duchowego” maltretuje się ludność na wsiach, w małych miasteczkach, na przedmieściach oraz w dzielnicach robotniczych. Przy okazji obrywają też „cywilni” zwolennicy hitleryzmu. I mimo wszystkie zarządzenia nadal nie zabrania się tej gwardii działać. To niemal cud, gdy ktoś Gruppenführera albo innego bohaterskiego oficera SA zaprowadzi osobiście na posterunek i zaskarży. Na Śląsku prowadzi bandytów do szturmu sam Gruppenführer Heines. Od kilku dni ta hołota kwestuje na ulicach na SA. Głupkowate niemieckie kołtuństwo daje.

Naśladując Mussoliniego i zabezpieczając swoją pozycję Hitler pragnie, żeby SA do 5 marca 1933 osiągnęła 800 tys. członków, aby była umundurowana i gotowa do akcji. We Wrocławiu rozwieszono już plakaty wzywające do „mobilizacji SA” oraz werbujące do „Standarte nr 11”.. Naród stoi przed nimi, gapi się niemądrze, przygląda sobie nawzajem i spokojnie aprobuje tworzenie partyjnej armii. Zaś odpowiednie organy władzy milczą, gdyż Hitler czarami skłonił je do milczenia i ponieważ jego kumple częściowo już siedzą na rożnych szczeblach tej władzy.

24 luty 1933

Począwszy od dnia 13 lutego każdego dnia punktualnie o godzinie 8.30 hitlerowcy zajmują miejsca na eksponowanych skrzyżowaniach i placach Wrocławia. Zaopatrzeni w duże flagi, plansze, a zwłaszcza w skarbonki, agitują hałaśliwie do późnych godzin wieczornych i zbierają pieniądze na fundusz wyborczy. Żadna inna partia tego nie robi. A kołtuństwo płaci. Jakaż przeto uboga musi być ta partia pyskaczy.

Jeżeli ma się odbyć pogrzeb komunisty zabitego przez SA, to każda demonstracja przeciw mordercom, każda czerwona wstęga itp. jest zabroniona. Jeżeli zaś mają pochować obszarpańca hitlerowskiego, który poniósł śmierć w „wojnie domowej”, to robi się z tego prawdziwy teatr na koszt państwa oraz wprawia w ruch żądną krwi propagandę przeciw marksizmowi.

Wieczorem 3 marca 1933

Po dwóch latach przerwy kupiłem sobie znowu trochę tytoniu fajkowego – paczkę prawdziwego tureckiego za 30 fenigów. Są to wprawdzie odpady, ale jednak czysty tytoń, który łagodnie i znakomicie pachnie. Siedzę teraz przy maszynie i powoli pykam. Zupełnie jak podczas wojny, kiedy prowadziłem dziennik. Obecnie notuję co nieco o „drugiej niemieckiej rewolucji”, czyli o kontrrewolucji wobec 9 listopada 1918 r., którą już wtedy się widziało. Cywilny stan wyjątkowy ograniczył nam wolność wypowiedzi i prasy oraz narzucił cenzurę listów, telefonów i telegramów. Cała prasa KPD została zakazana na okres 6 tygodni, a prasa SPD na okres 4 tygodni. W wydawanych jeszcze gazetach nie ma prawie wcale przedruków z pism zagranicznych. We Wrocławiu już nie można dostać zagranicznych gazet. Prasa jeszcze się ukazująca nie może pisać prawdy. I dlatego tzw. prasa rządowa ma wszelkie możliwości otumaniania społeczeństwa niesamowitymi bajeczkami. Tak więc opowiada się o berlińskim Domu Karola Liebknechta – który jest teraz zamknięty i nad którym powiewa hitlerowska flaga – że odkryto w nim katakumby i różne wyrafinowane zabezpieczenia.

We Wrocławiu naziści robią wiele „circenses”, lecz żadnego „panem”. Co dzień i co wieczór czynią wrzask, hałas i szum – zbiórki, marsze z pochodniami, wiece. Radio jest tym ludziom całkowicie zaprzedane. Wszędzie flagi, uroczyste ogniska na wierzchołkach gór i temu podobne czarowanie, mamienie i kaptowanie tłumów. Natomiast KPD, SAP i SPD zabrania się jakiejkolwiek działalności – nie wolno im nawet wywieszać sztandaru czarno-czerwono-złotego. Barwami Rzeszy są znowu czerń, biel, czerwień. W całym kraju gorliwie węszy się za składami broni i amunicji KPD, SAP, SPD i ciągle odkrywa się rzekomo takie składy (przeważnie zawsze w katakumbach). Natomiast nie słyszy się zupełnie o znajdowaniu składów broni SA, SS i Stahlhelmu; co jest tym bardziej dziwne, że np. w dzisiejszym Wrocławiu widzi się całe pochody członków SA z hełmami na głowach. Są to stare hełmy z wojny, na których z przodu namalowano białe swastyki. Osłaniają one zdecydowanie bydlęce gęby, z których wyziera jedynie chętka do bijatyki. Inne oddziały są wyposażone (do broni włącznie) na wymarsz w pole. Jako spokojny obywatel pytam zdumiony: po co?

Nie szkodzi, że terrorem chcą wyrwać z korzeniami Komunistyczną Partię Niemiec. Inna już sprawa, czy KPD zdołają zniszczyć jako poglądy. Zmyślone okropności opowiadane ostatnio narodowi to tylko szalbierstwo wyborcze. Przecież nawet zwykły członek Komunistycznej Partii Niemiec jest systematycznie szkolony ideowo i czyniony pełnowartościowym członkiem społeczności. Poza tym do KPD nie przyjmują ani mężczyzn, ani kobiet chorych wenerycznie, karanych, pijaków, anormalnych seksualnie albo chorych w jakiś inny sposób. W przeciwieństwie do załganych bajeczek o komunistach ta wiadomość jest faktem: pewien oficer z Berlina, przywódca młodzieżowego Stahlhelmu, oficjalnie rozpowszechnia podpisane przez siebie ulotki, w których nawołuje, aby chrześcijanie dobrze pilnowali swoich dzieci, ponieważ Żydzi rychło będą mieli święta wielkanocne, kiedy to zabijają dzieci chrześcijan, gdyż ich krwi potrzebują do macy wielkanocnej. To zaiste głębokie niemieckie średniowiecze. Ostatnio w SA rozdają kartki z tekstem: „Każda idąca samotnie nocą żydowska kobieta lub dziewczyna jest dla SS wyjęta spod prawa i może być zgwałcona”. Poniżej tego tekstu pisze jeszcze: „Ja także pokrywam – Goring”. Tenże jest ministrem.

10 marca 1933

We Wrocławiu rzuca się w oczy wielka liczba młodych nazi-łobuzów (z SA) w wieku 18-20 lat. Przy pasach noszą gumowe pałki, mimo że nie należą do policji pomocniczej Łobuzy te atakują na przedmieściach kobiety i dziewczęta, które posądzają o przynależność do SPD i KPD. Od dłuższego już czasu w śródmieściu biją na chybił trafił w biały dzień. Policja nic nie widzi!

12 marca 1933

To, co teraz widzę, przepowiedział niegdyś, co do roku i dnia, mój przyjaciel Erich Spelling. Dzisiaj ganiała po Wrocławiu gwardia hitlerowska wyposażona po wojskowemu i wcielała spontanicznie w życie – na podstawie własnych pełnomocnictw – liczne obiecanki swego wodza. Występowała przeciw sklepom i życiu gospodarczemu, a wczoraj przepędziła z wrocławskich sądów sędziów i adwokatów żydowskich, bez względu na odbywające się rozprawy. Niektórych nawet poturbowano. Dręczono także ewangelickich i katolickich prawników, którzy się przeciwstawili tej hotentockiej szajce. Hitlerowska gwardia w gmachu giełdy rewidowała żydowskich giełdziarzy, szukając broni. Chrześcijan nawołujących do rozsądku potraktowano przy tym jak parobków. I Stahlhelm, „Związek Frontowych Żołnierzy”, współdziała z nimi. „Mamy rozkaz od swego zwierzchnictwa i mamy czarną listę, na której podstawie pracujemy”.

Również i Stahlhelm wystąpił teraz w „blaszanych garnkach” (jak nazywaliśmy hełmy stalowe), z bagnetami i rewolwerami. Każdy członek SA, SS i Stahlhelmu ma też u pasa pałkę gumową albo kij z ołowianym końcem. To nie jest faszyzm, lecz wytęskniona, prawdziwa anarchia. A Führer może tę sforę zawrócić jednym gwizdnięciem. Konserwatywne oraz mniej albo więcej przez konserwatystów infiltrowane koła w całej Rzeszy widzą już, jaki idiotyzm popełniły. Teraz za późno zawrócić. Ich faworyt dorwał się do władzy i ustąpi tylko przed przemocą·

Moja niemal 81-letnia matka, Rosa Tausk, nie zdaje sobie sprawy z tych wydarzeń. Albo ich w ogóle nie rozumie, albo rozumie źle. Niekiedy egzaltuje się nadmiernie i potem cały boży dzień krzyczy na antysemitów. Przy okazji nawet przy obcych ludziach politykuje i piorunuje. Dlatego nie może sama chodzić do hal targowych, dokąd teraz towarzyszy jej służąca. Staruszka długo w noc słucha radiowych przemówień mężów stanu i gorączkuje się ciągle od nowa, a nawet śni się jej o tym.

17 marca 1933

Nasze miasto zajmuje w obecnych wydarzeniach zupełnie wyjątkowe miejsce. Jeżeli w świecie słychać coś o Wrocławiu, jest to zawsze wieść niezwykła i jedyna w swoim rodzaju, pachnąca z daleka „głuchym Podolem” („Hinterpodolien”). Tak jest i teraz, bowiem w żadnym innym mieście niemieckim, włącznie z zupełnie małymi dziurami, oddziały hitlerowskie nie obsadziły gmachów sądowych – tylko we Wrocławiu. Zarządził to Gruppenführer Heines ze swoją Standarte, na podstawie własnych pełnomocnictw. Wyrzucił przy tym wszystkich żydowskich adwokatów i sędziów.

Niedziela 23 kwietnia 1933

Podczas gdy w całych Niemczech na ogół zaprowadzono już ponownie spokój i porządek, we Wrocławiu oraz na całym Śląsku trwa w dalszym ciągu zamęt. Pan Edmund Heines, który właśnie niedawno ochrzcił swoim imieniem ulicę Am Anger [Łąkowa], jako prezydent wrocławskiej policji i Gruppenführer śląskiej SA terroryzuje nadal żydowską ludność i traktuje ją na równi z przestępcami. Heinesa kompani, m. in. nadprezydent Helmut Brückner, dzielnie mu sekundują.

Jak dotychczas, nowy rząd zapewnił narodowi jedynie wielkie uroczystości: święta narodowe z kolorowym napuszonym sztafażem i krzykliwymi mowami do ludu. Obecnie nazistowski program przewiduje na 1 maja obchody „narodowego święta pracy”. Początkowo naziści planowali likwidację pierwszomajowego święta robotników. Ale tak samo jak kiedyś kościół katolicki przejmował pogańskie święta, wykorzystując je do własnych celów dla ugłaskania mas, tak teraz Hitler przejął międzynarodowe święta pierwszomajowe, ba przecież jego partia to „socjalistyczna partia robotników”.

Ja jednak myślę, że robotnicy o rzeczywiście socjalistycznych przekonaniach nie skapitulują wewnętrznie, mima że ich prasa jest w dalszym ciągu zakazana i unicestwiana na dłuższy czas. Ludzi dziwuje, skąd się biorą pieniądze na owe wielkie uroczystości, przypominające igrzyska w rzymskiej starożytności. Wobec tych olbrzymich sum tak bardzo zwalczani „marksiści” byli nadzwyczaj oszczędni, ba, skąpi. Nie można im zarzucić, że na swoje uroczystości wyrzucali pieniądze na ulicę. Partia hitlerowska organizuje obecnie „szturmówki marynarskie” i coraz bardziej militaryzuje SA i SS. To już nie tylko milicja, choć oddziały nie są skoszarowane. Wyraźnie widać, jak po wojskowemu są wyposażeni, gdy ustawiają się w szyku: formacje bojowe, kompanie saperów, oddziały łączności, oddziały karabinów maszynowych itd.

Ponieważ „marksizm” już zastał pokonany, a po pogromie gospodarczym nie należy się również obawiać 600 tys. zrujnowanych niemieckich Żydów i około miliona ludzi pochodzenia żydowskiego (jeśli nie więcej), wygląda na ta, że naziści nie zbroją się dla wewnętrznych potrzeb, ale dla zagranicznej próby sił. I rzeczywiście znowu mówi się stale odzyskaniu „zagrabionych terytoriów”. Posuwają się nawet dość daleko. We wrocławskim dowództwie okręgu wojskowego zorganizowano np. „Wystawę Niemców Sudeckich”. Przy wejściu umieszczono mapę Niemiec i Czechosłowacji, na której Sudety i wszystkie tereny czeskie zamieszkane przez ludność niemiecką oznaczono takim samym czerwonym kolorem, jak terytorium Rzeszy. W dodatku napisano: NIEMIECKIE TERYTORIUM BEZPRAWNIE ZAJĘTE PRZEZ CZECHÓW. Istotnie, zajęte przez Czechów – ale od wielu stuleci, a myślę, że bez przerwy, w każdym razie ziemie te nigdy nie należały do Niemiec.

Ludziom rządzącym obecnie Niemcami wydaje się, że pracują „dla stuleci”. Racja! Dla stuleci, które zrywać będą boki od śmiechu na samo wspomnienie tych rządów! Niejako dla kontroli dalej będę’ prowadził mój dziennik.

Owszem, pewne podobieństwa z dzisiejszą Polską są zauważalne gołym okiem. Ale szczęśliwie suma wszystkich tych podobieństw nie jest na tyle duża, by móc obawiać się, że oto historia zatoczyła koło i wracamy do 1933 roku. Nikt nie zabija się na ulicach z powodów politycznych, społeczeństwo nie jest wysoce zmilitaryzowane, partia rządząca nie dysponuje zorganizowanymi bojówkami, a do tego nikt nie wyrzuca homoseksualnych prawników z sądów tylko ze względu na ich orientację. Na razie nie zanosi się na powtórkę z Hitlera.

Ale nie znaczy to też, że jest dobrze.

Zdjęcie ilustracyjne do znalezienia pod linkiem.