IPN na genderowym szlaku

Stało się. Jak alarmuje Do Rzeczy (Sławomir Cenckiewicz, IPN na genderowym szlaku, Do Rzeczy, nr 35/2014, strony 50-53, częściowo dostępny także na blogu autora) Instytut Pamięci Narodowej opętany został przez demona genderyzmu, co w perspektywie zaowocuje końcem nauk historycznych, jakie dzisiaj znamy. Na naszych oczach (według autora oczywiście) dokonuje się ostateczny upadek tej instytucji, której jedynym celem jak do tej pory było propagowanie prawdziwego obrazu historii narodu umęczonego (znów w mniemaniu publicysty).

Artykuł można potraktować jako manifest wzywający do walki o dusze prawdziwych Polaków w obliczu lewackiej ofensywy na historię. I oczywiście zgodnie z narracją mediów niemainstreamowych, niepokornych, ta walka jest z góry skazana na niepowodzenie, dopóki istnieją takie media jak TVN, Gazeta Wyborcza czy Polityka, które służą nieustannemu lemingizowaniu nieskończonych rzesz biednych, niczego nieświadomych duszyczek zdolnych tylko do przyswajania nieprawdziwej papki informacyjnej.

Dlaczego pan Cenckiewicz podnosi larum? Ano, jak wieść gminna niesie, instytut wydał dwie książki z zakresu gender studies (Kłopoty z seksem w PRL i Płeć buntu). Są one z oczywistych względów realnym zagrożeniem dla prawidłowego funkcjonowania narodu, a dalsze publikacje w tym nurcie należy zablokować, żeby nie przegrać bitwy o pamięć i sens polskości. Według autora, gender to dużo poważniejsze zagrożenie niż prowadzona na prawicy debata o ocenie powstania warszawskiego. Wzywa więc do monitorowania kolejnych publikacji IPN. Bo przecież pojawią się kolejne, a dwie dotychczasowe książki o aborcji, gejach i kobietach to stanowczo za dużo (zgodnie ze słowami autora o promocji homoseksualizmu, aborcji i walce z rzekomą opresją Kościoła katolickiego).

Większość swojego tekstu pan Cenckiewicz poświęca krytyce tych dwóch pozycji, przyjrzyjmy się więc, co ma o nich do powiedzenia. Kłopoty z seksem PRL pod redakcją profesora Marcina Kuli składają się z czterech esejów, które autor kolejno omawia.

Oto jej pomysłodawca i opiekun naukowy autorów – Marcin Kula, od lat relatywizujący komunistyczny totalitaryzm i psujący jakość polskiej historii wynurzeniami o drugorzędności faktów oraz bezsensowności wycierania spodni w archiwach – sugestywnie oznajmił we wstępie, że walka o przyrost naturalny (a w domyśle: obrona życia dzieci nienarodzonych) i nieakceptowanie homoseksualizmu są cechami charakterystycznymi zamordystycznych totalistów spod znaku Hitlera, Ceaușescu i Czerwonych Khmerów! Patrząc z tak zakłamanej perspektywy, październikowa zmiana roku 1956 r., wprowadzenie aborcji na życzenie i kilkunastoletnia era rządów Gomułki jawią się Kuli tyleż postępowo, co demokratycznie, pragmatycznie i wręcz modernizująco.

Nie znam całego dorobku profesora Kuli, zgaduję więc, że owo relatywizowanie odnosi się do prostego rozróżnienia między totalitarnym okresem rządów Bieruta i latami późniejszymi, kiedy mieliśmy do czynienia z państwem autorytarnym. Chyba że rozmawiamy w kategoriach czarno-białych (które prawicowi publicyści tak lubią), to rzeczywiście, po śmierci Stalina i XX Zjeździe KPZR nic się nie zmieniło, bo nie udało się obalić władzy komunistów i przejąć po nich sterów. Czy takie podejście to wspomniana relatywizacja komunistycznego totalitaryzmu?

Co do charakterystycznych cech totalitarystów, panu Cenckiewiczowi polecałbym zapoznanie się z historią prześladowań osób LGBT w przytoczonych państwach. Skrótowo tylko przypomnę, że zamykani w obozach koncentracyjnych niemieccy homoseksualiści nie byli z nich wypuszczani razem z innymi więźniami, ponieważ według władz amerykańskich i radzieckich znaleźli się tam jako przestępcy skazani na podstawie paragrafu 175 niemieckiego kodeksu karnego:

Przeciwny naturze nierząd, do którego dochodzi pomiędzy osobami płci męskiej albo między człowiekiem i zwierzęciem, jest karany więzieniem, z możliwością utraty praw obywatelskich.

– Paragraf 175 Kodeksu Karnego Rzeszy Niemieckiej w pierwotnym brzmieniu.

Zniesiono go po obu stronach żelaznej kurtyny dopiero w latach 60 (najpierw w NRD, dwa lata później w RFN). Karanie kontaktów homoseksualnych i zamykanie gejów w obozach zagłady przez reżim totalitarny to nie jest prześladowanie? Czy może według autora miejsce homoseksualistów i innych dziwaków jest w takim ośrodku? Idąc za tą myślą, zwykła penalizacja aktów homoseksualnych, czy też zmuszanie do zawierania ślubów z osobami tej samej płci to muszą być przejawy troski państwa o swoich obywateli!

Później genderowa nowomowa, w której nie ma miejsca na metafizykę i przypominanie troski Kościoła o zbawienie dusz abortowanych dzieci pozbawionych chrztu świętego, przypomina język marksistów.

To z kolei komentarz do eseju Aleksandry Czajkowskiej o ustawie aborcyjnej z 1956 roku. Akurat ten fragment mnie szczerze rozbawił, bo autor naprawdę zdaje się wierzyć w bzdury propagowane przez tzw. ruch pro-life. Dla chętnych polecam ten lub ten link. Już pomijając spór moralny między zwolennikami egzekucji praw kobiet a zwolennikami domniemanych praw nienarodzonych istot mających potencjał stać się ludźmi, zakazywanie jako metoda na walkę z niechcianymi zjawiskami jest wysoce nieefektywna. Pierwsze z brzegu przykłady przerobione już przez popkulturę to nielegalna dystrybucja alkoholu w czasach prohibicji w USA, która pozwoliła zbudować mafijne fortuny, a także wojny między kartelami narkotykowymi w Meksyku, które doprowadziły do śmierci tysięcy cywilów i żołnierzy. Podziemie aborcyjne istnieje i istnieć będzie, nieważne jak bardzo Terlikowski z Chazanem będą zaklinać rzeczywistość. Kobiety decydujące się na aborcję zmuszane są do szukania nielegalnych klinik, odzierane są z godności i pozbawiane podstawowych praw obywatelskich. A to wszystko w imię wątpliwych dogmatów religijnych.

Agata Fiedotow […] daje popis swojego teologicznego przygotowania. Nie znajdując (a raczej nie znając) podstaw doktrynalnych do potępienia praktyk homoseksualnych przez Kościół, obwieszcza zdecydowanie, jak przystało na nowy typ historyka z IPN, że przecież „żadna z Ewangelii nie podejmowała wprost kwestii homoseksualizmu, pojawiła się ona w Listach Apostolskich, gdzie »mężczyźni współżyjący z mężczyznami« wymieniani byli pośród innych grzeszników, którzy nie trafią do Królestwa Bożego”.

Czy chodzi o zdanie nie potępiamy grzesznika (osoby o skłonnościach homoseksualnych), ale grzech (sam akt współżycia z osobą tej samej płci)? Ten prosty sofizmat będący usprawiedliwieniem dla kościelnej homofobii jest wyjątkowo perfidny, bo przecież ta instytucja nie potępia homoseksualistów, o ile żyją w celibacie i nie nawiązują normalnych relacji romantycznych. Innymi słowy – pójdziesz do nieba jeśli powstrzymasz się od miłości w życiu doczesnym. Możesz na przykład oddać się służbie społecznej i zostać księdzem (chyba że akurat papież zabroni przyjmować mężczyzn o orientacji homoseksualnej do seminariów, wtedy pozostaje ci pustelnia).

Autor nie podaje wprost wspomnianych przez siebie podstaw doktrynalnych do potępienia praktyk homoseksualnych przez Kościół. Przyznam się, że nie jestem biegły w teologii katolickiej. Może któryś z czytelników będzie w stanie mi wskazać, gdzie znajdę uzasadnienie głównego powodu, dla którego niebo jest przede mną zamknięte?

W ten sposób Kościół katolicki, w oparciu o wątpliwe stanowisko odosobnionego w homofobii św. Pawła, dawał niejako przyzwolenie na działania milicji i bezpieki tropiących, rejestrujących i goniących homoseksualistów w PRL, stwarzając klimat szczelnej opresji.

Chwila, pogubiłem się. Autor nie zgadza się z tym twierdzeniem? Przecież w latach osiemdziesiątych, w trakcie trwania akcji Hiacynt, na czele kościoła katolickiego stał Jan Paweł II, który do zwolenników egzekucji praw osób homoseksualnych nie należał. Do dzisiaj kościół nie zmienił zdania na ten temat (niech za przykład posłuży ksiądz Dariusz Oko, ostatnimi czasy najczęściej wypowiadający się o homoseksualistach przedstawiciel tej instytucji). Dodatkowo związki wyznaniowe w różnych państwach legitymizują prawo otwarcie dyskryminujące homoseksualistów (w Ugandzie ustawa surowo penalizująca kontakty homoseksualne, w Rosji ustawa zakazująca propagowania homoseksualizmu wśród nieletnich – cokolwiek to znaczy). A przecież polskiej prawicy też marzy się ustawa na wzór tej putinowskiej.

Wracając jednak do pana Cenckiewicza – nie mogę zrozumieć dlaczego w zasadzie odmawia on prawa do badań nad wspomnianą już akcją Hiacynt tym, którzy chcą ją badać? Geje (jako podludzie oczywiście) nie mają prawa do poszerzania wiedzy o przeszłości swojej społeczności? Zorganizowana akcja milicji polegająca na gromadzeniu danych osobowych pod pretekstem przeciwdziałania epidemii AIDS była łamaniem praw człowieka i chyba jako taka podpada pod zapisy ustawy o IPN mówiącej, że instytut ma zajmować się rozliczeniem działań władzy komunistycznej wymierzonych przeciwko narodowi polskiemu. No chyba że autor autorytarnie pozbawia osób orientacji homoseksualnej obywatelstwa polskiego. Być może geje i lesbijki (czyli działacze światowego homolobby) zostali zrzuceni w Polsce z pokładów amerykańskich samolotów, zupełnie jak stonka ziemniaczana, albo z radzieckich, jak grupa inicjatywna.
Na koniec powiem tylko, że taka baza danych była doskonałym źródłem dla władz, które chciałyby rozpocząć akcję przeciwko całej społeczności lub jej pojedynczym członkom. W rękach rządzących znajdowało się idealne narzędzie szantażu mogące wyeliminować z polityki osoby o skłonnościach homoseksualnych, którzy nie chcieli się ujawnić. No i można zwrócić uwagę, że w roku 2000 powstał projekt zmiany ustawy o policji, pozwalający tworzyć swego rodzaju rejestr homoseksualistów (strona 8, punkt 4). Na szczęście projekt ten został odrzucony już w pierwszym czytaniu.

Półeczka w bibliteczce „gender studies by IPN” ma już dwie pozycje, ale niestety mają być następne.

No ja mam nadzieję, że będą.

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, możesz polubić fanpage tego bloga na facebooku.

Rodzice wracają do szkoły

To nie będzie notka o tym, jak powinien wyglądać polski system edukacji (zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z materiałami dotyczącymi szkoły demokratycznej, na przykład z tymi pozycjami). To będzie notka o tendencyjnym artykule z wprost zrzucającym odpowiedzialność za lenistwo rodziców uczniów na szkołę (artykuł K. Skrzydłowskiej-Kalukin Rodzice wracają do szkoły, wprost, numer 35/2014, strona 36-38, dostępny za opłatą również tutaj).

Czytaj dalej

Gra w Majchrowskiego

Zbliżają się wybory samorządowe, więc w publicystyce pojawiać się będzie coraz więcej materiałów o polityce lokalnej. Tak jak na przykład w ostatnim numerze wSieci (Witold Gadowski, Gra w Majchrowskiego, wSieci, numer 35/2014, strony 28-29; link dostępny chyba tylko dla posiadaczy subskrypcji) w paszkwilu na temat obecnego prezydenta Krakowa.

Żeby nie było, od razu zastrzegam, że nie uważam go za dobrego prezydenta (tak jak i kilku innych włodarzy miejskich w tym kraju) i zasługuje na krytykę, ale niech ta krytyka będzie merytoryczna i poparta argumentami ważnymi dla mieszkańców miasta!

Czytaj dalej