Rodzice wracają do szkoły

To nie będzie notka o tym, jak powinien wyglądać polski system edukacji (zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z materiałami dotyczącymi szkoły demokratycznej, na przykład z tymi pozycjami). To będzie notka o tendencyjnym artykule z wprost zrzucającym odpowiedzialność za lenistwo rodziców uczniów na szkołę (artykuł K. Skrzydłowskiej-Kalukin Rodzice wracają do szkoły, wprost, numer 35/2014, strona 36-38, dostępny za opłatą również tutaj).

Dla tych, którzy nie mają dostępu do wydania papierowego i nie chcą płacić za dostęp do artykułu: autorka zajmuje się problemem rodziców, którzy mają problemy z dopilnowaniem dzieci w odrabianiu zadań domowych i przestraszonych kontaktem z nauczycielem. Ci sami rodzice narzekają na brak czasu w związku z koniecznością dowiezienia swoich podopiecznych do szkół i na zajęcia pozalekcyjne.

Opisywani rodzice mają duży problem ze zdyscyplinowaniem swoich pociech do nauki. Ciężko mi wyrobić opinię na temat takich rodziców – ja sam raczej nigdy nie miałem problemów z nauką, a sam nie posiadam potomstwa, więc nie wiem, czy problemy opisywane przez autorkę są wydumane czy nie, bo po prostu nie znam ich z autopsji. Zdajmy się więc na opinię psycholog Agnieszki Stein (polecam poczytać jej bloga o rodzicielstwie), która staje w obronie rodziców i przerzuca winę za niepowodzenia na wczesnym etapie nauki na nauczycieli.

Ale [matka] nie będzie odrabiać lekcji z córką, bo to nauczycielka dostaje pieniądze za uczenie jej. A jak ona będzie chciała się tym zająć, to zapisze córkę do edukacji domowej.

W gruncie rzeczy jest to prawdziwe stwierdzenie. Do obowiązków nauczyciela, według Karty Nauczyciela, należy przede wszystkim wykonywanie zadań dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych. Problem polega na tym, że zadaniem nauczyciela nie jest wbicie dziecku do głowy tabliczki mnożenia, tylko wskazanie mu drogi, jak się jej nauczyć:

Szczegółowe zadania umożliwiające pełnienie (…) funkcji dydaktycznej, określonej przez zadania: dobierania, kategoryzowania celów nauczania i uczenia się, a także wyboru treści kształcenia, metod, form, środków dydaktycznych oraz kontrolowania, oceniania uczniów i stymulowania ich rozwoju.

Zawsze brałem za oczywisty fakt, że nauczyciel nie jest po to, żeby wbijać uczniowi wiedzę do głowy, lecz żeby wskazać mu skuteczny sposób nauczenia się tego, co przyda mu się w życiu (w wersji optymistycznej) lub chociaż tego, czego wymaga od niego podstawa programowa (w wersji realistycznej). Może mnie na studiach ze specjalizacją pedagogiczną źle uczyli, a może praca nauczyciela przedmiotowca różni się od pracy nauczyciela od maluchów. Może rzeczywiście jest on odpowiedzialny za wbijanie do głów uczniów nazw części mowy i zasad dodawania pisemnego, w taki sposób, że gdy dziecko wraca do domu, powinno już wszystko rodzicom recytować śpiewająco z pamięci.

No cóż, wydaje mi się jednak, że taki obraz nauczania początkowego (bo do niego przede wszystkim odnosi się tekst z wprost) jest zbyt utopijny, żeby mógł być możliwy. Nie wszystkie dzieciaki są w stanie w tym samym czasie wkuć tej nieszczęsnej tabliczki mnożenia i większość z nich musi poświęcić wolny czas na naukę w domu. Obowiązkiem rodzica, wynikającym z Ustawy o systemie oświaty (artykuł 18, ustęp 1 punkt 3), jest

zapewnienie dziecku warunków umożliwiających przygotowywanie się do zajęć.

Wydaje mi się, że można spokojnie z tego przepisu wyprowadzić obowiązek zainteresowania się postępami w nauce swojego własnego dziecka? A jeżeli dziecko ma jakieś problemy w przyswajaniu materiału, to chyba warto się tymi trudnościami zainteresować?

Maurycy natomiast mógłby wejść z nauczycielką w dyskusję. Basia nierówno pisze? Ja też. Nie zna tabliczki mnożenia? Ja zdałem maturę na piątkę, nie mnożąc z pamięci. Może pani oczekiwania są pozbawione sensu?

Może i są pozbawione sensu, ale nauczyciel jest rozliczany z realizacji podstawy programowej. Pani psycholog zachęca do zbuntowania się przeciwko istniejącemu systemowi, ale nie zauważa, że w obecnych ramach prawnych nie da się uciec od standaryzacji (przecież nawet uczeń w systemie edukacji domowej jest rozliczany z realizacji narzuconej wszystkim podstawy). Dlaczego więc obwiniany jest nauczyciel – stojący przecież na najniższym szczeblu hierarchii decydującej o kształcie systemu edukacji – a nie twórcy tego systemu?

Nie chodzi mi w tym wpisie o wszczynanie krucjaty wymierzonej w rodziców (jako odpowiedzi na rajd przeciwko nauczycielom, jaki zafundowały autorka artykułu przy wsparciu autorytetu pani psycholog). Raczej o zwrócenie uwagi na nie do końca rzetelny artykuł budujący negatywny obraz nauczycieli-nierobów, którzy nie uczą, chociaż im za to płacą; którzy są despotyczni i wymagają od rodziców, żeby ci wykonywali za nich obowiązki związane z nauczaniem. Tak nie jest (generalnie, choć zdarzają się przecież źli nauczyciele, którzy mogą się tak zachowywać; sam miałem beznadziejną nauczycielkę w nauczaniu początkowym) i żaden z pomysłów naprawy edukacji nie przerzuca obowiązku (czy też możliwości) uczenia się z ucznia na nauczyciela. Tygodnik opinii publicznej (a przecież za takie medium uważa się redakcja wprost) odpowiedzialny jest za kształtowanie opinii swoich czytelników, powinien być więc ostrożny w tym, co publikuje. A jeżeli publikuje krytyczny materiał na temat instytucji i grupy zawodowej mającej tak negatywny obraz w społeczeństwie (wystarczy poczytać komentarze pod artykułami o edukacji w internecie, krytykujące nierobów pracujących tylko od 18 do 22 godzin w tygodniu, mających trzymiesięczne wakacje i zajmujących się gnębieniem dzieciaków) to powinien dobrze uzasadniać swoje zastrzeżenia.

– A jak umówię się na ważne spotkanie, to około 15-16 koniecznie muszę kończyć, żeby odebrać dzieci – opowiada dalej Grażyna. I kiedy już je odbierze, to znowu zaczyna rozwozić. Julkę – na zajęcia tańca, jazdy konnej i dwa razy w tygodniu na angielski. Zosię – na taniec i dwa razy w tygodniu na plastykę. – Wychodzi siedem zajęć w pięciodniowym tygodniu – podsumowuje Grażyna. No, a potem oczywiście lekcje, sprawdzian, pakowanie tornistra…

Mała rada dla zabieganych rodziców organizujących swoim dzieciom życie na wzór pracy w korpo: może zatrzymacie się na chwilę i zastanowicie, czy dzieci naprawdę chcą jeździć na te wszystkie zajęcia? Może warto zapisać je na takie zajęcia, które naprawdę je interesują? Czy należy zaszczepiać w nich ten wyścig szczurów już od najmłodszych lat? Do przeczytania polecam też artykuł z najnowszej polityki poświęcony planowaniu przyszłości swoich potomków (taki przykład pozytywnego przeglądu prasy).

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, możesz polubić fanpage tego bloga na facebooku.

6 komentarzy do “Rodzice wracają do szkoły

  1. Szkoła jest od tego, żeby uczyć i zapewnić możliwość osiągnięcia wykształcenia dla wszystkich, niezależnie od tego z jakiej rodziny ktoś pochodzi i czy rodzina zapewnia mu odpowiednie warunki do rozwoju intelektualnego. A to paplanie, że wskazywanie dróg, a nie wkładanie konkretnej wiedzy – bzdura. Na polskim wymagają konkretnej interpretacji, ale jej nie podadzą tylko samemu trzeba dojść, a potem jest źle. Na matematyce zamiast podać wzór (który do cholery po coś istnieje i ktoś go po coś wymyślił) to każą go samemu wymyślać. Szkoła ma przekazać konkretną wiedzę i ją wyegzekwować, a rodzice – dobrze by było jakby interesowali się swoimi pociechami i pomagali im w nauce, ale bądźmy realistami – nie wszyscy, nawet jak mają czas, potrafią (np. z braków we własnej wiedzy).

    A co do zajęć pozaszkolnych: mnie wozili na całą masę i nie narzekam. Zawsze się coś może przydać 😛

    Polubienie

    • Może mam spaczone wyobrażenie tego, jak powinna wyglądać szkoła, ale tak powinno być – nie powinna istnieć jedna interpretacja tekstu na polskim, tylko każda logicznie uzasadniona i trzymająca się kupy powinna być dopuszczalna. Wzory na matematyce z czegoś wynikają, dobrze by było, gdyby nauczyciel pokazał uczniom z czego. Poza tym nauczyciel może pokazać uczniom te wzory i interpretację najbliższą intencjom autora, kontekstowi historycznemu czy czemu tam jeszcze, ale tylko od ucznia zależy, jak długo zajmie mu przyswojenie tej wiedzy, jeżeli w ogóle będzie chciał to zrobić.

      Też chodziłem na różne zajęcia pozaszkolne i nie kwestionuję ich zasadności w rozwoju dziecka, ale czy naprawdę siedmiolatkowi trzeba nimi wypełniać każdą wolną chwilę?

      Polubienie

      • Na maturze z polskiego wcale nie istnieje klucz. Po wyselekcjonowanym przejrzeniu wypracowań tworzy się taki jakby „klucz”, który jest właściwy i który jest najczęściej spotykany w odpowiedziach maturzystów, ale inne poprawne odpowiedzi też są punktowane 😛
        Co do wzorów na matmie – ja widzę wielki sens tego, żeby pokazać skąd się wzięły, bo wtedy biedny uczeń nie uczy się tego na pamięć, tylko zaczyna to rozumieć, logicznie myśleć i nawet jak zapomni część wkutego wzoru to bedzie mógł go sobie przypomnieć odtwarzając to, z czego on powstał.

        Polubione przez 1 osoba

    • Ależ oczywiście – niech istnieje więcej niż jedna interpretacja, ale wtedy – niech każda będzie dobra. Na sprawdzianie czy maturze nie oceniają Cię za własną interpretację tylko za interpretację zgodną z kluczem. Zatem jeśli liceum ma przygotować do matury to niech to do diabła zrobi podając co powinno się tam napisać. A w ogóle matura nie powinna oceniać interpretacji tylko konkretną wiedzę: o epoce, o autorze, o gatunkach, rodzajach literackich, czym jest każdy środek stylistyczny, gramatykę i ortografię, a nie zgadywanie co autor klucza myśli, że autor miał na myśli.
      Oczywiście, że od ucznia zależy, ale czasem mimo dobrych chęci można czegoś nie zrozumieć. Ja szłam i prosiłam o pomoc rodziców, ok. Ale nie każdy rodzic (również mimo dobrych chęci) potrafi dziecku wytłumaczyć, bo sam nie rozumie. W podstawówce (potem w gimnazjum i liceum już tego nie było, a szkoda) istniały (darmowe i organizowane przez szkołę) zajęcia wyrównawcze, na które można było przyjść (lub czasem nawet nauczyciel zmuszał żeby przyjść) i powtórzyć materiał, którego się nie rozumie (np. rozwiązując zadanie domowe przy pomocy nauczyciela). Jak dla mnie to to było dobre i dla uczniów i dla nauczycieli (dodatkowe godziny – nie obcinali im etatów).

      Zajęcia dodatkowe: jeżeli one wszystkie się dziecku podobają to czemu nie? U mnie to działało na zasadzie, że owszem miałam zawalony cały tydzień, ale te dodatkowe zajęcia (może oprócz gimnastyki korekcyjnej, ale to już ze względów zdrowotnych, więc inna sprawa) traktowałam jako przyjemność. Jak mi przestały sprawiać przyjemność to z nich rezygnowałam.

      Polubienie

      • Po pierwsze, też nie jestem fanem klucza na maturze, ale z drugiej strony nie można ograniczyć egzaminu z polskiego do samej wiedzówki z faktów, bo trzeba też sprawdzić umiejętność argumentacji, wyciągania wniosków i pisania w ogólności. Sprawa tego, jak to jest obecnie rozwiązane to już według mnie trochę inna bajka, ale nie do końca mam kwalifikacje, żeby się szerzej wypowiadać.
        Po drugie, zajęcia wyrównawcze są ustawowo zapewnione – jest zagwarantowana jedna godzina konsultacji w tygodniu, z każdego przedmiotu, na który każde dziecko może przyjść. Z doświadczenia jednak wiem, że przez cały semestr nikt na konsultacje nigdy nie przychodzi, tylko jak trzeba poprawiać sprawdziany to zbiera się tłum.
        Kolejna rzecz dotyczy wcześniej poruszanego „uczenia wzorów na matmie”. Jak dla mnie takie stwierdzenie jest kwintesencją błędnego postrzegania tej nauki. Matematyka nie ma polegać tylko na liczeniu „na liczbach”. W większości przypadków, matematyka na poziomie wyższym niż podstawówka skupia się właśnie na tym jak tworzyć wzory, wyprowadzać je i przekształcać, aby potem można było użyć wyspecjalizowanego aparatu matematycznego dostosowanego do rozwiązania konkretnego problemu. Może trochę się unoszę, jednak jako inżynier nie mogę milcząco znieść takich stwierdzeń. (Jeśli pojawi się tu komentarz o tym, że nie każdy jest inżynierem i nie każdemu jest matematyka w życiu potrzebna na poziomie matury, to stracę wszelki szacunek.)
        Z zajęciami dodatkowymi sprawa jest taka, że niektórzy rodzice zmuszają dzieciaki do uczestniczenia w nich, często jeszcze ucząc chorobliwej ambicji i wpajając kompleksy. Jeśli dzieciak sam chce chodzić na pierdyliard dodatkowych zajęć i mu z tym dobrze, to przecież nikt nie mówi, że jest jakiś problem…

        Polubienie

  2. Inżynierem nie jestem, ale z matematyką nigdy problemów nigdy nie miałam. I szlak jasny mnie trafiał jak podczas lekcji nie mogliśmy skończyć jednego przykładu, podczas gdy ja go rozwiązałam w ciągu 5 minut i resztę lekcji się najzwyczajniej w świecie nudziłam. A dlaczego nie mogliśmy go skończyć? Bo każdy musiał sam wymyślić wzór do rozwiązania tego zadania. A jak kiedyś pomagałam koleżance i po prostu podałam jej ten wzór to nie tylko jedno, ale i wszelkie podobne zadania rozwiązała. Nie mówię, że nie każdemu jest potrzebna matematyka na poziomie matury (zwłaszcza, że na maturze nawet nie musisz znać wzorów na pamięć – dostajesz je w tzw. ‚tablicach’), ale nie każdy jest Pitagorasem i chyba wystarczy umiejętność policzenia długości przeciwprostokątnej ze wzoru, nie trzeba samemu go wymyślać. (Tym bardziej, że fajnie jak się rozwiąże jedno zadanie, ale żeby coś utrwalić, zapamiętać, potrafić wykorzystać w przyszłości to miło by było zrobić ich chociaż z kilkanaście jak nie kilkadziesiąt.)

    Polubienie

Możliwość komentowania jest wyłączona.