Deklaracja wiary i sumienia nauczycieli polskich

W jednym z poprzednich wydań tygodnika wSieci (8-14.09.2014) pojawił się artykuł Marzeny Nykiel pod tytułem Tęczowa indoktrynacja. Tekst ten był pełen bzdur i nieprawdziwych stwierdzeń, o których pisałem w jednej z ostatnich notek. Autorka na początku swojego tekstu skrytykowała minister Kluzik-Rostkowską za kilka działań, które nie podobają się prawicy spod znaku krzyża i niepokornych. Skupiła się między innymi na stosunku urzędniczki do proponowanego projektu stworzenia deklaracji wiary nauczycieli.

Jako że pani Nykiel napisała bardzo mało o deklaracji, a ja zacząłem obficie wylewać swoje żale na ten temat w notce, która i tak już bez przydługiej dygresji była tl;dr, postanowiłem napisać osobny artykuł komentujący ten pomysł.


Skąd się wzięła idea deklaracji wiary?

5 marca 2014 opublikowano dokument o nazwie Deklaracja wiary lekarzy katolickich i studentów medycyny w przedmiocie płciowości i płodności ludzkiej. Jest to jednostronicowy dokument, zawierający kilka punktów, w których sygnatariusze deklarują swoje poglądy na temat płci i praw reprodukcyjnych. Deklaracja stwierdza, że moment poczęcia człowieka i zejścia z tego świata zależy wyłącznie od decyzji Boga, że aborcja, antykoncepcja, sztuczne zapłodnienie i eutanazja to grzech, a in vitro to sposób na odrzucenie samego Stwórcy. Uznają, że podstawą rozwoju zawodowego i umysłowego jest pogłębianie wiedzy z zakresu antropologii chrześcijańskiej i teologii ciała. Bez komentarza pozostawię wspomnienie tych dwóch nauk, ponieważ ich krytyka znowu przerodziłaby się w przydługą dygresję. Może kiedyś do nich wrócę.

Następnie deklarują, że pierwszeństwo nad prawem ludzkim ma dla nich prawo boskie. No i tu napotykamy pierwszy problem. Samo podpisanie deklaracji jeszcze nie oznacza złamania prawa, co jest chyba dla każdego czytelnika oczywiste. Jednak wszyscy sygnatariusze są obywatelami Polski (albo przebywają na jej terenie) i obowiązują ich wszystkie normy prawne ustanowione przez człowieka. Mogą oczywiście ich nie przestrzegać, jednak powinni liczyć się z konsekwencjami swoich czynów. Obowiązek przestrzegania prawa  nakłada na wszystkich artykuł 83. Konstytucji RP.

Warto teraz przyjrzeć się dwóm konkretnym ustawom: ustawie o zawodach lekarza i lekarza dentysty i drugiej, o zawodach pielęgniarki i położnej. Obie te ustawy zawierają klauzulę sumienia, która brzmi w następujący sposób:

Ustawa o zawodach lekarza i lekarza dentysty

Art. 39.

Lekarz może powstrzymać się od wykonania świadczeń zdrowotnych niezgodnych z jego sumieniem, z zastrzeżeniem art. 30, z tym że ma obowiązek wskazać realne możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w podmiocie leczniczym oraz uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji medycznej. Lekarz wykonujący swój zawód na podstawie stosunku pracy lub w ramach służby ma ponadto obowiązek uprzedniego powiadomienia na piśmie przełożonego.

Ustawa o zawodach pielęgniarki i położnej

Art. 12.

2. Pielęgniarka i położna mogą odmówić wykonania zlecenia lekarskiego oraz wykonania innego świadczenia zdrowotnego niezgodnego z ich sumieniem lub z zakresem posiadanych kwalifikacji, podając niezwłocznie przyczynę odmowy na piśmie przełożonemu lub osobie zlecającej, chyba że zachodzą okoliczności, o których mowa w ust. 1.
3. W przypadku, o którym mowa w ust. 2, pielęgniarka i położna mają obowiązek niezwłocznego uprzedzenia pacjenta lub jego przedstawiciela ustawowego bądź opiekuna faktycznego o takiej odmowie i wskazania realnych możliwości uzyskania tego świadczenia u innej pielęgniarki, położnej lub w podmiocie leczniczym.
4. W przypadku odstąpienia od realizacji świadczeń zdrowotnych z przyczyn, o których mowa w ust. 2, pielęgniarka i położna mają obowiązek uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji medycznej.

Oba te przepisy wyglądają bardzo podobnie: lekarz, pielęgniarka lub położna może odmówić wykonania świadczenia medycznego, jeśli jest ono niezgodne z jego sumieniem. W takiej sytuacji ma obowiązek poinformowania pacjenta o swojej decyzji, wskazania mu innego miejsca, w którym otrzyma on takie świadczenie i odnotować fakt skorzystania z klauzuli w dokumentacji medycznej. Lekarz ma dodatkowo obowiązek poinformowania przełożonego o swojej decyzji. Zarówno w klauzuli dla lekarzy jak i pielęgniarek zastrzeżono jeden przypadek, w którym pracownik medyczny nie ma prawa powołać się na klauzulę sumienia: są to sytuacje, w których zwłoka w udzieleniu pomocy medycznej mogłaby spowodować stan nagłego zagrożenia zdrowotnego (odpowiednio artykuły 30. ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty i artykuł 12. ustęp 1 ustawy o zawodach pielęgniarki i położnej). Łamiąc te zasady w imię wyższości prawa boskiego nad ludzkim, lekarze i pielęgniarki narażają się na poniesienie konsekwencji prawnych wynikających z nieprzestrzegania przepisów. Przedstawiciele innych zawodów medycznych nie mają prawa do klauzuli sumienia.

Dla sygnatariuszy deklaracji wiary takie rozwiązanie było jednak niewystarczające, stąd powstał jej tekst. Stanowisko na jej temat zajął Komitet Bioetyki przy Prezydium PAN, z którym można zapoznać się tutaj. Dla tych, którym nie chce się czytać długiego na dwanaście stron tekstu, informuję, że Komitet Bioetyki stwierdza:

  • żyjemy w demokratycznym państwie, którego podstawą funkcjonowania jest pluralizm poglądów, z którego wynika wprost, że nikomu nie można narzucić systemu wartości moralnych,
  • ustawy narzucają na lekarza lub pielęgniarkę obowiązek wskazania konkretnej normy moralnej, która zostałaby złamana, gdyby wykonane zostało dane świadczenie medyczne,
  • studentów medycyny należy uświadamiać, że w przyszłej pracy będą od czasu do czasu zmuszeni do postępowania niezgodnie ze swoimi przekonaniami, przede wszystkim w wypadkach zagrożenia życia,
  • prawo do skorzystania z klauzuli sumienia przysługuje tylko i wyłącznie osobom fizycznym, a więc nie mogą z niego skorzystać placówki medyczne jako całość,
  • lekarz, pielęgniarka i położna mają prawo do odmowy osobistego wykonania świadczenia medycznego, mają natomiast obowiązek dostarczenia pacjentowi wszystkich informacji, które mogą wpłynąć na jego decyzję o dalszym postępowaniu medycznym,
  • farmaceuci i przedstawiciele innych zawodów medycznych nie powinni dostać prawa do klauzuli sumienia, ponieważ nie świadczą oni bezpośrednich usług medycznych, w wyniku których mogłoby zostać naruszone konkretne normy moralne,
  • obowiązek wskazania miejsca, w którym pacjent otrzyma dane świadczenie medyczne, spoczywa na fachowcu, który na klauzulę się powołuje, jak i na kierowniku zakładu medycznego; Komitet rekomenduje stworzenie wewnętrznego systemu przepływu informacji dotyczącego fachowców przeprowadzających dane świadczenia medyczne.

Co powiedziała Joanna Kluzik-Rostkowska na temat projektu deklaracji wiary nauczycieli? Czy nauczyciele potrzebują klauzuli sumienia?

Po aferze medialnej związanej z deklaracją wiary lekarzy, pojawiły się głosy, że kolejne zawody stworzą swoje własne dokumenty na niej wzorowane. Jak do tej pory powstał projekt przeznaczony dla nauczycieli, o którym krytycznie wypowiedziała się minister edukacji narodowej. Ta właśnie wypowiedź była powodem ataku redaktor Nykiel w artykule Tęczowa indoktrynacja w tygodniku wSieci.

W konstytucji jest napisane wprost, że każdy obywatel ma takie same prawa i obowiązki, bez względu na wyznanie i światopogląd. W Karcie nauczyciela zapisano, że nauczyciel obowiązany jest do kształcenia w poszanowaniu konstytucji, w atmosferze wolności sumienia. Ma dbać o kształtowanie postaw moralnych i obywatelskich zgodnych z ideą demokracji, pokoju i przyjaźni pomiędzy ludźmi różnych narodów, ras i światopoglądów.

Przyjrzyjmy się więc aktom prawnym wpływającym na system edukacji w Polsce.

Ustawa o systemie oświaty

Nauczanie i wychowanie – respektując chrześcijański system wartości – za podstawę przyjmuje uniwersalne zasady etyki.

Art. 4.

Nauczyciel w swoich działaniach dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych ma obowiązek kierowania się dobrem uczniów, troską o ich zdrowie, postawę moralną i obywatelską z poszanowaniem godności osobistej ucznia.

Art. 13.

1. Szkoła i placówka publiczna umożliwia uczniom podtrzymywanie poczucia tożsamości narodowej, etnicznej, językowej i religijnej, a w szczególności naukę języka oraz własnej historii i kultury.

4. W pracy dydaktyczno-wychowawczej szkoły publiczne zapewniają podtrzymywanie kultury i tradycji regionalnej.

Karta nauczyciela

Art. 6.

Nauczyciel obowiązany jest:

3) dążyć do pełni własnego rozwoju osobowego;

4) kształcić i wychowywać młodzież w umiłowaniu Ojczyzny, w poszanowaniu Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, w atmosferze wolności sumienia i szacunku dla każdego człowieka;

5) dbać o kształtowanie u uczniów postaw moralnych i obywatelskich zgodnie z ideą demokracji, pokoju i przyjaźni między ludźmi różnych narodów, ras i światopoglądów.

Nauczyciele wyznania katolickiego mają w preambule ustawy o systemie oświaty wprost zagwarantowane prawo do kierowania się chrześcijańskim systemem wartości w swojej pracy. Pozostałe przytoczone przepisy wyznaczają warunki, w jakich ze swoimi podopiecznymi pracować ma pedagog. Takie ramy spokojnie wystarczą nauczycielowi chcącemu pracować w zgodzie ze swoim sumieniem. Nie wykonuje on żadnych czynności, w których potrzebna byłaby mu klauzula sumienia. Chyba że nauczyciel-katolik ma problemy z przekazywaniem wiedzy o teorii ewolucji na lekcjach biologii. Program w szkole nie służy jednak do wtłaczania uczniom prywatnych poglądów nauczycieli, lecz do prezentacji osiągnięć współczesnej nauki. W związku z tym nauczyciele nie powinni przekazywać dalej bajek o kreacjonizmie, gdyż nie ma on oparcia w nauce.

Takie ramy są jednak niewystarczające dla osób zaangażowanych w powstanie projektu deklaracji wiary i sumienia nauczycieli.

Co zawiera projekt deklaracji wiary nauczycieli?

Przyjrzyjmy się więc projektowi, który pojawił się w lipcu na blogu Janusza Górzyńskiego. Tekst ten jest tylko projektem – to oznacza, że nikt się pod nim nie podpisał, jest jednak najlepiej znanym w sieci tekstem proponowanego dokumentu. Broniąc się przed ewentualnym zarzutem ożywiania martwej dyskusji (piszę ten tekst pod koniec września, kiedy o deklaracji w mediach zrobiło się już w miarę cicho), przypomnę, że wpis ten powstaje ze względu na krótką wzmiankę w tygodniku wSieci. Skoro prawicowa publicystka jest w stanie wyciągnąć ten pomysł i niepowodzenie jego wprowadzenia przedstawia jako zarzut dla obecnej minister edukacji, nie mam oporów przed skomentowaniem tekstu ewentualnej deklaracji.

Pisownię pozostawiam oryginalną, pozwoliłem sobie z kolei wyróżnić kilka fragmentów.

Ja, nauczyciel Rzeczypospolitej Polskiej, przyrzekam rzetelnie pełnić mą powinność nauczyciela i wychowawcy, dążyć do pełni rozwoju i doskonalenia osobowego tak własnego, jak i powierzonych mi uczniów, w duchu patriotycznym i ewangelicznym, mając na względzie Dobro Wspólne (Bonum Commune) oraz Zbawienie własne i swoich podopiecznych.

Większość szkół w Polsce prowadzą samorządy terytorialne. Zgodnie z art. 5. ustawy o systemie oświaty, samorząd terytorialny ma prawo do tworzenia i prowadzenia szkół publicznych. Skoro samorząd terytorialny jest przedstawicielem władzy publicznej (a jest nim między innymi według raportu Fundacji Batorego, strona 10), a szkoły publiczne są jemu podległe, obowiązuje je przestrzeganie artykułu 25. ust. 2 Konstytucji, który nakazuje władzom publicznym zachowanie bezstronności w sprawach religijnych, światopoglądowych i filozoficznych. Dodatkowo art. 53. zapewnia wszystkim wolność religijną (w skład której wchodzi również wolność od religii). Ponadto Konkordat w art. 1. gwarantuje państwu polskiemu niezależność i autonomię od kościoła (gwarancja udzielona jest też w drugą stronę). W kwestii edukacji dokument ten gwarantuje wierzącym obywatelom możliwość organizacji lekcji religii, a kościołowi zakładanie własnych szkół. Dodatkowo Karta Nauczyciela obowiązuje pedagogów do wychowywania swoich uczniów w atmosferze wolności sumienia.

Nauczyciel wypełniając swoje obowiązki zawodowe nie ma więc prawa troszczyć się o zbawienie swoich podopiecznych, gdyż naruszałby wtedy wymienione przeze mnie zasady. Może oczywiście się zatroszczyć o dusze swoich wychowanków, lecz może zacząć to robić dopiero po opuszczeniu swojego stanowiska pracy.

Mając na względzie fakt, że Naród Polski jest narodem katolickim (…)

Popatrzmy na liczby bezwzględne. Konstytucja definiuje Naród Polski jako wszystkich obywateli państwa, lecz autorowi projektu deklaracji wiary chodzi raczej o osoby etnicznie utożsamiające się z Polską. Takich osób w 2011 roku (według Narodowego Spisu Powszechnego) było około 37 394 000 osób. W tym samym czasie osób należących do Kościoła Rzymskokatolickiego było 33 399 328 (dane za Głównym Urzędem Statystycznym). Brakuje prawie czterech milionów osób (zakładając, że żadna z pozostałych 1 468 000 osób mieszkających w Polse, które nie identyfikuje się z narodowością polską nie należy do kościoła), co sprawia, że twierdzenie o katolickości Narodu Polskiego jest mocnym nadużyciem.

Jesteśmy świadomymi łacinnikami i dlatego wyrażamy pełną wdzięczność naszym Przodkom za to, że możemy należeć do tej wspaniałej cywilizacji życia, miłości, prawdy, sprawiedliwości, miłosierdzia, dobra i piękna oraz świętości.

Ten fragment pozostawię bez komentarza, bo jest to temat na jeszcze dłuższą notkę. Zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z działalnością świętej Teresy z Kalkuty, czy materiałami na temat przyjaźni Jana Pawła II ze sprawcą największej afery pedofilskiej w historii kościoła.

3. UZNAJĘ pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim

-aktualną potrzebę przeciwstawiania się antypedagogicznym ideologiom oraz wszelkiej indoktrynacji we współczesnej „cywilizacji laickiej”, sekularnej, a nawet wrogiej Bogu i człowiekowi, której szerzenie grozi restauracją ludobójczych totalitaryzmów
-potrzebę stałego pogłębiania nie tylko wiedzy zawodowej, ale również wiedzy z zakresu wychowania i nauczania według nauczycielskiego stanowiska Kościoła katolickiego.

Po kolei. Sygnatariusz deklaracji wiary nauczycieli może uznawać pierwszeństwo prawa Bożego nad prawem ludzkim, podobnie jak sygnatariusze deklaracji wiary lekarza. Nikt im tego nie zabrania. Muszą jednak liczyć się z odpowiedzialnością prawną wynikającą z nieprzestrzegania prawa ludzkiego. Każdy, kto przebywa na terenie Polski musi bowiem przestrzegać praw stanowionych przez tych śmiesznych ludzików sprawujących władzę ustawodawczą. Jeżeli tego nie robi, ponosi karę przez nich przewidzianą. Każde dziecko o tym wie.

Z nazwy wymieniona została antypedagogika. Przedstawiona tu została jako źródło wszelkiego zła, a przecież jest to nurt znany pedagogice od bardzo dawna. Na pewno nie jest powodem degeneracji Polski i Polaków, ponieważ jeszcze do niedawna nurt ten nie funkcjonował w ogóle w przestrzeni nauk pedagogicznych. Neguje on potrzebę wychowywania dzieci zakładając, że są one w stanie samodzielnie stworzyć własny, spójny system wartości, którego będą przestrzegać. Nie należy jednak mylić założeń tego nurtu z tzw. wychowaniem bezstresowym, za którym nie kryje się żadna idea.

W temacie antypedagogiki polecam przeczytać artykuł na Wikipediitekst Anny Dyl, w którym krytykuje zarówno nieprawidłowe wychowywanie jak i nurty antypedagogiczne (polecam ze względu na dobre uźródłowienie tekstu), a bardziej zainteresowanych odsyłam do zapoznania się z literaturą związaną z nurtem pokrewnym do antypedagogiki, czyli edukacji demokratycznej.

Przyjrzyjmy się jeszcze ludobójczym totalitaryzmom. Nieznającym historii rosyjskiego prawosławia polecam zapoznać się z materiałami na temat współpracy Józefa Stalina z patriarchatem cerkwi. Z zależności, w jaką popadło prawosławie u naszych braci ze wschodu, do dzisiaj korzysta Putin. Polecam przypomnieć sobie także z lekcji historii, kto jest odpowiedzialny za stworzenie państwa kościelnego w XX wieku, które na początku swojego istnienia współpracowało z faszystowskimi Włochami. Oczywiście z konieczności, bo inaczej by nie przetrwało.

6. STWIERDZAM, że podstawą godności i wolności nauczyciela katolika jest wyłącznie jego sumienie, oświecone Duchem Świętym i nauką Kościoła. Nauczyciel katolik ma  prawo działania zgodnie ze swoim sumieniem i etyką nauczycielską, która uwzględnia prawo sprzeciwu wobec działań niezgodnych z sumieniem oraz niemoralnych.

Na jakie działania niezgodne ze swoim sumieniem skazany jest w dzisiejszej szkole polski nauczyciel-katolik? Może przecież wygadywać dowolne kłamstwa na temat homoseksualizmu, na przykład takie:

– Na jednej z lekcji usłyszałem od nauczycielki, że homoseksualizm to moda, że kiedyś homoseksualistów nie było. Nauczyciele pytali mnie, po co był mi ten coming out.

Źródło

Albo takie:

Elżbieta Haśko, nauczycielka wychowania do życia w rodzinie, mówiła uczniom na lekcji, że homoseksualizm jest jednym ze skutków pornografii. Po lekcji na swoim profilu na Facebooku napisała, że „homoseksualizm trzeba leczyć”, by ludzie o takiej orientacji byli szczęśliwi.

Źródło

Nie może natomiast podważać teorii ewolucji (poza lekcjami religii oczywiście), ponieważ obowiązuje go podstawa programowa, której realizacja obowiązkowa jest dla wszystkich nauczycieli. Także tych uczących w szkołach katolickich.

Reasumując – nikt nauczycielom wyznania rzymskokatolickiego nie odbiera wolności religijnej. Nie dziwi jednak zdanie (ostrzeżenie – link do Frondy, jeśli nie chcesz nabijać im wyświetleń – nie klikaj) Kluzik-Rostkowskiej o konieczności kontrolowania nauczycieli, którzy podpisaliby taką deklarację. Zarówno tekst dotyczący lekarzy, jak i projekt jej odpowiednika przeznaczonego dla nauczycieli zawierają w sobie punkt, w którym sygnatariusze jednoznacznie zapowiadają łamanie prawa polskiego. Odnosząc się jeszcze do podanego linku do Frondy – nie jest prawdą, że każdy ma prawo do przestrzegania klauzuli sumienia. Prawo do niej bowiem posiadają tylko lekarze, dentyści, pielęgniarki i położne.

Warto zapoznać się też z tekstem Wojciecha Staszewskiego Wierzę, że uczę z sierpniowego wydania Newsweeka, a także z projektem Działania na rzecz równości wyznaniowej i światopoglądowej w edukacji publicznej realizowanym przez fundację Polistrefa.

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, możesz polubić fanpage tego bloga na facebooku.

Głupota zabija na drogach, czyli kto tak naprawdę morduje pieszych

Każda przemyślana akcja mająca na celu zmniejszenie liczby śmiertelnych wypadków drogowych jest potrzebna. Tylko czy akcja, której towarzyszy tekst powołujący się na policyjne statystyki, według których piesi mordują co dziesiątą ofiarę wypadków drogowych jest przemyślana (Ewa Wesołowska, Głupota zabija na drogach, wSieci, nr 37/2014, czyli wydanie z 8.09, strony 44-45)? Dla tych, którym nie chce się klikać w link: akcja skierowana jest do pasażerów, którzy swoją prośbą mogą wpłynąć na niebezpieczne zachowanie kierowcy.

Czytając artykuł, który w większości skupia się na problemie brawurowej jazdy kierowców, głównie tych młodych, i promowaniu akcji Kochasz? Powiedz STOP wariatom drogowym, miałem wrażenie, że tekst pani Wesołowskiej mógłby trafić do planowanego przeze mnie pozytywnego przeglądu prasy. Miałby to być dział, w którym promowałbym wyjątkowo dobre i rzetelne artykuły z gazet, które staram się monitorować. Niestety, tygodnik braci Karnowskich znów mnie zawiódł. Autorka na sam koniec zarzuca pieszym powodowanie bardzo dużej liczby wypadków drogowych. Wprost pisze, że giną na drogach na własną prośbę. Niestety, twierdzi tak na podstawie rzetelnego źródła, jakim są statystyki policyjne. Pozwolę sobie przytoczyć ostatni akapit artykułu pani Wesołowskiej w całości:

Bezbronny jak pieszy

Wśród śmiertelnych ofiar na drogach zastraszająco wielu jest rowerzystów oraz pieszych. Z raportów policji wynika, że poruszający się na piechotę Polak jest dziesięć razy bardziej narażony na śmierć niż Szwed czy Duńczyk. Duża w tym wina braku infrastruktury, kładek i przejść podziemnych, zbyt małej liczby tzw. zebr, ale nie tylko. Winni są sami piesi, którzy nie używają odblasków, wychodzą z założenia, że to oni mają zawsze pierwszeństwo. W ubiegłym roku spowodowali oni 3 182 wypadki (9 proc. ogółu). W ich wyniku śmierć poniosło 576 osób. Głównie pieszych, którzy w obliczu kolizji z autem są bez szans. Podobnie jak rowerzyści, których co roku ginie ok. 500, a 5 tys. trafia do szpitali. Ryzyko śmierci rowerzysty jest w Polsce cztery razy wyższe niż w większości państw Unii. Nie zawsze wina leży po stronie zmotoryzowanego kierowcy. Cykliści często wymuszają pierwszeństwo, jeżdżą bez świateł, po pijanemu.

I giną.

Przyjrzyjmy się więc najpierw wspomnianym statystykom policyjnym za rok 2013 (raport do ściągnięcia ze strony policji), a potem zastanówmy się, w czym gorszy jest polski pieszy od pieszego ze Szwecji czy Danii.

W 2013 roku na przejściach dla pieszych wydarzyło się 3 647 wypadków (10,2% wszystkich wypadków), zginęło w nich 242 osoby (7,2% ogółu zabitych), a rannych zostało 3 672 osób (8,3% wszystkich rannych). Na chodniku lub drodze dla pieszych wypadków było 643 (1,8% ogółu), zmarło 39 osób (1,2% zabitych), rannych zostało 666 osób (1,5% wszystkich rannych).

Piesi spowodowali 3 182 wypadki (8,9% ogółu), w których zginęło 579 osób (17,2% ogółu zabitych), a obrażenia ciała poniosło 2 671 osób (6,1% ogółu rannych). 1773 (55,7%) tych wypadków spowodowanych było przez nieostrożne wejście na jezdnię przed jadącym pojazdem – w tych wypadkach zginęły 282 osoby (48,7% wszystkich zabitych z winy pieszego), a rannych zostało 1546 osób (57,7% rannych z winy pieszego).

A więc po kolei. Niepokoi duża ilość wypadków drogowych, które miały miejsce poza jezdnią. Ze statystyk wynika, że w całej Polsce prawie dwa razy dziennie jakiś kierowca lub rowerzysta wjeżdżał na chodnik lub drogę dla pieszych i powodował tam wypadek. Z zastrzeżeniem, że rowerzyści w sumie (czyli nie tylko na chodnikach) spowodowali 150 wypadków z udziałem pieszych, a w żadnym z nich nie było ofiar śmiertelnych.

Uderza dysproporcja między udziałem procentowym liczby osób zabitych przez pieszych, a rannych z ich winy. Możliwe wytłumaczenia tej sytuacji są dwa. Pierwsze wyjaśnienie jest bardzo proste i zakłada, że piesi są najgroźniejszymi mordercami spośród wszystkich uczestników ruchu drogowego. Czy może raczej samobójcami, bo w większości wypadków, które spowodowali, poszkodowani byli właśnie oni. Drugie jest bardziej złowieszcze: policja, być może chcąc uniknąć długiego dochodzenia lub litując się nad sprawcami wypadków, automatycznie wierzy kierowcom i obwinia pieszych, którzy nie bardzo mają jak przedstawić swoją wersję. Taką tezę stawia na swoim blogu psycholog transportu Jacek Grunt-Mejer. Na jej potwierdzenie przywołuje ten i ten artykuł (drugi link prowadzi do forum internetowego, ponieważ oryginalne artykuły w radomskim serwisie gazeta.pl i w archiwum nie już nie istnieją), a ja dorzucam jeszcze ten i ten.

Ponad połowa wypadków spowodowanych przez pieszych (1 773, czyli 55,7%) była spowodowana wtargnięciem na jezdnię bezpośrednio przed jadącym pojazdem. Na drugim miejscu znajdują się wypadki spowodowane przekraczaniem jezdni w miejscu niedozwolonym (11,3% wypadków), na jeszcze dalszym wejście na jezdnię przy czerwonym świetle (9,1% wypadków).

Co mówi kodeks drogowy? Pieszy może przekroczyć jezdnię w miejscu dozwolonym lub niedozwolonym. Przekraczanie jezdni w miejscu niedozwolonym ma swoje osobne miejsce w statystykach (11,3% wypadków). Z tego wynika, że nieostrożne wejście na jezdnię odbywało się zawsze w miejscu dozwolonym. Ustawa wymienia miejsca dozwolone w artykule 13. Są to: przejście dla pieszych, miejsce oddalone o 100 metrów od najbliższego przejścia dla pieszych i skrzyżowanie, z zastrzeżeniem, że dwie ostatnie możliwości są zabronione na drogach dwujezdniowych i drogach z wydzielonym torowiskiem w terenie zabudowanym. Dodatkowo pieszy pierwszeństwo przed pojazdem jadącym jezdnią ma tylko na przejściu dla pieszych.

Czyli jakaś część wtargnięć na jezdnię miała miejsce na przejściach dla pieszych. Nie da się oszacować niestety liczby tych zdarzeń, ponieważ statystyki nie rozróżniają przejść od innych miejsc, w których wolno przechodzić przez jezdnię. Z tego wynika, że nieprawdziwe jest twierdzenie pani Wesołowskiej, że jedną z głównych przyczyn wypadków z udziałem pieszych jest brak infrastruktury. Przecież ponad połowa powodowanych przez nich kolizji zdarzyła się w miejscach, w których mają prawo się pojawić.

Skąd więc tak wysoka liczba wypadków powodowanych przez pieszych w obrębie przejścia dla pieszych? Z obowiązującego stanu prawnego. Z kodeksu drogowego możemy wyczytać:

Art. 13

1. Pieszy, przechodząc przez jezdnię lub torowisko, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność oraz (…) korzystać z przejścia dla pieszych. Pieszy znajdujący się na tym przejściu ma pierwszeństwo przed pojazdem.

Art. 14

Zabrania się:

1. wchodzenia na jezdnię:

a. bezpośrednio przed jadący pojazd, w tym również na przejściu dla pieszych,

b. spoza pojazdu lub innej przeszkody ograniczającej widoczność drogi.

Pieszy w Polsce chroniony jest dopiero w momencie, w którym już znajduje się na przejściu dla pieszych. Takie rozwiązanie oznacza, że kierowca wcale nie musi ustąpić pierwszeństwa pieszemu zbliżającemu się do przejścia lub przed nim stojącemu. Co więcej, pieszy nie ma prawa wejść bezpośrednio przed jadący pojazd. Dzięki tym dwóm przepisom bardzo łatwo obwiniać pieszych za wypadki na przejściach, a kierowcom pozwala się łatwo uniknąć odpowiedzialności za spowodowany przez siebie wypadek. No bo przecież pieszy mógł nie pchać się pod koła jadącego pojazdu.

W Sejmie znajduje się projekt nowelizacji kodeksu, który będzie dawał pierwszeństwo pieszemu wchodzącemu na przejście, ale projekt nowelizacji utknął w komisji. Pół kroku do przodu, dosłownie. Cóż bowiem znaczy wchodzący na przejście? Nie jest to osoba, która przed przejściem czeka. Co gorsze, projekt nie zawiera też zmiany artykułu 14, zabraniającemu pieszemu pchania się pod koła. Czyli jeśli projekt tej nowelizacji kiedyś zostanie przyjęty w dzisiejszym brzmieniu, wchodzący na zebrę pieszy, mający pierwszeństwo przed jadącymi samochodami, dalej będzie mógł wtargnąć na jezdnię bezpośrednio przed jadący pojazd.

Jak sprawa ma się w innych krajach? Jakiś czas temu Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego opublikowała przygotowany dla niej raport dotyczący ochrony pieszych na przejściach. Co z niego wynika?

Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry były jedynymi państwami spośród przebadanych, w których prawo chroni pieszego dopiero w momencie, w którym znajdzie się on na przejściu dla pieszych. Francja i Norwegia daje pieszemu pierwszeństwo przed nadjeżdżającymi pojazdami nawet wtedy, gdy pieszy nie ma wyraźnego zamiaru przejścia przez zebrę.

ochorna pieszychŹródło

A jak wygląda śmiertelność pieszych w państwach europejskich? Warto zwrócić uwagę na kraje, w których pieszy uzyskuje pierwszeństwo przed jadącymi pojazdami dopiero w momencie zbliżania się do pasów (Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry). Piesi z tych krajów są najbardziej narażeni na śmierć. Raport Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego nie uwzględnia sytuacji prawnej Grecji, Łotwy i Estonii, w których śmiertelność ta jest duża.

Mapka zawiera dane z 2008 roku – według statystyk policyjnych zginęło wówczas 1882 pieszych. Dla porównania – w omawianym przeze mnie w tej notce 2013 roku na drogach zginęło w sumie 1140 pieszych, co daje wskaźnik śmiertelności w okolicach 30 osób na 1 mln mieszkańców.

Źródło

Myli się więc pani Wesołowska pisząc, że piesi giną na własną prośbę. Piesi giną, bo przepisy w Polsce nie chronią tych, którzy są najsłabszymi uczestnikami ruchu drogowego. Wręcz przeciwnie, przepisy zezwalają kierowcom na kompletny brak ostrożności przed przejściami dla pieszych.

Jeżeli zainteresował Cię temat tego artykułu, możesz poczytać więcej na blogu Strefa piesza lub na stronie Transport Publiczny. Możesz też polubić fanpage’a Negatywnego przeglądu prasy na Facebooku.

Tęczowa indoktrynacja

Zastanawiałem się przez chwilę, czy napisać o tym artykule na blogu (Marzena Nykiel, Tęczowa indoktrynacja, wSieci, nr 37/2014, strony 46-48, część artykułu dostępna na stronie wPolityce.pl). Przecież cała polska blogosfera i publicystyka urodziła wiele wartościowych tekstów o edukacji seksualnej, o inicjatywie STOP pedofilii, czy o domniemanym związku między męskim homoseksualizmem a pedofilią. Nie wiem, czy jestem w stanie napisać coś nowego i czy moje wynurzenia będą mogły jakoś przysłużyć się do obalania bzdur wypisywanych przez niepokornych (do których pani Nykiel przecież należy). Jednak spróbuję i podejmę się zdementowania fantazmatów (ostatnio ulubione słowo prawicowej publicystyki) wypisywanych przez autorkę.

Okazuje się, że nie ja jeden postanowiłem napisać coś na ten temat.  Trochę się mimo wszystko spóźniłem, bo pan Dzierżawski (pełnomocnik komitetu STOP pedofilii) powoływał się na artykuł z tygodnika Karnowskich w swoim sejmowym przemówieniu.

Warto najpierw wspomnieć kilka słów o autorce. Marzena Nykiel jest absolwentką Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (kierunki filozofia i dziennikarstwo) a także łódzkiej filmówki (kierunek produkcja filmowa). Publicystka związana z takimi mediami jak wSieci, wPolityce.pl, Głos Katolicki, a wcześniej także z Uważam Rze. Popełniła książkę zatytułowaną Pułapka gender, a film promujący tę pozycję można obejrzeć tutaj. W artykule we wSieci autorka najpierw atakuje minister Kluzik-Rostkowską za zablokowanie deklaracji wiary nauczyciela i krytykę akcji nadającej certyfikaty szkołom wolnym od gender. Następnie sama przechodzi do wygadywania bzdur na temat edukacji seksualnej (nawiasem mówiąc, okazuje się, że opisywane przez nią wydarzenia nie miały miejsca, ale o tym w dalszej części notki). Atakuje osoby stojące za Wolontariatem Równości i Queer, później łączy pojęcia homoseksualizmu z pedofilią, by na samym końcu wspomnieć o obywatelskiej inicjatywie STOP pedofilii, pod którą podpisało się 250 tysięcy osób.


Jeszcze kilka miesięcy temu Joanna Kluzik-Rostkowska nie chciała się wypowiadać na temat szkolnictwa, twierdząc, że się na nim nie zna.

Mocnymi słowami zaczyna swój artykuł pani Nykiel. Szkoda, że po godzinnym szukaniu w internecie nie znalazłem nic, co potwierdzałoby te słowa. Może nie umiem szukać? A może autorka dopowiedziała sobie, że Kluzik-Rostkowska nie zna się na edukacji? Bo nie ma dyplomu z pedagogiki? Pani Nykiel też nie ma dyplomu z pedagogiki. Oczywiście, jest lepiej wykształcona (bo ma więcej skończonych kierunków) niż obecna minister edukacji narodowej, a przecież o samej Kluzik-Rostkowskiej można spokojnie powiedzieć, że się na szkolnictwie nie zna. Abstrahując od tego wszystkiego, pani Nykiel sugeruje jednak, że jeszcze niedawno szefowa MEN sama przyznawała się do swojej ignorancji. Może ktoś będzie w stanie znaleźć takie wypowiedzi? Bo ja nie potrafię.

Szefowa resortu edukacji storpedowała więc raczkujący pomysł stworzenia deklaracji wiary dla nauczycieli. Katolików, którzy chcieliby się kierować sumieniem w procesie wychowawczym, pouczyła, czym grozi brak posłuszeństwa władzy.

W internecie krąży projekt deklaracji wiary nauczyciela. Początkowo chciałem z niego wypisać co ciekawsze fragmenty i je omówić, jednak zorientowałem się, że wrzuciłem cały tekst tego dziełka. Jeżeli ktoś jest zainteresowany zapoznaniem się z kwiatkami pokroju Boga-Prawdy, albowiem Jezus Pan powiedział o sobie, iż jest Prawdą największą Ego sum Veritas, to zapraszam do klikania w link i nabijania tej zacnej stronie wyświetleń.

Później jeszcze okazało się, że napisałem o owej deklaracji tyle, że starczyłoby na osobną notkę. Skoro więc pani Nykiel poświęca bardzo niewielki fragment swojego artykułu temu pomysłowi, to w moim wpisie polemizującym z tekstem z wSieci nie ma miejsca na gigantyczną dygresję, bo sam tekst jest już trochę tl;dr. Notka o deklaracji wiary nauczycieli będąca polemiką z samym projektem deklaracji dostępna jest tutaj.

Akcja [„Szkoła przyjazna rodzinie”] mająca na celu nadawanie certyfikatów szkołom wolnym od gender została natychmiast napiętnowana przez Kluzik-Rostkowską. Szefowa MEN nakazała mazowieckiemu kuratorium oświaty gruntownie prześwietlić sprawę.

Jaka szkoła ma szansę dostać certyfikat nadawany przez Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny? Ano taka szkoła, która organizuje warsztaty lub programy promujące rozwój osobisty i szanujący wartości i rolę rodziny. Ta sama szkoła ma obowiązek przeciwdziałać rozpowszechnianiu wśród uczniów wiedzy o możliwości wystąpienia różnicy między płcią społeczną lub kulturową, a płcią biologiczną. Powinna zapobiegać przekazywaniu dzieciom informacji skłaniających ich do przedwczesnej inicjacji seksualnej, a także nie dopuszczać do pomniejszania znaczenia rodziny i autorytetów. Innymi słowy, taka szkoła ma stanąć na pierwszym froncie walki z morderczą ideologią gender. Czyli uczyć, że homoseksualizm to choroba, transseksualiści to niebezpieczni dla otoczenia zboczeńcy, a spełnieniem marzeń każdej kobiety jest urodzenie i wychowywanie dziecka. Wydaje mi się, że o to chodziło twórcom tej oddolnej inicjatywy.

Dyrektor jednego z liceów alarmowała, że uczniowie nie mieli możliwości zrezygnowania z udziału w zajęciach [równościowych; warsztatach genderowych – określenia padające w tekście, przypis autora], a rodzice nie zostali o nich powiadomieni. Warsztaty genderowe odbywały się przy okazji ursynowskiego Tygodnia Równości, który burmistrz Guział rozpoczął wciągnięciem tęczowej flagi na maszt przed ratuszem Ursynowa.

Mówią, że w internecie jest wszystko. Jest też i źródło informacji o alarmie pani dyrektor (ten sam tekst znalazłem jeszcze na stronach prawy.pl i naszapolska.weebly.com). Nic więcej nie byłem w stanie znaleźć na temat tej wypowiedzi. Serio. Fronda, pch24 i inne chrześcijańsko-prawicowe portale piszą jedynie o skandalicznym wciąganiu gejowskiej flagi na maszt przed ratuszem na Ursynowie. Co jest dziwne, bo genderowe warsztaty i seksualizacja dzieci to przykłady ich ulubionych tematów. W kwestii wypowiedzi pani dyrektor na temat owych zajęć, musimy zawierzyć autorowi tego artykułu ukrywającemu się pod inicjałami BR. Ciężko jednak obronić twierdzenie, że dyrektor alarmowała, skoro robiła to anonimowo (na Ursynowie jest kilka liceów i ciężko zidentyfikować o które chodzi) i jej alarm opublikowany został tylko w trzech miejscach w internecie, a dodatkowo jest ukryty w długim tekście poświęconym w całości gejowskiej propagandzie.

Żeby rozwiać wątpliwości, wysłałem e-maila do sekretariatów publicznych liceów z Ursynowa (licea L. Kossutha, A. Kamińskiego i H. Modrzejewksiej). Zapytałem się, czy mogą potwierdzić, że dyrektor danej placówki jest autorem słów o tym, że uczniowie nie mogli opuścić warsztatów edukacyjnych oferowanych przez Wolontariat Równości. Gdy tylko dostanę odpowiedź, oczywiście opublikuję ją na blogu.

[Edit] Mija tydzień od wysłania e-maili i dalej nie otrzymałem odpowiedzi. Prawdopodobnie już ich nie dostanę.

Czym jest Tydzień Równości? To lokalna inicjatywa burmistrza Ursynowa mająca na celu uwrażliwienie mieszkańców na los wykluczonych społecznie członków różnych mniejszości. W 2014 roku zajęto się niepełnosprawnością, biedą i wykluczeniem ekonomicznym, wykluczeniem cyfrowym osób starszych, podejściem Polaków do narodów zza naszej wschodniej granicy i społecznością LGBT. Każdemu z tych tematów poświęcony był inny dzień.

Co więcej, okazuje się, że Fundacja Wolontariat Równości nie prowadziła w szkołach wspomnianych warsztatów genderowych, lecz organizowała zajęcia na temat wykluczenia ze względu na status materialny. Żaden z opisywanych przez panią Nykiel w dalszej części artykułu mężczyzn nie prowadził warsztatów, ponieważ żaden z nich nie ma do tego uprawnień. Fundacja zatrudniała trenerów i trenerki z certyfikatami (linkuję jeszcze raz artykuł z natemat.pl, bo w nim znajdują się wypowiedzi przedstawicieli fundacji).

Skoro jednak minister Kluzik-Rostkowska zobowiązuje teraz samorządy do nadzwyczajnej kontroli szkół, władze powinny wziąć pod lupę organizacje pozarządowe, aspirujące do roli edukatorów. Skoro nauczyciel nie może się kierować w nauczaniu wartościami, którymi żyje i które uważa za dobre w rozwoju osobowym oraz intelektualnym ucznia, tym bardziej nie powinni się nim kierować homoseksualiści i transwestyci prowadzący zajęcia z równości.

Pytanie tylko, czy ktoś zabrania nauczycielom kierowania się własnymi wartościami w uczeniu młodych? Bo wydawało mi się, że nie Kluzik-Rostkowska. Każdy nauczyciel ma prawo działać w pracy zgodnie ze swoim sumieniem, o ile nie łamie postanowień Karty Nauczyciela i Ustawy o systemie oświaty. Czyli równie dobrze może stosować środki proponowane przez psychologów humanistycznych, może też tresować dzieciaki w zgodzie z narzędziami, których dostarcza pedagogom psychologia behawioralna.

A oczywiście jedynym celem homoseksualistów i transwestytów jest seksualizacja dzieci i nakłanianie ich do korzystania z przemysłu pornograficznego. No i przecież powszechnie wiadomo, że wszyscy geje to pedofile. Ale o tym pani Nykiel jeszcze napisze w dalszej części swojego artykułu.

Dziś [Szymon] Niemiec „wyświęca” nowych duchownych, jeździ z rekolekcjami, odprawia „msze święte” i głosi kazania o Bożej miłości, która uszczęśliwia związki homoseksualne. Udawanie postępowych katolików w tęczowych stułach, które od biedy sprawdza się w rozwodnionej przestrzeni wiary za oceanem, w Polsce jest na szczęście jedynie marginalną przestrzenią aktywistów. Biorąc jednak na poważnie doniesienia o 200 tys. dolarów dotacji na promocję środowisk LGBT podczas Światowych Dni Młodzieży, można się spodziewać nagłej manifestacji wiary wśród homoseksualistów.

Znam osobiście kilka osób orientacji homoseksualnej, które są praktykującymi katolikami. Znam jeszcze więcej osób z tego środowiska, które do niedawna identyfikowały się z kościołem, lecz z różnych powodów już tego nie robią. Jako że moi znajomi nie są grupą reprezentatywną, wspomnę o istnieniu takiej grupy jak Wiara i Tęcza. Ale oczywiście polski internet krzyczy, że te 200 tysięcy dolarów, o których wspomina pani Nykiel, to pieniądze przeznaczone na rozbicie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.

No i jak ma się pogardliwe pisanie o innych wyznaniach do ekumenicznej nauki Jana Pawła II?

Sekretarzem zarządu fundacji [Wolontariat Równości] jest transseksualista Mariusz Drozdrowski, występujący w mediach i gejowskich happeningach jako „Jej Perfekcyjność” (…) Idąc w ślady uduchowienia Szymona Niemca, postarał się nawet o Stypendium im. Jana Pawła II, które przyznało mu działające przy warszawskim Ratuszu Centrum Myśli Jana Pawła II. Wyróżnienie to otrzymał „za działalność społeczną, naukową, promocję myśli Jana Pawła II”. Wygląda na to, że według Hanny Gronkiewicz-Waltz promocja myśli papieża miała miejsce na Paradach Równości albo na Marszu Szmat, które współorganizował „Jej Perfekcyjność” Drozdowicz. Być może przybijała się w wypowiedziach o tzw. pozytywnej pedofilii, od których autor blogów próbuje się teraz odciąć.

Popatrzmy na postulaty Parady Równości: żądanie wprowadzenia państwowej polityki antydyskryminacyjnej dotyczącej wszystkich mniejszości, wprowadzenia uregulowań prawnych dla osób transpłciowych, wprowadzenie regulacji prawnych chroniących przed mową nienawiści i przestępstw motywowanych nienawiścią wobec osób LGBTQ i kilka innych postulatów, których realizacja poprawiłaby znacząco sytuację osób należących do różnego rodzaju mniejszości.

Marsz szmat? Proszę, cytat za wikipedią: [protest] przeciwko uzasadnianiu lub usprawiedliwianiu zgwałceń w oparciu o wygląd zgwałconych kobiet.

Jak rozumiem, oba te marsze stanowią zagrożenie dla Kościoła, cywilizacji życia, tradycyjnego modelu rodziny i wszystkich heteroseksualnych mężczyzn, którzy zaczną być zachęcani do gwałtownego współżycia przez wyzywająco ubrane kobiety? Oczywiście, Jan Paweł II nie był przychylny postulatom ruchów dążących do egzekwowania praw osób homoseksualnych. To sprawia, że jestem w stanie zrozumieć oburzenie autorki na przyznanie takiej nagrody osobie odpowiedzialnej za organizację parady, której celem jest stworzenie ram prawnych pozwalających egzekwować te prawa.

Co do Jej Perfekcyjności – rzeczywiście na jej blogu pojawiło się kiedyś stwierdzenie o tym, że jest ona pedofilem. Podobnie jak stwierdzenie, że królowa Elżbieta II odwiedziła ją w mieszkaniu. Zresztą Drozdowski sam usprawiedliwia się tutaj i tutaj.

Organizatorzy [Parady Równości] do dziś chwalą się honorowymi gośćmi, których ściągnęli na tęczowe manifestacje. Wymieniają m.in. Volkera Becka, przewodniczącego partii Zielonych w Bundestagu. Nie wspominają jednak o jego aktywnej działalności na rzecz legalizacji pedofilii, jaką prowadził w latach 80.

Prawica też ma swoich wielkich bohaterów – na przykład profesora Chazana, słynnego abortera, który myśli o dzieciach, którym odebrał prawo do narodzin (innymi słowy je wyskrobał). Wiem, argument pokroju a w USA biją murzynów. Autorka jednak dokonuje rzeczy bardzo perfidnej, bo łączy dwa różne zjawiska – pedofilię i męski homoseksualizm. Sylwester prowadzący blog Pochodne kofeiny popełnił jakiś czas temu notkę, której przeczytanie polecam każdemu, kto nie wie, czym różnią się te dwa pojęcia (przepraszam, że znowu powołuję się na tego bloga, ale naprawdę jest on kopalnią świetnych i wartościowych tekstów na tematy związane z toczącą się w Polsce wojną światopoglądową).

Według zaleceń WHO „prawa seksualne stanowią fundamentalne i uniwersalne prawa człowieka”. Jedynym ograniczeniem jest zadawanie gwałtu drugiej osobie. Wśród 11 praw WHO wymienia „prawo do wyczerpującej edukacji seksualnej, która jest procesem trwającym od momentu narodzin przez całe życie”. Podkreśla, że w jego realizację „powinny być zaangażowane wszystkie instytucje społeczne”.

Czyżby MEN zostało już przekonane przez lobbystów LGBT do obrania nowego kursu na tęczową Europę? Wygląda na to, że nikt nie zadał sobie trudu dotarcia do przyczyn i uświadomienia skutków useksualniania dzieci.

Doprawdy nie wiem, w jakiej rzeczywistości żyje pani Nykiel, bo chyba nie jest to ta sama, w której znajduje się moja osoba. Otóż w mojej rzeczywistości istnieje coś takiego jak internet wyposażony w wyszukiwarkę, dzięki której każdy jest w stanie znaleźć terabajty materiałów pornograficznych. Czy autorka wyobraża sobie, że taka wyszukiwarka jak google prosi o skan dowodu osobistego w celu potwierdzenia pełnoletności przy wpisaniu hasła seks? W jaki sposób pani Nykiel chce chronić dzieci przed czerpaniem z pornografii wiedzy o życiu intymnym? Chce założyć blokadę rodzicielską na domowy komputer? Pani Nykiel sądzi, że to wystarczy? Że dziecko nie potrafi obejść tej blokady albo nie pójdzie gdzieś, gdzie dostęp do materiałów dla dorosłych jest nieograniczony? Od kiedy metodą edukacji jest milczenie na niewygodny temat?

W dzisiejszych czasach nikt nie musi dzieci seksualizować. Dorośli mogą jedynie dostarczać rzetelnej wiedzy na temat życia intymnego. Po to, by uniknąć niechcianej ciąży w wieku trzynastu lat, po to by uniknąć chorób wenerycznych w wieku lat dwunastu, po to, by dzieciak mający jedenaście lat wiedział, że wieczorne pieszczoty siusiaka z tatusiem czy z mamusią to wykorzystywanie seksualne.

Zainteresowanych większą ilością informacji na temat edukacji seksualnej odsyłam na stronę Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton.

Rząd wykonuje posłusznie odgórne polecenia unijnego establishmentu. Pod obywatelską inicjatywą „STOP pedofilii” podpisało się 250 tys. osób. Żądają gwarancji, że dzieci nie będą poddawane seksualnej indoktrynacji w szkołach. 11 września projekt ten zostanie przedstawiony w Sejmie. Jaka będzie reakcja rządu? Czas na ruch pt. „sprawdzam”. Następna jest karta wyborcza.

I wszystko staje się jasne. Trzeba było odgrzać panikę przed edukatorami seksualnymi przed głosowaniem w sprawie zakazu seksualizacji dzieci w szkołach. Całe szczęście nie udało się przepchnąć projektu ustawy.

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, możesz polubić fanpage tego bloga na facebooku.

Czy to jest nasza wojna? Uczyć się na błędach

W najnowszym numerze tygodnika Lisieckiego, Rafał A. Ziemkiewicz niezmiernie cieszy się z wojny na Ukrainie  (Uczyć się na błędach w dziale Czy to jest nasza wojna?, Do Rzeczy, nr 36/2014, strony 14-16, link tylko dla posiadaczy płatnej subskrypcji). Naprawdę nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jaką szują trzeba być, żeby cieszyć się z tego, że tysiąc kilometrów za naszą wschodnią granicą ludzie giną w krwawej jatce. Oj chwila, chyba wiem jaką to wielką szują trzeba być! Trzeba być szowinistycznym nacjonalistą stawiającym nad życie ludzkie wyimaginowany interes narodowy. A przecież niedawno obchodziliśmy setną rocznicę tragicznego wydarzenia, które zostało spowodowane przez dokładnie taki rodzaj nacjonalizmu.

Ziemkiewicz w swoim tekście opisuje, jacy to niewdzięczni okazali się Litwini po tym, jak Polska wielokrotnie bezinteresownie wyciągała do nich pomocną dłoń, a później stawia tezę, że z podobnymi skutkami możemy liczyć się w relacjach z Ukrainą. Chyba że nasza pomoc dla tego państwa przestanie być bezwarunkowa i pomożemy im za cenę, przykładowo, wasalizacji kraju ze stolicą w Kijowie.

W imię jednostronnej antyrosyjskiej solidarności Polska zupełnie odpuściła sobie starania o przestrzeganie w przypadku mieszkających na Litwie Polaków – Polaków, którzy nigdy z Polski nie wyjechali i żyją od wieków na swojej ojcowiźnie – standardów praw mniejszości etnicznych gwarantowanych przez Unię Europejską.

Polaków na Litwie w 2011 było 200 tysięcy (według strony Litewskiego Urzędu Statystycznego), są drugą co do liczebności narodowością i największą w tym kraju mniejszością. Owszem, z tego co mi wiadomo, nie mają oni lekkiego życia i jak najbardziej zasadna jest walka, jaką państwo polskie powinno toczyć o egzekucję ich praw. Problem w tym, że polskie państwo samo ma problemy z własnymi mniejszościami etnicznymi. Dlaczego pan Ziemkiewicz nie pochyli się nad losem Ślązaków, którym odmawia się nawet uznania za narodowość, mimo że w ostatnim spisie powszechnym 847 tysięcy osób zadeklarowało narodowość śląską, w tym 376 tysięcy osób zadeklarowało ją jako jedyną? Oni też nigdy nie opuszczali swojej ojcowizny (podobnie jak Polacy na Wołyniu i we wschodniej Małopolsce; podobnie jak Ukraińcy na Podkarpaciu, skąd jednak w pewnym momencie państwo polskie postanowiło ich usunąć; podobnie Tatarzy na Krymie, choć władzy radzieckiej nie spodobał się brak dynamiki w wewnętrznych migracjach). Dlaczego pan Ziemkiewicz nie weźmie w obronę tych grup etnicznych? Dlaczego nigdy nie napisał słowa wsparcia wobec Ślązaków i dlaczego nigdy raczej taki tekst nie powstanie?

Z dawnych wizyt u siostry mojej mamy w Katowicach (sama ciotka, tak jak i większość mojej rodziny pochodzi spod Przemyśla, a na Górny Śląsk przyjechała w latach 60. lub 70.) zapamiętałem dobrze jedną opowieść z wczesnych lat osiemdziesiątych o dziewczynie ze śląskiej rodziny, która idąc do szkoły nie znała w ogóle języka polskiego. Moja kuzynka przyprowadzała ją więc do swojego domu, by jej rodzice, którzy mówili z dziada pradziada po polsku, nauczyli młodą tego języka. Oczywiście nie były to tajne komplety, jakie organizowali dzielni dziadkowie Krzysztofa Ziemca (Tomasz Terlikowski, Uczmy młodych, że ojczyzny warto bronić, Do Rzeczy, nr 35/2014), ale dziewczyna dzięki tej pomocy miała jakiekolwiek szanse na awans do następnej klasy. Podobno w końcu ten sukces odniosła – z tego co ciotka opowiadała, skończyła z wyróżnieniem studia na Uniwersytecie Śląskim. Od tych wydarzeń minęło trzydzieści lat, a etnolekt śląski dalej jest uznawany za dialekt języka polskiego i próby jego kodyfikacji wciąż raczkują (przynajmniej według Wikipedii). Mniejszości śląskiej odmawia się prawa nawet do uznania własnej mowy w myśl bzdurnych koncepcji polskiej racji stanu. W czym Ślązacy są gorsi od Kaszubów, których potomkowie mogą uczyć się języka kaszubskiego?

Zamknęliśmy oczy na barbarzyńskie zniszczenie zabytków Wilna i innych miast, z których pod pretekstem renowacji w ciągu kilku lat pousuwano wszystkie ślady polskości – barokowe epitafia czy inskrypcje na pomnikach…

Czy ktoś z czytelników bez klikania w link jest w stanie powiedzieć mi, które polskie miasto to Rychbach (niem. Reichenbach)? Czy ktoś z czytelników wie, dlaczego szesnastowieczny herb Wrocławia po II wojnie światowej zastąpiony został heraldycznym potworkiem stworzonym przez pierwszego dyrektora Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego (dla jasności – na herbie znajdują się połowy orła śląskiego i orła polskiego, jako podkreślenie odwiecznej przynależności miasta do Polski)? Dlaczego najwybitniejszy włodarz Wrocławia patronuje jedynie sztucznemu wzgórzu na peryferiach miasta? Dlaczego Max Berg (architekt kilku najlepszych obiektów wrocławskiego modernizmu międzywojennego, w tym Hali Stulecia – jedynego w mieście budynku wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO) upamiętniony jest w mieście jedną tablicą? Po więcej przypadków usuwania niemieckości z Wrocławia odsyłam do genialnej książki niemieckiego historyka Gregora Thuma Obce miasto. Wrocław 1945 i potem. Oczywiście i inne przypadki można mnożyć w innych miastach tak zwanych ziem odzyskanych. Dlaczego pan Ziemkiewicz nie widzi win swojego narodu?

…które przetrwały czasy sowieckie, zostały wymłotkowane i zastąpione napisami w języku, który jeszcze 150 lat temu w formie pisanej w ogóle nie istniał.

To jest po prostu skandal. Żeby taki młodziutki, a przez to nic niewarty język litewski zastępował taki jedyny prawdziwy, jedyny pradawny, jedyny właściwy, jedyny nasz język polski. No rączki po prostu opadają. Jak ci Litwini mogą. Nie wiedzą, że ich język jest gorszy?

Przykłady innych języków, które doczekały się unormowania na przełomie XIX i XX wieku (według artykułów Wikipedii, ze względu na bardzo słabe uźródłowienie poszczególnych artykułów na stronie encyklopedii, trzeba brać tę listę z dużą rezerwą): białoruski, macedoński, słowacki, bośniacki (bodajże jeden z najmłodszych języków świata), czarnogórski, czy łotewski. Jak rozumiem, z racji swojego młodego wieku, nie powinny być porównywane z tak prastarym językiem jak język polski?

Innym faktem jest popularność wśród Litwinów internetowej gry w „wypędzanie z ojczyzny” Polaków.

Polecam pograć sobie w  i  grę, obie były swego czasu bardzo popularne w polskim internecie. Tak w ogóle to jestem fanem haseł, które rzucają bohaterowie, którymi można grać (melodyjne facet to nie baba, albo antychrrrrrrryście).

W dalszej części swojego artykułu pan Ziemkiewicz stwierdza, że taki sam scenariusz czeka nas w relacjach z Ukrainą. Czyli sąsiedni naród będzie niszczył zabytki zostawionych po naszych pradziadach i prześladował mniejszość polską.

W istocie jedyne, co obecnie wiąże Ukrainę z Polską, jest rosyjska agresja.

Wydawało mi się, że wiąże nas ze sobą jeszcze wspólna granica, historia, powiązania rodzinne, czy powiązania handlowe, z których żyje bardzo dużo mieszkańców terenów przygranicznych po obu stronach.

Jakie mamy powody zakładać, że Ukraina pozostanie wtedy przyjazna Polakom? Że na fali rozczarowania niepodległością, powojenną recesją, zmęczenia biedą – więcej niż prawdopodobnego – nastroje społecznie nie ulegną radykalizacji otwierającej drogę do władzy banderowcom? Być może przejęcie przez nich pełni władzy jest mało prawdopodobne, ale wyjście z 10-procentowego marginesu, na którym obecnie się pogrobowcy OUN-UPA znajdują, już tak.

A co jeśli polski Ruch Narodowy zdobędzie szersze poparcie wśród Polaków? Podobno ma już dwa procent poparcia. Można sobie poczytać, co zrobią, gdy dojdą do władzy.

W wojnie z Rosją powinniśmy popierać Ukrainę nie dlatego, że walczy ona o wolność, ale dlatego, że jest w naszym geopolitycznym interesie, aby była ona niezależna od Moskwy. Także dlatego, że jest w naszym interesie, aby ta wojna trwała jak najdłużej, bo angażuje ona zarówno rosyjski imperializm, jak i ukraiński nacjonalizm o ponad tysiąc kilometrów od naszej granicy

Podkreślenie ode mnie. Może jestem szczylowatym idealistą. Może powinienem bardziej interesować się bezpieczeństwem państwa, w którym żyję. Może autor więcej wie o polskiej racji stanu ode mnie. Jednak po przeczytaniu tego fragmentu cisną mi się na klawiaturę pod adresem Ziemkiewicza określenia pokroju cynik, szowinista, czy najgorszego rodzaju nacjonalista.

Zastanawiam się, jak bardzo nie po kolei trzeba mieć w głowie, żeby napisać takie zdanie. Jak można zachęcać polityków do podsycania konfliktu, który pochłonął tysiące ofiar, a setki tysięcy zmusił do opuszczenia swoich mieszkań (dane na podstawie doniesień rosyjskich, które oczywiście trzeba traktować z duża rezerwą)? Już abstrahując od bardziej pragmatycznych powodów (bo przecież życie ludzkie nie jest wystarczającą wartością), dla których wojna nie powinna w ogóle mieć miejsca. Takim powodem jest chociażby stan ukraińskiej gospodarki zniszczonej wysiłkiem wojennym, który wpłynie negatywnie na stan polskiego rynku (a przecież silna gospodarka narodowa to jedno z głównych zagadnień, którym zajmuje się dyskurs prawicowy).

Trzeba też pamiętać, że polityki nie da się prowadzić bez pewnej dozy cynizmu. Że jest to teatr, w którym przedstawienie nie jest tożsame z rzeczywistymi działaniami. Viktor Orbán, skądinąd do niedawna jeszcze stawiany przez romantyczną prawicę za wzór do naśladowania, wykonuje rozmaite prorosyjskie gesty, a jednocześnie – wszystko na to wskazuje – w tajemnicy przekazuje Ukrainie czołgi.

Informacja ta pochodzi z węgierskiej strony hidfo.net, podobno uważanej za prorosyjską. MSZ w Budapeszcie zdementował informacje portalu, a same czołgi podobno trafiły do Czech, prawdopodobnie nabyła je firma zajmująca się sprzedażą czeskiego i posowieckiego sprzętu wojskowego. Cała sprawa wygląda podejrzanie, ale dużo gorsze zabiegi w wojnie informacyjnej stosuje strona rosyjska (chętnym polecam wpis Anuszki Jak to się robi w Rosji i artykuł Michała Kacewicza z Newsweeka Inwazja kłamstw (dostępny w wersji papierowej i e-wydaniu).

Polityka powinna liczyć się z realnymi możliwościami. Kiedy ma się do czynienia z bandytą, trzeba się liczyć z bandyckimi działaniami z jego strony. Jestem przekonany, że gdyby zapaleńcy wzywający Polskę do bezwarunkowego wsparcia ukraińskiej walki o wolność wszystkimi posiadanymi i nieposiadanymi siłami, z wypowiedzeniem Rosji wojny włącznie, stanęli przed perspektywą osobistego stawienia czoła gangsterowi terroryzującemu sąsiadów, ryzykując własną osobistą nienaruszalność cielesną, zdrowie swojej żony i dzieci albo choćby tylko własne prywatne mienie, nie byliby tak wojowniczy jak wtedy, gdy namawiają do ryzykowania dobra wspólnego. Odwaga niepoparta rozwagą jest przejawem głupoty – z taką historią, jaką mamy, powinniśmy wreszcie dojrzeć do uświadomienia sobie tej oczywistej prawdy.

Nie gadaj. Czy te słowa można odnieść do insurekcji kościuszkowskiej, powstań listopadowego, krakowskiego, styczniowego i warszawskiego?

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, możesz polubić fanpage tego bloga na facebooku.