Czy Jan Gross szkaluje Polaków?

Źródło
Źródło
Źródło
Źródło
Źródło

Wybrałem trzy komentarze dotyczące wczorajszej notki o Janie Grossie, do których chcę się odnieść.

Po pierwsze: notka powstała, by pokazać reakcję prawicowych publicystów i historyków na artykuł znienawidzonego przez siebie badacza, który jest na tyle bezczelny, że wypomina Polakom morderstwa Żydów popełnione w czasie II wojny światowej. Dla przykładu: zabawnie czyta się post „Żelaznej logiki” negujący fakt powojennego antysemityzmu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Bo czym innym jak nie zanegowaniem wyróżnionych na żółto zdań jest komentarz „Jan Tomasz Gross napisał nową definicję skurwysyństwa”?

Inny przykład? Przyjemnie czyta się artykuł linkowany przez Sławomira Cenckiewicza (historyka zajmującego się głównie badaniem ipeenowskich teczek) o tym, że Gross nie ma prawa uczestniczyć w konferencjach naukowych organizowanych przez IPN. Przypomnijmy, że ten sam Cenckiewicz na stałe współpracuje z tygodnikiem, który promuje takich pseudohistoryków jak Piotr Zychowicz czy Rafał Ziemkiewicz. Dodatkowo sam Cenckiewicz ma bardzo osobliwy pogląd na to, co może być przedmiotem badań historyka. Na przykład twierdzi, że IPN nie powinien badać historii feministek, aborcji i homoseksualistów (bardzo dawno temu miałem o tym notkę).

Po drugie: nie było moim celem weryfikowanie tezy o tym, czy faktycznie Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców. Zwłaszcza, że liczba Żydów, którzy zginęli z rąk Polaków jest nie do ustalenia. Przywoływany przeze mnie wczoraj Andrzej Żbikowski twierdzi, że równie dobrze Polacy mogli zabić 50 tysięcy, jak i 150 tysięcy osób. Pod koniec swojej notki przywołałem też samego Grossa, który postanowił podzielić się swoimi rachunkami. Niestety, do ofiar po stronie niemieckiej wliczył tylko żołnierzy, którzy stracili życie w czasie kampanii wrześniowej i tych, którzy zginęli z rąk Armii Krajowej. W swoich szacunkach nie uwzględnił innych frontów II wojny światowej, na których walczyli Polacy, ani pozostałych organizacji podziemnych działających na terenie okupowanej Polski.

Nie pierwszy już raz Gross ma problemy z liczeniem. W swojej książce „Sąsiedzi” opublikowanej w 2000 roku liczbę ofiar pogromu w Jedwabnem przeszacował ponad czterokrotnie. Książka ta jednak nie może być traktowana jako praca badawcza, lecz jako pozycja publicystyczna, która pobudziła polską opinię publiczną do rozmowy na temat polskiego antysemityzmu i jego ofiar. Gdyby nie ta książka, prawdopodobnie IPN nie przeprowadziłby rzetelnego śledztwa rozliczającego zbrodnię mieszkańców małego miasteczka na Podlasiu.

Stąd we wczorajszej notce pojawił się wniosek, że lepiej przeszacować liczbę ofiar, niż całkowicie zanegować fakt polskiego antysemityzmu. A to się zdarza w prawicowym internecie (pozwoliłem sobie pominąć blogerów z kontrowersje.net, salon24.pl czy Astromarię).

Metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź w wywiadzie dla włoskiego portalu katolickiego Pontifex.Roma wyraził przekonanie, że w Polsce nie ma i nie było „autentycznego i całkowitego” zjawiska antysemityzmu.

(…)

W rozmowie z ultrakonserwatywnym katolickim portalem abp Głódź stwierdził, że zdecydowanie nie zgadza się z opinią Pacificiego. „Zapraszam go tu, do Polski, by osobiście się przekonał. Najwyraźniej mało zna naszą rzeczywistość” – podkreślił.

„W Polsce nie istnieje żaden plan antysemicki ani nawet taki pomysł. Jedynie w przeszłości, po wojnie światowej i na północy kraju, niektórzy – ale nie wszyscy – Żydzi, z inspiracji komunistycznej prowadząc handel, stosowali wygórowane ceny, a czasem bardzo wysoki procent, gnębiąc miejscową ludność, która w rezultacie ich nie kochała. Nigdy jednak nie było autentycznego i całkowitego zjawiska antysemityzmu” – oświadczył metropolita gdański.

Źródło

Rafał Ziemkiewicz podczas spotkania z czytelnikami w Szczecinie przekonywał, że endecki antysemityzm nie miał tak naprawdę podłoża rasowego, ale wynikał z rywalizacji ekonomicznej. – Getta ławkowe, o których się mówi, sprowadzając do tego całą tradycję, to były sprawy czysto ekonomiczne, żadne rasowe androny typu niemieckiego nie miały nigdy żadnego zakorzenienia w polskim myśleniu – twierdził Ziemkiewicz.

Opowiadał też o spotkaniu ze studentami prawa, na którym pytał, czy nie czują się ograniczani przez rozmaite sitwy, które nie pozwalają im pracować w zawodzie. Odpowiedzieli, że tak. – To wyobraźcie sobie, że te wszystkie sitwy tworzą Żydzi. A jesteście przed Holocaustem i nienawidzenie Żydów nie jest złe. Jest modne. Wszyscy nienawidzą Żydów – mówił Ziemkiewicz.

Publicysta mówił też o pomyśle na hasło reklamowe swoje książki. Miało ono brzmieć: „Polska dla Polaków”. – Nie chodzi o to, że jakaś część Polaków ma wyłączne prawo do Polski ze względów np. etnicznych. Chodzi o to, by odzyskać Polskę dla wszystkich Polaków – tłumaczył.

Źródło, dostępne też na Youtube.com.

Najlepsze jest to, że Ziemkiewicz twierdzi, że antysemityzm nie jest częścią ideologii endeckiej i w Polsce miał przyczyny ekonomiczne. Dlatego był lepszy od antysemityzmu niemieckiego.

W Polsce (tj. w granicach Rzeczypospolitej sprzed 1772 r.) sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Z różnych powodów w społeczeństwie polskim nie mieliśmy ani monarchii absolutnej, ani rewolucji mieszczańskiej. Społeczeństwo polskie zachowało średniowieczną strukturę stanową, wzmacniając zupełnie inne jej aspekty niż było to w społeczeństwach Anglii i Francji: społeczeństwo nasze składało się ze szlachty, chłopów, duchowieństwa, mieszczan i Żydów oraz króla (zwykle cudzoziemca, będącego osobnym stanem). Każdy z tych stanów miał własne sądownictwo, inaczej się samo-rządził i komu innemu podlegał. Zupełnie różne też były interesy ekonomiczne tych stanów. Żydzi nasi to w większości wygnańcy, których wypędzono w średniowieczu z Anglii, Włoch i Francji, więc skupili się w krajach niemieckich, skąd następnie wygnano ich (w późnym średniowieczu) do Polski. Tu znaleźli swoje miejsce i tu się rozmnożyli.

(…)

Między stanami Rzeczypospolitej było wiele napięć, lub wręcz nienawiści. Częste były zbrojne starcia między stanami. Mieliśmy wojny między mieszczanami a królem (Gdańsk ze Stefanem Batorym), szlachtą a królem (liczne konfederacje), chłopami a szlachtą (powstania chłopskie), mieszczanami a Żydami („tumulty”, np. w Krakowie). Konflikty te nie były jednak bardziej drastyczne od wojen domowych w Anglii, Francji czy Niemczech. Tam, gdzie nie było konfliktów zbrojnych, bywały nienawiść i pogarda – szlachta gardziła mieszczanami, duchowieństwo nie znosiło Żydów (zwłaszcza jezuici, będący pod silnym wpływem swoich kolegów z Zachodu, gdzie Żydów nie znano). Zarazem jednak król potrzebował szlachty (do prowadzenia wojen), a szlachta potrzebowała chłopów (do pracy na roli) i Żydów (do handlu i usług). Wzajemne niechęci i zależności jakoś się równoważyły.

Gdy mieszczanin z Zachodu patrzy na Polskę i widzi zjawiska, które przypominają mu o znanej mu dobrze niechęci ludzi Zachodu do mieszczan pochodzenia żydowskiego, wydaje mu się, że widzi to samo. A tymczasem jest to zjawisko zupełnie inne. W Polsce nie było antysemityzmu. W Polsce były za to różnorodne napięcia między kilkoma stanami składającymi się na polskie społeczeństwo. Bo polscy Żydzi nie byli mieszczanami pochodzenia żydowskiego, ukrywającymi swoje pochodzenie. Polscy Żydzi byli po prostu polskimi Żydami, a niechęć polskich chłopów czy mieszczan do polskich Żydów nie była wcale silniejsza czy bardziej krwawa od niechęci polskich chłopów do polskiej szlachty czy polskiej szlachty do polskiego mieszczaństwa. Ot, jeszcze jeden z wielu konfliktów między stanami składającymi się na Rzeczpospolitą.

Źródło

Autorem jest Marek Minakowski, polski filozof, historyk i genealog. Doktor nauk humanistycznych z zakresu filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

„Mało antysemityzmu ” zobaczył we współczesnej Polsce Ronald S. Lauder i mówi o tym w wywiadzie, jakiego udzielił „ Rzeczpospolitej ”. Przeciwstawia nasz kraj „starej Europie “, zwłaszcza Francji, w której Żydzi od pewnego czasu żyją w poczuciu fizycznego zagrożenia.

To ważny głos i warto go zapamiętać. Tak długo słyszeliśmy o „ polskim grzechu antysemityzmu ” „rosnącym w Polsce antysemityzmie ”, że mogło się wydawać. iż to powszechna jeśli nie wręcz obowiązująca w świecie opinia. Szef Światowego Kongresu Żydów widzi to najwyraźniej inaczej. I raczej trudno uznać, że nie chce zobaczyć prawdziwego problemu, neguje go i wypiera. A właśnie to często zarzuca się na łamach „GW ” tym publicystom, którzy polemizują z tezą o narodowym, systemowym, charakterze polskiego antysemityzmu. Nawet samo podjęcie polemiki jest już piętnowane jako niszczenie „odruchu wstydu ”, który powinno wyrobić w sobie polskie społeczeństwo.

Paradoksalnie, ta pedagogika wstydu przynosi wręcz odwrotny efekt. Było to zresztą od początku oczywiste dla każdego, kto zna podstawy psychologii. Można oczywiście argumentować, że w Polsce — jak twierdzi Ronald S, Lauder —jest „mało antysemityzmu ”, bo po prostu społeczność żydowska jest mała, w porównaniu z tą na Zachodzie, na przykład we Francji. To z pewnością prawda, co zauważa też i szef Światowego Kongresu Żydów.

Ale nie wyczerpuje to istoty problemu. Podobnie jak nie można sprowadzać istniejącego we Francji antysemityzmu do „antysemityzmu przedmieść ”, blokowisk zamieszkanych przez młodych radykalnych islamskich emigrantów z Maghrebu.Antysemityzm, w formie zaskakującej dla przeciętnego Polaka, występuje też wśród rodowitych Francuzów, zarówno tych ze skrajnej prawicy jak i z lewicowych salonów. Wśród tych drugich nawet zdecydowanie bardziej, bo łączy się z lewicowym antyamerykanizmem.

Dwa lata temu jednym z najbardziej popularnych słów —kluczy czyli hashtagów na francuskim Twitterze był „dobry Żyd ”. Skojarzenia internautów były brutalne: „dobry Żyd to kupka popiołów”. Wydaje się to niewiarygodne i przerażające, ale nie rozległy się wówczas głosy oburzenia francuskich polityków, nie było debaty z udziałem intelektualistów.

Naprawdę trudno racjonalnie zrozumieć, dlaczego właśnie Polska miałaby być krajem, z którym antysemityzm jest w jakiś szczególny sposób kojarzony. Takie skojarzenia udało się jednak już zaszczepić. Dlatego tym bardziej warto zwrócić uwagę i wręcz rozpropagować słowa Ronalda Laudera, który mówi, że Polsce poznał „ludzi mocnych i inteligentnych” i temu krzywdzącemu stereotypowi zaprzecza.

Źródło

Coś słusznego w tym moim myśleniu pewnie było. Ale trudno dzisiaj nie zauważyć, że moda na krytykowanie księży jest również straszliwie skutecznym instrumentem dechrystianizowania młodego pokolenia przez własnych rodziców i dziadków, zazwyczaj przecież katolików. Dodajmy, że cała ta atmosfera — powiedzmy oględnie — mało sprzyja powstawaniu i rozwojowi powołań kapłańskich. Mówiąc krótko, robimy bardzo wiele, żeby naszymi własnymi rękami jak najwięcej osłabić Kościół i wpędzić go w możliwie najgłębszy kryzys.

(…)

— Ale gdyby księża nie dawali powodu do krytyk, to by ich tak nie krytykowano! — ktoś na to odpowie. Odpowiadam, że argument ten ma idealnie tę samą strukturę, co klasyczny argument antysemitów, że „gdyby Żydzi nie dopuszczali się nieuczciwości, to by nie było antysemityzmu”. Ktoś może znać dwadzieścia, albo i sto przypadków, kiedy jacyś Żydzi dopuścili się jakichś niesprawiedliwości, ale gdyby z tego powodu stał się antysemitą, świadczyłoby to tylko o jego moralnym zaślepieniu. Antysemityzm — tak jak antyklerykalizm — zbudowany jest na przesądzie, że hołdowanie zasadzie odpowiedzialności zbiorowej jest postawą słuszną i racjonalną.

Zauważmy jednak istotną różnicę między antysemityzmem i antyklerykalizmem. Etykieta antysemity dzisiaj hańbi. Etykietą antyklerykała niektórzy się chlubią. Nawet autentyczny antysemita protestuje dziś gorąco, kiedy go tak ktoś nazwie. Natomiast antyklerykałami najbardziej szacowni ludzie nazywają się chętnie i dumnie się z tą nazwą obnoszą.

(…)

Zarazem zwyczajną niesprawiedliwością jest rozciąganie tych faktów na całe środowisko duchownych. Dokładnie na tym polegał pomysł zrobienia kampanii antykatolickiej, z jakiego jeszcze przed wojną zwierzał się Adolf Hitler Hermanowi Rauschningowi: „Będę ich oskarżał jak zwykłych kryminalistów. Zerwę im z twarzy maskę budzącą szacunek. A jeśli to nie wystarczy, ośmieszę ich i zlekceważę. Każę kręcić filmy opowiadające historię księży w czarnych sutannach z nagromadzeniem głupoty, nieokrzesania i oszustwa, jakim jest ich Kościół. Zobaczymy, jak rywalizowali w chciwości z Żydami, jak pochlebiali najbardziej skrytym praktykom. Sprawimy, by obrazy były tak ekscytujące, że wszyscy zechcą je zobaczyć i ustawią się przed kinem w długie kolejki”.

Hitler rzeczywiście organizował w społeczeństwie niemieckim histerie antykatolickie. Atak szedł głównie w dwóch kierunkach: że większość księży to homoseksualiści i malwersanci. Rzecz jasna, niektóre oskarżenia, jakie z zajadłą tendencyjnością nagłaśniano w tej kampanii oszczerstw, oparte były na jakichś konkretnych faktach. Kłamcy i oszczercy od dawna wiedzą o tym, że najskuteczniej okłamuje się wtedy, kiedy w kłamstwo włoży się przynajmniej trochę prawdy.

Źródło

Antyklerykalizm jak antysemityzm. Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Idziemy”.

Marek Kozubal, wiceprezes IPN, na łamach „Die Welt” podjął polemikę z tekstem Grossa.

Wbrew twierdzeniom Grossa, działania tysięcy ludzi ratujących Żydów nie były podejmowane tylko na własną rękę. Polskie Państwo Podziemne jasno określiło swój stosunek do ludobójstwa na ludności żydowskiej, penalizując zbrodnie i denuncjacje. W jego ramach działała Rada Pomocy Żydom „Żegota”.

(…)

Nie oznacza to, że wśród Polaków nie było zbrodniarzy i jednostek zdegenerowanych przez wojnę. Nie można jednak porównywać zbrodni popełnianych we własnym imieniu i wbrew państwu polskiemu z totalitarną machiną ludobójczą z państwową legitymizacją III Rzeszy. Dokładne liczby nie są znane. Nie wiemy, ilu Żydów zginęło z rąk Polaków a ilu zostało zadenuncjowanych. Trudno też oszacować liczbę Niemców zabitych przez Polaków na frontach II wojny światowej oraz w okupowanym kraju.

Tłumaczenie tekstu za „Rzeczpospolitą„.

Z drugim akapitem nie sposób się nie zgodzić. W pierwszym jednak autor zapomina o chronologii wydarzeń.

Grossaktion in Warschau” trwała od 22 lipca do końca września 1942 roku. Była to operacja, w wyniku której z getta warszawskiego wywieziono około 300 tysięcy Żydów. Spośród nich, około 265 tysięcy trafiło do obozu w Treblince, gdzie od razu ich zamordowano (do zweryfikowania na przykład tutaj).

Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom powstał pod koniec września 1942 roku. 4.12.1942 z tego komitetu powstała „Żegota” (do zweryfikowania na przykład tutaj).

A co do kary śmierci dla szmalcowników:

18 marca 1943 roku podziemne Kierownictwo Walki Cywilnej ogłosiło: „Każdy Polak, który współdziała z ich morderczą akcją czy to szantażując, czy denuncjując Żydów, czy to wyzyskując ich okrutne położenie lub uczestnicząc w grabieży, popełnia ciężką zbrodnię wobec praw Rzeczypospolitej Polskiej i będzie niezwłocznie ukarany”.

Kara była jedna – był nią wyrok śmierci.

Historycy nie mają wątpliwości, że decyzja Państwa Podziemnego pojawiła się stosunkowo późno, zwłaszcza że pierwsze wyroki śmieci na szmalcownikach zaczęto wykonywać pod koniec 1943 roku, kiedy większość polskich Żydów już nie żyła. Trzeba też przyznać, że wyroki wykonywano na szmalcownikach będących konfidentami gestapo. Tych niewspółpracujących z Niemcami zazwyczaj nie karano.

Źródło

Niestety, choć sama reakcja państwa podziemnego zasługuje na pochwałę, to była mocno spóźniona.

Poziom debaty historycznej docierający do mediów jest bardzo niski. Z jednej strony mamy amerykańskiego historyka stawiającego kontrowersyjne tezy, które ciężko zweryfikować. Historyka, który bardzo swobodnie traktuje wszelkie szacunki. Z drugiej strony jednak mamy ludzi, którzy negują podstawowe fakty historyczne i zajadle atakują wszelkich autorów formułujących zdania, które nie potwierdzają patriotycznej wersji martyrologii narodu umęczonego.

Szczerze powiedziawszy wolę Grossa od Ziemkiewicza i Cenckiewicza.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze.

1 komentarz do “Czy Jan Gross szkaluje Polaków?

Możliwość komentowania jest wyłączona.