Dżuma w mieście Wrocław

W listach do redakcji pytacie, czy w Polsce dzisiaj jest tak źle jak w hitlerowskich Niemczech. Odpowiem słowami Waltera Tauska, mieszkającego w przedwojennym Breslau pisarza i przedsiębiorcy o korzeniach żydowskich, który zginął w 1941 roku. Jego pamiętniki zostały opublikowane w Polsce pod tytułem „Dżuma w mieście Breslau”, pierwszy raz w 1973 roku.

Wybrałem kilka fragmentów z samych początków władzy totalitarnej. Po więcej zapraszam do książki, w której zawarte są m. in. relacje z nocy kryształowej we Wrocławiu.

24 listopada 1925

Świat, w którym obecnie żyjemy, podupadł wprost beznadziejnie. Mówiło się zawsze, że będzie jeszcze gorzej, ale nikt nie spodziewał się, iż dojdzie do tak kiepskiej sytuacji. Mimo to wielu nadal jeszcze radośnie podskakuje. Jakimi durniami politycznymi są Niemcy, widać było choćby na przykładzie minionego święta umarłych we Wrocławiu. Ofiary wojny uczczono na czterech oddzielnych zgromadzeniach masowych! A wszystkie miały oblicze i wydźwięk swojej partii. Nawoływano oczywiście znowu do rewanżu i w salach ryczano pieśni wojenne, a czarne klechy, znowu to błogosławili – dokładnie jak w latach 1914-1918. A więc: Niemiec niczego nie zapomniał i niczego się nie nauczył! Zamiast wreszcie nie roztrząsać fatalnej wojny i zapewnić sobie przyzwoite miejsce w koncercie narodów, stara się nadal oto, żeby Niemiec pozostał mącicielem pokoju.

Sobota, 30 maja 1931

Lata człowiek po mieście przy 30 stopniach spiekoty w cieniu (i to pod wieczór)! U „Wertheima” oraz w hali wre robota – szczególnie, że od przedwczoraj odbywa się we Wrocławiu „XII Zjazd Żołnierzy Frontowych” (Stahlhelmu), o którym nie piszę, bo jest on wskroś antyrepublikański i ze związkiem starych żołnierzy nie ma nic wspólnego. Jest to po prostu ochotnicza armia, absolutną większość członków stanowią ci, którzy nie byli na wojnie (nawet nie mają do tego odpowiedniego wieku), natomiast ich wyposażenie jest całkowicie frontowe – z wyjątkiem broni. Ta indiańska banda mimo wrzasków o pokoju pragnie jego odwrotności!

Niedziela wieczór, 31 maja 1931

Przy tak pięknej pogodzie nie można przecież przez cały dzień siedzieć w domu i na zapas spać. Wyszedłem na ulicę skazany jak niegdyś w Lipsku na szwendanie się po mieście. Około godziny 6 trafiłem w sam środek zgrupowania Stahlhelmu, który właśnie gotował się do odmarszu na kwatery po wielkiej paradzie wojskowej na Osobowicach. Do Wrocławia zjechało się podobno 150 tys. członków Stahlhelmu. Wszyscy gotowi do wyruszenia w pole, tyle że bez broni. Ale wielu z hełmami, maskami gazowymi, ładownicami, pochwami na bagnety oraz saperkami!!!

Trzy czwarte tych ludzi wcale nie jest z roczników wojennych, lecz w wieku 15-29 lat. Są to dobrowolni rekruci ochotniczej, niemiecko-narodowej armii, którą oblicza się na około miliona ludzi. Owa armia pragnie wojny z Polską. Manifestacja wrocławska była nastawiona na propagandę „wojny narodowej z Polską o granicę wschodnią”!

Ci sami ludzie są jednak też przygotowani, by przy sympatii większej części społeczeństwa i widzów, tworzących szpalery, na ulicach, rozprawić się z własnymi ziomkami: republikanami, a zwłaszcza z komunistami. Czekają tylko na to! Prawie w tym samym czasie milion byłych uczestników walk na froncie francuskim wypowiedziało się zdecydowanie za utrzymaniem pokoju!

Ergo: niemiecki nacjonalista prowadzi systematycznie propagandę wojenną i przygotowania wojenne. I znowu – jak w roku 1914 – rozpęta pewnego dnia nową wojnę, w której ponownie otrzyma baty. Może nawet jeszcze większe! W jednym z moich powojennych dzienników napisałem: „Pewnego dnia naród niemiecki znowu rozpocznie marsz”. Ale na razie maszeruje tylko reakcja! Rozpoczęła ona ten marsz w interesie tych samych ludzi, dla których podczas ostatniej wojny lud niemiecki się wykrwawił: dla dynastii Hohenzollernów, których przedstawiciel, książę Wilhelm z Oleśnicy, brał oczywiście udział w demonstracji! Konserwatyści przyjmowali go wprost euforycznie!

Miałem sposobność stwierdzić, że wrocławscy robotnicy i bezrobotni po prostu kipieli ze złości. Dlatego też nastąpiły tu liczne krwawe starcia. Nocami komuniści strzelali nawet do oddziałów Stahlhelmu. Młodzi bojowcy tej organizacji zachowywali się we Wrocławiu jak we wrogim kraju i aż do odjazdu wałęsali się po ulicach bezprawnie obnosząc mundury, które myśmy nosili. Najpierw powinni na nie zasłużyć na wojnie!

Wczoraj dałem porządnie po nosie zarozumiałemu konserwatyście w wieku około 50 lat, który na ulicy głośno opowiadał się za nową wojną i za gotową na wszystko armią.

4 luty 1933

O wprowadzaniu rządów hitlerowskich. Niemcy moim zdaniem już nie mają „ponadpartyjnego rządu”, lecz prawdziwie absolutystyczny, na który składają się: styl rządzenia von Papen, program partyjny Adolfa Hitlera oraz nienawiść kół konserwatywnych i nazistowskich do wszystkiego, co nie do nich należy. W Niemczech władza aktualnie nie rządzi – władza tylko się mści i do tego używa całego aparatu państwowego. Doszło już do tego, że dymisjonuje się doświadczonych, wyśmienitych urzędników, na których miejsce kieruje się hitlerowców o przestępczej przeszłości i fatalnej opinii. Tak więc odpowiedzialne stanowisko prezydenta policji w Berlinie ma otrzymać hrabia Helldorf, który stracił cały majątek, zupełnie podupadł, został hitlerowcem z finansowych względów. Ale i tam nie zachował się fair i zasłynął w ubiegłym roku z napadów na Żydów na Kurfürstendamm. On wówczas ten hałas organizował i nim dyrygował, a potem utrzymywał, że nie miał o tym pojęcia. Sąd go uwolnił.

Także i Reichswehra jest na najlepszej drodze do upolitycznienia. Potem przyjdzie kolej na policję.

10 luty 1933

Notuje się pierwsze reakcje wobec nowego gabinetu. „Żelazny Front” umieścił wczoraj we Wrocławiu na wszystkich słupach ogłoszeniowych wielkie, czerwone plakaty (które jeszcze do tej pory nie zostały zalepione). Domagają się od hitlerowców realizacji wszystkich socjalnych i politycznych obietnic, których część miała być spełniona „w ciągu dwunastu godzin od przejęcia władzy”. Gęste tłumy ludzi stoją wokół słupów i śmieją się. SA i SS (ale przede wszystkim SA) szaleją w Niemczech, a szczególnie na Śląsku, okrutniej niżeli hordy z czasów wojny trzydziestoletniej. Przy użyciu łańcuchów, pejczów, stalowych prętów, kijów, rewolwerów, pasów i jeszcze innego „oręża duchowego” maltretuje się ludność na wsiach, w małych miasteczkach, na przedmieściach oraz w dzielnicach robotniczych. Przy okazji obrywają też „cywilni” zwolennicy hitleryzmu. I mimo wszystkie zarządzenia nadal nie zabrania się tej gwardii działać. To niemal cud, gdy ktoś Gruppenführera albo innego bohaterskiego oficera SA zaprowadzi osobiście na posterunek i zaskarży. Na Śląsku prowadzi bandytów do szturmu sam Gruppenführer Heines. Od kilku dni ta hołota kwestuje na ulicach na SA. Głupkowate niemieckie kołtuństwo daje.

Naśladując Mussoliniego i zabezpieczając swoją pozycję Hitler pragnie, żeby SA do 5 marca 1933 osiągnęła 800 tys. członków, aby była umundurowana i gotowa do akcji. We Wrocławiu rozwieszono już plakaty wzywające do „mobilizacji SA” oraz werbujące do „Standarte nr 11”.. Naród stoi przed nimi, gapi się niemądrze, przygląda sobie nawzajem i spokojnie aprobuje tworzenie partyjnej armii. Zaś odpowiednie organy władzy milczą, gdyż Hitler czarami skłonił je do milczenia i ponieważ jego kumple częściowo już siedzą na rożnych szczeblach tej władzy.

24 luty 1933

Począwszy od dnia 13 lutego każdego dnia punktualnie o godzinie 8.30 hitlerowcy zajmują miejsca na eksponowanych skrzyżowaniach i placach Wrocławia. Zaopatrzeni w duże flagi, plansze, a zwłaszcza w skarbonki, agitują hałaśliwie do późnych godzin wieczornych i zbierają pieniądze na fundusz wyborczy. Żadna inna partia tego nie robi. A kołtuństwo płaci. Jakaż przeto uboga musi być ta partia pyskaczy.

Jeżeli ma się odbyć pogrzeb komunisty zabitego przez SA, to każda demonstracja przeciw mordercom, każda czerwona wstęga itp. jest zabroniona. Jeżeli zaś mają pochować obszarpańca hitlerowskiego, który poniósł śmierć w „wojnie domowej”, to robi się z tego prawdziwy teatr na koszt państwa oraz wprawia w ruch żądną krwi propagandę przeciw marksizmowi.

Wieczorem 3 marca 1933

Po dwóch latach przerwy kupiłem sobie znowu trochę tytoniu fajkowego – paczkę prawdziwego tureckiego za 30 fenigów. Są to wprawdzie odpady, ale jednak czysty tytoń, który łagodnie i znakomicie pachnie. Siedzę teraz przy maszynie i powoli pykam. Zupełnie jak podczas wojny, kiedy prowadziłem dziennik. Obecnie notuję co nieco o „drugiej niemieckiej rewolucji”, czyli o kontrrewolucji wobec 9 listopada 1918 r., którą już wtedy się widziało. Cywilny stan wyjątkowy ograniczył nam wolność wypowiedzi i prasy oraz narzucił cenzurę listów, telefonów i telegramów. Cała prasa KPD została zakazana na okres 6 tygodni, a prasa SPD na okres 4 tygodni. W wydawanych jeszcze gazetach nie ma prawie wcale przedruków z pism zagranicznych. We Wrocławiu już nie można dostać zagranicznych gazet. Prasa jeszcze się ukazująca nie może pisać prawdy. I dlatego tzw. prasa rządowa ma wszelkie możliwości otumaniania społeczeństwa niesamowitymi bajeczkami. Tak więc opowiada się o berlińskim Domu Karola Liebknechta – który jest teraz zamknięty i nad którym powiewa hitlerowska flaga – że odkryto w nim katakumby i różne wyrafinowane zabezpieczenia.

We Wrocławiu naziści robią wiele „circenses”, lecz żadnego „panem”. Co dzień i co wieczór czynią wrzask, hałas i szum – zbiórki, marsze z pochodniami, wiece. Radio jest tym ludziom całkowicie zaprzedane. Wszędzie flagi, uroczyste ogniska na wierzchołkach gór i temu podobne czarowanie, mamienie i kaptowanie tłumów. Natomiast KPD, SAP i SPD zabrania się jakiejkolwiek działalności – nie wolno im nawet wywieszać sztandaru czarno-czerwono-złotego. Barwami Rzeszy są znowu czerń, biel, czerwień. W całym kraju gorliwie węszy się za składami broni i amunicji KPD, SAP, SPD i ciągle odkrywa się rzekomo takie składy (przeważnie zawsze w katakumbach). Natomiast nie słyszy się zupełnie o znajdowaniu składów broni SA, SS i Stahlhelmu; co jest tym bardziej dziwne, że np. w dzisiejszym Wrocławiu widzi się całe pochody członków SA z hełmami na głowach. Są to stare hełmy z wojny, na których z przodu namalowano białe swastyki. Osłaniają one zdecydowanie bydlęce gęby, z których wyziera jedynie chętka do bijatyki. Inne oddziały są wyposażone (do broni włącznie) na wymarsz w pole. Jako spokojny obywatel pytam zdumiony: po co?

Nie szkodzi, że terrorem chcą wyrwać z korzeniami Komunistyczną Partię Niemiec. Inna już sprawa, czy KPD zdołają zniszczyć jako poglądy. Zmyślone okropności opowiadane ostatnio narodowi to tylko szalbierstwo wyborcze. Przecież nawet zwykły członek Komunistycznej Partii Niemiec jest systematycznie szkolony ideowo i czyniony pełnowartościowym członkiem społeczności. Poza tym do KPD nie przyjmują ani mężczyzn, ani kobiet chorych wenerycznie, karanych, pijaków, anormalnych seksualnie albo chorych w jakiś inny sposób. W przeciwieństwie do załganych bajeczek o komunistach ta wiadomość jest faktem: pewien oficer z Berlina, przywódca młodzieżowego Stahlhelmu, oficjalnie rozpowszechnia podpisane przez siebie ulotki, w których nawołuje, aby chrześcijanie dobrze pilnowali swoich dzieci, ponieważ Żydzi rychło będą mieli święta wielkanocne, kiedy to zabijają dzieci chrześcijan, gdyż ich krwi potrzebują do macy wielkanocnej. To zaiste głębokie niemieckie średniowiecze. Ostatnio w SA rozdają kartki z tekstem: „Każda idąca samotnie nocą żydowska kobieta lub dziewczyna jest dla SS wyjęta spod prawa i może być zgwałcona”. Poniżej tego tekstu pisze jeszcze: „Ja także pokrywam – Goring”. Tenże jest ministrem.

10 marca 1933

We Wrocławiu rzuca się w oczy wielka liczba młodych nazi-łobuzów (z SA) w wieku 18-20 lat. Przy pasach noszą gumowe pałki, mimo że nie należą do policji pomocniczej Łobuzy te atakują na przedmieściach kobiety i dziewczęta, które posądzają o przynależność do SPD i KPD. Od dłuższego już czasu w śródmieściu biją na chybił trafił w biały dzień. Policja nic nie widzi!

12 marca 1933

To, co teraz widzę, przepowiedział niegdyś, co do roku i dnia, mój przyjaciel Erich Spelling. Dzisiaj ganiała po Wrocławiu gwardia hitlerowska wyposażona po wojskowemu i wcielała spontanicznie w życie – na podstawie własnych pełnomocnictw – liczne obiecanki swego wodza. Występowała przeciw sklepom i życiu gospodarczemu, a wczoraj przepędziła z wrocławskich sądów sędziów i adwokatów żydowskich, bez względu na odbywające się rozprawy. Niektórych nawet poturbowano. Dręczono także ewangelickich i katolickich prawników, którzy się przeciwstawili tej hotentockiej szajce. Hitlerowska gwardia w gmachu giełdy rewidowała żydowskich giełdziarzy, szukając broni. Chrześcijan nawołujących do rozsądku potraktowano przy tym jak parobków. I Stahlhelm, „Związek Frontowych Żołnierzy”, współdziała z nimi. „Mamy rozkaz od swego zwierzchnictwa i mamy czarną listę, na której podstawie pracujemy”.

Również i Stahlhelm wystąpił teraz w „blaszanych garnkach” (jak nazywaliśmy hełmy stalowe), z bagnetami i rewolwerami. Każdy członek SA, SS i Stahlhelmu ma też u pasa pałkę gumową albo kij z ołowianym końcem. To nie jest faszyzm, lecz wytęskniona, prawdziwa anarchia. A Führer może tę sforę zawrócić jednym gwizdnięciem. Konserwatywne oraz mniej albo więcej przez konserwatystów infiltrowane koła w całej Rzeszy widzą już, jaki idiotyzm popełniły. Teraz za późno zawrócić. Ich faworyt dorwał się do władzy i ustąpi tylko przed przemocą·

Moja niemal 81-letnia matka, Rosa Tausk, nie zdaje sobie sprawy z tych wydarzeń. Albo ich w ogóle nie rozumie, albo rozumie źle. Niekiedy egzaltuje się nadmiernie i potem cały boży dzień krzyczy na antysemitów. Przy okazji nawet przy obcych ludziach politykuje i piorunuje. Dlatego nie może sama chodzić do hal targowych, dokąd teraz towarzyszy jej służąca. Staruszka długo w noc słucha radiowych przemówień mężów stanu i gorączkuje się ciągle od nowa, a nawet śni się jej o tym.

17 marca 1933

Nasze miasto zajmuje w obecnych wydarzeniach zupełnie wyjątkowe miejsce. Jeżeli w świecie słychać coś o Wrocławiu, jest to zawsze wieść niezwykła i jedyna w swoim rodzaju, pachnąca z daleka „głuchym Podolem” („Hinterpodolien”). Tak jest i teraz, bowiem w żadnym innym mieście niemieckim, włącznie z zupełnie małymi dziurami, oddziały hitlerowskie nie obsadziły gmachów sądowych – tylko we Wrocławiu. Zarządził to Gruppenführer Heines ze swoją Standarte, na podstawie własnych pełnomocnictw. Wyrzucił przy tym wszystkich żydowskich adwokatów i sędziów.

Niedziela 23 kwietnia 1933

Podczas gdy w całych Niemczech na ogół zaprowadzono już ponownie spokój i porządek, we Wrocławiu oraz na całym Śląsku trwa w dalszym ciągu zamęt. Pan Edmund Heines, który właśnie niedawno ochrzcił swoim imieniem ulicę Am Anger [Łąkowa], jako prezydent wrocławskiej policji i Gruppenführer śląskiej SA terroryzuje nadal żydowską ludność i traktuje ją na równi z przestępcami. Heinesa kompani, m. in. nadprezydent Helmut Brückner, dzielnie mu sekundują.

Jak dotychczas, nowy rząd zapewnił narodowi jedynie wielkie uroczystości: święta narodowe z kolorowym napuszonym sztafażem i krzykliwymi mowami do ludu. Obecnie nazistowski program przewiduje na 1 maja obchody „narodowego święta pracy”. Początkowo naziści planowali likwidację pierwszomajowego święta robotników. Ale tak samo jak kiedyś kościół katolicki przejmował pogańskie święta, wykorzystując je do własnych celów dla ugłaskania mas, tak teraz Hitler przejął międzynarodowe święta pierwszomajowe, ba przecież jego partia to „socjalistyczna partia robotników”.

Ja jednak myślę, że robotnicy o rzeczywiście socjalistycznych przekonaniach nie skapitulują wewnętrznie, mima że ich prasa jest w dalszym ciągu zakazana i unicestwiana na dłuższy czas. Ludzi dziwuje, skąd się biorą pieniądze na owe wielkie uroczystości, przypominające igrzyska w rzymskiej starożytności. Wobec tych olbrzymich sum tak bardzo zwalczani „marksiści” byli nadzwyczaj oszczędni, ba, skąpi. Nie można im zarzucić, że na swoje uroczystości wyrzucali pieniądze na ulicę. Partia hitlerowska organizuje obecnie „szturmówki marynarskie” i coraz bardziej militaryzuje SA i SS. To już nie tylko milicja, choć oddziały nie są skoszarowane. Wyraźnie widać, jak po wojskowemu są wyposażeni, gdy ustawiają się w szyku: formacje bojowe, kompanie saperów, oddziały łączności, oddziały karabinów maszynowych itd.

Ponieważ „marksizm” już zastał pokonany, a po pogromie gospodarczym nie należy się również obawiać 600 tys. zrujnowanych niemieckich Żydów i około miliona ludzi pochodzenia żydowskiego (jeśli nie więcej), wygląda na ta, że naziści nie zbroją się dla wewnętrznych potrzeb, ale dla zagranicznej próby sił. I rzeczywiście znowu mówi się stale odzyskaniu „zagrabionych terytoriów”. Posuwają się nawet dość daleko. We wrocławskim dowództwie okręgu wojskowego zorganizowano np. „Wystawę Niemców Sudeckich”. Przy wejściu umieszczono mapę Niemiec i Czechosłowacji, na której Sudety i wszystkie tereny czeskie zamieszkane przez ludność niemiecką oznaczono takim samym czerwonym kolorem, jak terytorium Rzeszy. W dodatku napisano: NIEMIECKIE TERYTORIUM BEZPRAWNIE ZAJĘTE PRZEZ CZECHÓW. Istotnie, zajęte przez Czechów – ale od wielu stuleci, a myślę, że bez przerwy, w każdym razie ziemie te nigdy nie należały do Niemiec.

Ludziom rządzącym obecnie Niemcami wydaje się, że pracują „dla stuleci”. Racja! Dla stuleci, które zrywać będą boki od śmiechu na samo wspomnienie tych rządów! Niejako dla kontroli dalej będę’ prowadził mój dziennik.

Owszem, pewne podobieństwa z dzisiejszą Polską są zauważalne gołym okiem. Ale szczęśliwie suma wszystkich tych podobieństw nie jest na tyle duża, by móc obawiać się, że oto historia zatoczyła koło i wracamy do 1933 roku. Nikt nie zabija się na ulicach z powodów politycznych, społeczeństwo nie jest wysoce zmilitaryzowane, partia rządząca nie dysponuje zorganizowanymi bojówkami, a do tego nikt nie wyrzuca homoseksualnych prawników z sądów tylko ze względu na ich orientację. Na razie nie zanosi się na powtórkę z Hitlera.

Ale nie znaczy to też, że jest dobrze.

Zdjęcie ilustracyjne do znalezienia pod linkiem.

Reklamy

Kto jest odpowiedzialny za Białystok, czyli dlaczego Sakiewicz kłamie. Część pierwsza

Wypowiedzi Tomasza Sakiewicza często są obrzydliwe, a do tego kłamliwe. Co do tego nigdy chyba nie było wątpliwości. W wywiadzie przeprowadzonym przez Magdalenę Rigamonti daje tego dobitny przykład. Cała rozmowa pełna jest sformułowań, które powinny wywołać co najmniej oburzenie u każdego reprezentanta tej tak zwanej „normalnej większości”, tak hołubionej przez Sakiewicza. Przykładem niech będzie zdanie, w którym ten typ wyraża opinię, jakoby wielu z homoseksualistów, którzy pracują w Gazecie Polskiej zakładało, że ich romans z homoseksualizmem jest czasowy. Już się oburzyliście czy jeszcze wam mało?

Nie będę się skupiał na obrzydliwościach wypowiadanych przez tego typa. Nie wracam na swojego zakurzonego blogaska po kilku latach po to, żeby kopać się z koniem i wymyślać równie obelżywe wyzwiska co on (a wierzcie mi, urodziło się ich w mojej głowie wiele, odkąd przeczytałem ten wywiad). Nie uważam, żeby wytykanie wszystkich jego podłości i przekłamań prowadziło do czegoś konstruktywnego. Tych bzdur w większości nie da się sprostować ani nie da się z nimi polemizować. No bo co, przepraszam, jak tu obnażyć kłamstwo, że większość homoseksualistów zatrudnionych u Sakiewicza marzy o normalnym życiu jako heteroseksualiści?

Z większą częścią tych bredni Rimagonti rozprawiła się bardzo sprawnie. Przykładowo obnażyła brak spójności jego bajdurzeń o ideologii LGBT (nie wiem, czy wiecie, ale w marszach równości paraduje jakaś efemeryczna ideologia, a nie żywi ludzie), czy zwykłe buractwo (typ zarzucił krytykom naklejki „strefa wolna od LGBT” niedorośnięcie do etosu wykształcenia wyższego, samemu go nie posiadając). Na kilka drobnych kłamstw Rigamonti nie zwróciła jednak uwagi. Wobec tego dzisiaj zajmiemy się dwoma bardzo prostymi do obalenia kłamstewkami naczelnego Gazety Polskiej. Pierwszym będzie kwestia tego, kto ponosi odpowiedzialność za zamieszki w Białymstoku. Drugim będzie to, kto może w Polsce adoptować dzieci.

Kłamstwo nr 1: czy prezydent Truskolaski jest odpowiedzialny za zamieszki w Białymstoku?

Tomasz Sakiewicz: Uważam, że prezydent Truskolaski powinien stanąć (…) przed sądem. Stworzył powszechne zagrożenie. Te marsze nie powinny się w ogóle odbyć. Trzeba było wziąć na siebie ciężar zakazaniu marszów i nie doprowadzić do bijatyki.

Według tego typa winnym zamieszek, które miały miejsce w Białymstoku w trakcie marszu równości w sobotę 20 lipca, był prezydent Białegostoku. Wina ta miała objawić się tym, że nie zakazał organizacji marszów i przez to doprowadził do eskalacji konfliktu. Według Sakiewicza Truskolaski powinien był zakazać obu marszów. Pytanie tylko czy mógł zakazać marszu równości?

O ile nie żyjesz pod kamieniem, odpowiedź nie powinna cię zaskoczyć. Prezydent miasta nie miał podstaw do zakazania białostockiego marszu równości. Ewentualna decyzja zakazująca marszu byłaby niezgodna z prawem i zostałaby uchylona przez sąd rozpoznający odwołanie organizatorów. W ostatnim czasie przekonali się o tym włodarze Lublina, Gniezna i Rzeszowa, którzy próbowali nadużyć swojej władzy i aplikować pokrętną logikę Sakiewicza. Szczęśliwie przez wszystkie te miasta marsze przeszły pomimo próby ich zablokowania przez niekompetentnych samorządowców (już nie chcę ich nazywać oportunistami).

Mnie jednak odpowiedź na pytanie zamykająca się w pojedynczym „nie” nie zadowala. Dlaczego Truskolaski nie mógł zakazać marszu równości? Postaram się odpowiedzieć na tak zmodyfikowane pytanie w sposób zwięzły i jak najbardziej zrozumiały. Mam nadzieję, że uda mi się nie przynudzać za bardzo.

Krótki wykład o prawach człowieka

Każdy system prawny oparty jest na jakichś naczelnych zasadach, którym podporządkowane jest całe prawo. Standardem we wszystkich demokratycznych porządkach prawnych już od dłuższego czasu jest to, że zestawem takich naczelnych zasad są prawa i wolności człowieka. Rozumie się je w przeróżny sposób, ale ich katalog pozostaje mniej więcej taki sam, niezależnie od ujęcia. Uznaje się, że jednym z podstawowych i najważniejszych praw człowieka jest wolność zgromadzeń.

Ale hola hola, dlaczego akurat wolność zgromadzeń jest tak ważnym prawem człowieka? Jak ma się wolność zgromadzeń do prawa do życia? Zakazu tortur? Prawa do wolności osobistej? Czy to nie są podstawowe prawa, które należy za wszelką cenę chronić i stawiać na czele katalogu? Odpowiadając – jest bardzo duża różnica pomiędzy, przykładowo, zakazem tortur a wolnością zgromadzeń. To pierwsze jest tzw. prawem osobistym, dotyczącym sfery osobistej każdego człowieka. To drugie jest tzw. prawem politycznym, zbiorowym (nazwijcie to jak chcecie, nie mam zamiaru tutaj dyskutować sam ze sobą na temat właściwego nazewnictwa) – tzn. że dotyczy działalności każdego człowieka w sferze publicznej. A w sferze publicznej nie ma chyba ważniejszego prawa niż wolność zgromadzeń. Dlaczego? Chodzi przede wszystkim o zagwarantowanie wpływu członków społeczności na władze publiczne. Wszak każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich (tak przynajmniej ta wolność jest sformułowana w naszej ustawie zasadniczej). Mądre głowy piszące opasłe tomiska doszły kiedyś do wniosku, że zgromadzenia obywateli są jednym z podstawowych sposobów oddziaływania na politykę państwa i stąd tak duża waga tej akurat wolności [1].

Chcecie jakichś przykładów? Służę uprzejmie. Dwa lata temu byliśmy świadkami tego, jak zgromadzenia publiczne mogą bezpośrednio oddziaływać na politykę państwa. Na skutek masowych protestów przeciwko reformie sądownictwa i nowelizacjom trzech ustaw (o Krajowej Radzie Sądownictwa, o ustroju sądów powszechnych i o Sądzie Najwyższym) latem 2017 roku Andrzej Duda zawetował dwie z nich, podpisując jedynie tę dotyczącą prawa o ustroju sądów powszechnych. Nie oceniając samych protestów, ich skuteczności, decyzji prezydenta i jego prawdziwych motywów, czy wreszcie późniejszych losów sądownictwa, nie da się zaprzeczyć stwierdzeniu, że masowe zgromadzenia wpłynęły na politykę państwa.

No to jak do tej pory było doniośle, biało-czerwone flagi powiewały na wietrze, zapalone świeczki poszły w górę, odśpiewaliśmy „wolność kocham i rozumiem”. Ale prawa i wolności człowieka mają też mniej przyjemną stronę. Praktycznie każde z nich może być przez państwo w jakiś sposób ograniczone.

Ale dlaczego? Ale jak to? Ale czy ograniczenie nie będzie naruszeniem takiego prawa przysługującego każdemu człowiekowi? Czy mogę napisać do Beaty Szydło, ewentualnie Komisji Europejskiej, żeby coś z tym zrobili? Napisać zawsze możesz, ale nie zmienia to faktu, że państwo może ograniczyć twoje prawa podstawowe. Gdyby państwo nie miało takiej możliwości, doprowadziłoby to do iście absurdalnych sytuacji. Przykładowo: każdy ma zapewnioną wolność osobistą, prawda? To wydaje się oczywiste. Czy to oznacza, że państwo w żadnej sytuacji nie będzie miało prawa do pozbawienia kogoś wolności? Oczywiście że nie. Zawsze pojawią się takie sytuacje, w których konieczne będzie odebranie konkretnemu człowiekowi jego wolności osobistej rozumianej jako możliwość dowolnego decydowania o swoim postępowaniu. O ograniczeniu wolności osobistej zazwyczaj decyduje sąd. Jednak nie może on ograniczyć twojej wolności według własnego widzimisię. Jest on związany przepisami, które regulują ściśle określone przypadki, w których może dokonać naruszenia przysługującego ci prawa podstawowego. Najczęściej będzie to reakcja państwa na niepożądane zachowanie, np. prowadzenie po pijaku, czy zabójstwo 5-latka. Sąd może ograniczyć twoją wolność w przeróżny sposób. Przykładowo może zdecydować o zamknięciu cię do więzienia, a może odebrać ci prawo jazdy na jakiś czas (co też przecież będzie jakimś tam ograniczeniem twojej wolności). [2]

Podobnie z chronionym przez państwo prawem własności – co jeśli pożyczysz od kogoś jakąś kwotę pieniędzy i nie będziesz chciał mu jej oddać? Czy ten kto ci pożyczył pieniądze nie może domagać się od ciebie zwrotu tych pieniędzy? Czy państwo powinno mu pomóc w odzyskaniu od ciebie tych pieniędzy? Czy jeśli komornik (a więc przedstawiciel państwa, organ władzy publicznej) zajmie ci jakąś kwotę na koncie bankowym i przymusowo zabierze ci ileś tam pieniędzy – to czy to będzie naruszenie twojego prawa własności?

Nie muszę chyba wymyślać kolejnych przykładów zasadności ograniczania konstytucyjnie gwarantowanych praw i wolności. Uważam, że nawet czytelnicy Gazety Polskiej są w stanie to zrozumieć. Generalnie ograniczać prawa człowieka państwo może tylko w bardzo dobrze uzasadnionych sytuacjach, gdy będzie to niezbędne dla ściśle określonego celu. Tym celem może być np. ochrona innego prawa o podobnej doniosłości co prawo ograniczane. Dodatkowo ograniczenie może nastąpić tylko w przypadkach przewidzianych przez ustawodawcę (czyli tych typów, których wszyscy wybieramy co cztery lata i którzy siedzą w kółeczku i podnoszą rączki i opuszczają je w rytm stuków-puków laski pewnego starszego pana).

Jak ograniczyć wolność zgromadzeń

Ustaliliśmy, że wolność zgromadzeń jest jednym z najważniejszych praw człowieka. Marsze i parady równości z pewnością są zgromadzeniami publicznymi i przez to objęte są ochroną ze strony państwa gwarantującą prawidłowe wykonywanie tej wolności. Sakiewicz twierdzi, że Truskolaski powinien był ograniczyć prawo do zgromadzenia publicznego wszystkich tych osób, które organizowały białostocki marsz i brały w nim udział. Ustaliliśmy już, że w pewnych sytuacjach prawa człowieka mogą być ograniczane na ściśle określonych zasadach. Zanim odpowiemy na pytanie, czy ten konkretny marsz mógł zostać zakazany, przydałoby się dowiedzieć, w jakich okolicznościach można ograniczyć wolność zgromadzeń. Potem zastanowimy się, czy w przypadku białostockiego marszu równości zaszła okoliczność pozwalająca go zakazać.

Uwaga, teraz będziemy cytować ustawy, nie regulujcie odbiorników i postarajcie się nie usnąć. Zgodnie z art. 57 Konstytucji, ograniczenie wolności zgromadzeń może określać tylko ustawa. Taka ustawa istnieje i nazywa się prawo o zgromadzeniach. W nim znajduje się art. 14, który wymienia przesłanki, które muszą zajść, by organ gminy (czyli w przypadku gminy miejskiej Białystok – prezydent miasta, który to urząd obecnie pełni Tadeusz Truskolaski) mógł zakazać zgromadzenia.

Załóżmy że planujesz organizację zgromadzenia publicznego w Białymstoku. Pierwszym przypadkiem, w którym Truskolaski mógłby wydać decyzję zakazującą twojego zgromadzenia jest sytuacja, w której cel tego zgromadzenia naruszałby wolność pokojowego zgromadzania się, jego odbycie naruszałby art. 4 prawa o zgromadzeniach (przepis ten generalnie mówi o tym, że w zgromadzeniu nie mogą uczestniczyć osoby posiadające przy sobie broń, materiały pirotechniczne itp.) lub jego odbycie naruszałby zasady organizowania zgromadzeń albo jego cel lub odbycie naruszałby przepisy karne. To jest punkt pierwszy tego artykułu. Uff, udało się przebrnąć przez przepis. Żyjecie? Czy są jakieś ofiary w ludziach?

Jak ten przepis ma się do rzeczywistości? Wyobraźmy sobie, że będziesz chciał zorganizować zgromadzenie. W tym celu na fejsie stworzycie ze swoimi ziomalami wydarzenie „łamanie sobie nóg, by nie iść do woja”, ustawicie datę zgromadzenia na 20 lipca 2019 roku o godzinie 14:30, na miejsce wybierzecie Plac NZS w Białymstoku. Fejs wam powie, że będzie słoneczko, bezchmurne niebo i powyżej 25 stopni. Mimo tak sprzyjających okoliczności wasze zgromadzenie raczej zostanie zakazane. Ale dlaczego? Czy już mogę pisać do prezydenta Dudy, żeby coś zrobił z tym wstrętnym Truskolaskim zakazującym mi łamać sobie nóg? Pisać zawsze możesz, ale nie zmieni to faktu, że w kodeksie karnym znajduje się przepis, zgodnie z którym nie wolno samouszkadzać się w celu zwolnienia od obowiązku służby wojskowej albo odroczenia tej służby.

Żaden z przypadków wskazanych w art. 14 pkt 1 prawa o zgromadzeniach nie zachodził w przypadku białostockiego marszu i żaden z włodarzy miast nie próbował jeszcze udowodnić, że było inaczej. Zawsze może znaleźć się jakiś nowy typol będący prezydentem albo burmistrzem, który spróbuje naciągnąć okoliczności faktyczne w taki sposób, że czary-mary-hokus-pokus do zakazania marszu równości użyje tego przepisu. Dopóki tak się nie stanie – nie będziemy sami próbowali nic wymyślać.

Drugą sytuacją, w której dopuszcza się zakazanie zgromadzenia publicznego jest okoliczność, że ma się ono odbyć w miejscu i czasie, w których odbywają się zgromadzenia organizowane cyklicznie (art. 14 pkt 3). Ta przesłanka jest legislacyjnym niemowlakiem (przepis obowiązuje dopiero od kwietnia 2017 r.), mocno pokracznym i twardo krytykowanym przez prawników. W normalnej sytuacji zająć się nim powinien Trybunał Konstytucyjny, ale wszyscy dobrze wiemy jak jest. Wiemy też czemu tak naprawdę instytucja zgromadzeń cyklicznych miała służyć. Nie będziemy się więc rozwodzić nad tym przypadkiem. W Białymstoku w soboty (ewentualnie każdego 20 dnia miesiąca) o godzinie 14:30 na placu NZS nie odbywa się żadne zgromadzenie cykliczne. Dlatego przepis ten również nie mógłby znaleźć zastosowania przy wydaniu decyzji zakazującej marszu równości i do tej pory nikt nie wykazał się taką kreatywnością, żeby spróbować go zastosować.

Wreszcie ostatnia sytuacja, w której organ gminy może wydać decyzję o zakazie zgromadzenia publicznego, przewidziana w art. 14 pkt 2 prawa o zgromadzeniach. Mówi on, że zgromadzenie może zostać zakazane, jeśli jego odbycie może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach, w tym gdy zagrożenia tego nie udało się usunąć w drodze wezwania do zmiany miejsca lub czasu zgromadzeń kolidujących lub w drodze przeprowadzenia rozprawy administracyjnej. Przekładając z bełkotliwego na polski – jeśli zorganizowanie twojego zgromadzenia spowoduje poważne zagrożenie dla wszystkiego co stoi dookoła, to zostanie ono zakazane. To właśnie ta przesłanka była w niedalekiej przeszłości wykorzystywana jako podkładka pod wydanie zakazów marszów równości w Lublinie, Gnieźnie i Rzeszowie. Czy słusznie? Z mojej dotychczasowej pisaniny jeszcze to nie wynika. Zastanówmy się więc najpierw, jakie obowiązki ciążą na organizatorze zgromadzenia, a jakie na władzy publicznej.

Zakaz marszu równości

Na organizatorach spoczywa obowiązek dopełnienia niezbędnych formalności i zapewnienia pokojowego przebiegu zgromadzenia zgodnie z prawem i przyjętym programem. Natomiast na władzach publicznych ciąży obowiązek zapewnienia spokojnego i niezakłóconego przebiegu zgromadzenia, jak też ochrony jego uczestników przed działaniami przeciwników celów, dla jakich zgromadzenie zostało zwołane. [3]

Czyli w prostych słowach: organizator ma obowiązek zorganizować pokojowe zgromadzenie, a państwo ma zasrany obowiązek takie zgromadzenie ochronić przed różnego rodzaju zjebixami.

Wobec tego pojawia się pytanie – czy organ władzy publicznej może żądać od organizatora zgromadzenia, by ten zapewnił spokojny i niezakłócony przebieg zgromadzenia, jeśli odbycie tego zgromadzenia powoduje zagrożenie zdrowia lub życia ludzkiego? Czy jeśli cel zgromadzenia jest zgodny z prawem i stanowi przejaw realizacji wolności zgromadzeń – to czy organ państwowy może przerzucić na organizatorów swój psi obowiązek ochrony takiego zgromadzenia? Odpowiedź jest jednoznaczna i oczywista i brzmi absolutnie nie, organ państwowy nie ma takiego prawa. Mądrzy ludzie, którzy musieli poradzić sobie z tymi bzdurnymi zakazami marszy równości na przestrzeni ostatniego roku napisali takie rzeczy:

Niedopuszczalne jest uzależnienie możliwości realizacji wolności zgromadzeń od reakcji przeciwników zgromadzenia.

Skoro wolność zgromadzeń jest konstytucyjnie chroniona, to jakiekolwiek jej ograniczenia muszą być wprost w ustawie wyrażone i wykluczone są wszelkie interpretacje rozszerzające czy wnioskowanie przez analogię. Tym samym ewentualna interwencja organów władzy publicznej w wolność zgromadzeń musi mieć charakter wyjątkowy.

Standard ochrony wolności zgromadzeń oraz powiązany z nim zakaz nierównego traktowania przez władze publiczne można sprowadzić do następujących kwestii:

– organy władzy publicznej mają obowiązek umożliwić przeprowadzenie pokojowego zgromadzenia również wtedy, kiedy jego uczestnicy będą prezentować idee odmienne od poglądów większości, a dodatkowo takie zgromadzenie będą się starali zakłócić lub udaremnić uczestnicy kontrmanifestacji,

– przesłanki pozwalające na wydanie zakazu odbycia zgromadzenia nie mogą być interpretowane rozszerzająco, w szczególności zaś nie mogą opierać się wyłącznie na ogólnych prognozach lub przypuszczeniach i muszą uwzględniać wartości i normy wyższego rzędu wynikające z Konstytucji RP i przepisów prawa międzynarodowego,

– organy władzy publicznej, dokonując oceny, czy zgłoszone zgromadzenie zagraża życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach powinny odnosić się do zachowania organizatorów i uczestników zgromadzenia, nie zaś do zachowania osób trzecich próbujących udaremnić przeprowadzenie demonstracji. [4]

Z tego przydługiego i troszkę nudnego wywodu wynika jednoznacznie, że Truskolaski nie miał prawa zabronić pierwszego białostockiego marszu równości. IN YOUR FACE, SAKIEWICZ!!!

Wobec tego Truskolaski nie ponosi odpowiedzialności za ten festiwal przemocy, którego byliśmy świadkami 20 lipca w Białymstoku. Co więcej – moim skromnym zdaniem odpowiedzialność za to, co się stało w tamto sobotnie popołudnie ponoszą ludzie tacy jak Sakiewicz, którzy relatywizują tamte zdarzenia, doszukują się prowokacji, czy wreszcie obwiniają za nie ofiary. No ale trzeba nie mieć kręgosłupa moralnego, żeby prezentować takie stanowisko.

Obiecuję, że druga część tej notki powstanie szybciej niż za 3 lata. Mam nadzieję, że uda mi się ją napisać przez najbliższy weekend.


Przypisy:

[1] M. Safjan, L. Bosek (red.), Konstytucja RP. Tom I. Komentarz do art. 1–86, Warszawa 2016

[2] P. Sarnecki (red.), Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz. Tom II, Warszawa 2016

[3] W. Skrzydło (red.), Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz, Warszawa 2013

[4] Postanowienie Sądu Apelacyjnego w Lublinie z dnia 12.10.2018 r., sygn. akt I ACz 1145/18, LEX nr 2559817

 

Zdjęcie ilustracyjne autorstwa Barta Staszewskiego do znalezienia pod linkiem.