Gdzie jest paszport dla mojego dziecka?

Wyobraź sobie, że spierdalasz z Polski razem ze swoim partnerem/swoją partnerką do jakiegoś normalnego kraju, który jest chętny rozpoznać i objąć ochroną wasz związek. Wreszcie nie jesteście obcymi sobie osobami, wreszcie możecie korzystać z pełni praw przysługujących parom heteroseksualnym znajdującym się w takiej samej sytuacji. Jesteście szczęśliwi/szczęśliwe, a w waszym życiu pojawia się wymarzone dziecko. Załatwiacie podstawowe formalności i planujecie wizytę u babci malucha na najbliższe święta.

Niestety nagle okazuje się, że Polska nie odpuszcza i znowu dostajecie z pięści w brzuch. Myśleliście/myślałyście, że już udało się wam uciec od tej paskudnej rzeczywistości? Dobre sobie, Polska was dopadnie zawsze i wszędzie.

Teoretycznie wasze dziecko jest obywatelem polskim, bo przecież jest twoim dzieckiem, a ty masz polskie obywatelstwo. Dziecko nie jest jednak obywatelem państwa, w którym się urodziło, bo nie obowiązuje w nim zasada prawa ziemi, zgodnie z którym dziecko urodzone na terytorium danego państwo nabywa jego obywatelstwo. To znaczy, że jedyne dokumenty tożsamości, jakie twoje dziecko może dostać to dokumenty polskie. A żeby dostać polskie dokumenty, trzeba mieć PESEL, a żeby dostać PESEL, trzeba przedstawić akt urodzenia.

I tu pojawia się problem, bo w akcie urodzenia twojego dziecka jako rodzice wpisane są dwie osoby tej samej płci. Urzędas w okienku robi wielkie oczy, rozkłada ręce, w życiu bowiem takich dziwów nie widział. No ale co zrobić, nie może przecież zaakceptować aktu urodzenia, w którym są dwie mamusie albo dwóch tatusiów! Skoro nie będzie aktu urodzenia to nie będzie PESEL-u, dowodu osobistego ani paszportu. Co to oznacza? Że ten urzędas właśnie efektywnie pozbawił twoje dziecko możliwości korzystania z dobrodziejstw wynikających z polskiego obywatelstwa.

Wiem, wiem – „dobrodziejstwa z bycia Polakiem” – to sformułowanie brzmi wyjątkowo śmiesznie. Tylko że z dokumentem potwierdzającym to obywatelstwo można robić bardzo dużo rzeczy. Przykładowo – wyjechać za granicę w ramach swobodnego przepływu osób w ramach UE, czy skorzystać z polskiego systemu opieki zdrowotnej.

No ale dobra, sprawa nie jest jeszcze przegrana, prawda? Istnieje coś takiego jak kontrola sądowa administracji, w Polsce realizowana przez odrębne sądownictwo administracyjne. Liczysz, że w sądzie znajdziesz sprawiedliwość dla swojego dziecka, więc idziesz do prawnika i on już zajmuje się skierowaniem sprawy na drogę sądową. Jeśli jesteś szczęściarzem – trafiasz na normalny skład sędziowski, który rozwiązuje twój problem i pozwala twojemu dziecku na pełne cieszenie się z (hyhyhy) dobrodziejstw polskiego obywatelstwa.

Nie będziesz jednak szczęściarzem, jeśli sąd będzie rozpoznawał twoją sprawę po poniedziałku 2.12.2019 r. Tego dnia Naczelny Sąd Administracyjny wziął i nasrał na prawo twojego dziecka do efektywnego korzystania z obywatelstwa.

Tyle wstępu, teraz może pokrótce o tym, o czym będzie ta krótka notka? Postaram się poruszyć w niej kilka wątków, niezbędnych do zrozumienia, dlaczego poniedziałkowa uchwała NSA będzie miała takie chujowe skutki. Mianowicie zajmę się próbą wyjaśnienia:

  • dlaczego polscy urzędnicy odmawiają dokonywania transkrypcji zagranicznych aktów urodzenia, w których wpisani są rodzice tej samej płci;
  • jak do tej pory sądy radziły sobie z podobnymi sytuacjami;
  • jak poniedziałkowa uchwała NSA wpłynie na podobne sprawy w przyszłości.

Mam nadzieję, że nie umrzesz z nudów w czasie dalszej lektury.

 

1. Dlaczego urzędnicy nie chcą polskich dzieci w Polsce

Transkrypcja dokumentów stanu cywilnego

Interesowało cię kiedyś, jak wygląda polski akt urodzenia? Nie? Nic mnie to nie obchodzi, tak czy inaczej ci go pokażę.

odpis-zupelny-aktu-urodzenia-1z2
Pierwsza strona wzoru odpisu zupełnego aktu urodzenia, link

Zauważyłeś pewnie, że w rubryce „dane rodziców” widnieją dwie pozycje – ojciec i matka? Nie „rodzic 1” i „rodzic 2”, tylko ojciec i matka.

No dobra, ale to jest wzór polskiego aktu urodzenia, jak to się ma do dzieci urodzonych za granicą, którym wystawiono zagraniczny akt urodzenia? Ma się bardzo dużo. Żeby wskazać, co dokładnie, to trzeba otworzyć magiczną książeczkę z przepisami zwaną Prawo o aktach stanu cywilnego. W tej ustawie znajduje się art. 104, którego ustęp 1 brzmi:

Zagraniczny dokument stanu cywilnego, będący dowodem zdarzenia i jego rejestracji, może zostać przeniesiony do rejestru stanu cywilnego w drodze transkrypcji.

Czym jest transkrypcja zagranicznego dokumentu stanu cywilnego? To wierne i literalne przeniesieniu treści zagranicznego dokumentu. Polski urzędnik dokonujący transkrypcji nie może ingerować w treść dokumentu, bo poświadczałby nieprawdę i inne takie tam bzdury związane z mocą prawną aktów stanu cywilnego, nad którymi nie będziemy się tutaj pochylać. [1]

Dla omawianej sytuacji istotne znaczenie ma przede wszystkim jeden z dalszych ustępów cytowanego wcześniej artykułu, tj. ustęp 5:

Transkrypcja jest obligatoryjna, jeżeli obywatel polski, którego dotyczy zagraniczny dokument stanu cywilnego, posiada akt stanu cywilnego potwierdzający zdarzenia wcześniejsze sporządzony na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i żąda dokonania czynności z zakresu rejestracji stanu cywilnego lub ubiega się o polski dokument tożsamości lub nadanie numeru PESEL.

Skoro ustawodawca mówi, że w wymienionych przypadkach transkrypcja jest obligatoryjna, to chyba sprawa jest załatwiona, prawda? Szczególnie że bez tej czynności urząd nie wyda twojemu dziecku polskiego dokumentu tożsamości, ani nie nada numeru PESEL, co uniemożliwi mu np. poruszanie się po Unii Europejskiej, czy wyjazd z kraju, w którym się urodziło do Polski. To chyba oznacza, że urzędas musi wziąć dupę w troki i z podkulonym ogonem dokonać tej transkrypcji w każdym przypadku wskazanym w tym przepisie, prawda?

No nie do końca. Mimo tego, że ustawa wyraźnie wskazuje na obligatoryjność transkrypcji aktu stanu cywilnego w określonych przypadkach, to urzędnik nie zawsze powinien takiej transkrypcji dokonać. Wyobraźmy sobie sytuację, w której 14-letnia Polka wychodzi za granicą za mąż za dorosłego faceta. Małżeństwo jest religijne, ale państwo trzecie rozpoznaje ten związek i sankcjonuje go wystawiając dokument stanu cywilnego. [2] Czy polski urzędnik powinien transkrybować taki dokument w opisanym powyżej trybie? Jeśli dokładnie wczytamy się w to, co pozostawiłem poza podkreśleniem, to moglibyśmy uznać, że urzędnik będzie miał obowiązek transkrypcji takiego aktu małżeństwa.

Czy to oznacza, że art. 104 ust. 5 Prawa o aktach stanu cywilnego dopuszcza sankcjonowanie przez państwo pedofilskich związków małżeńskich zawieranych w państwach trzecich? Jak pewnie się domyślacie – odpowiedź na to pytanie brzmi nie.

 

Klauzula porządku publicznego

Jaki mechanizm prawny umożliwia urzędnikowi (i później sądom) uniknięcie sankcjonowania sytuacji dopuszczalnych w innych państwach, ale niedopuszczalnych w Polsce? Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy zmienić ustawę i udać się do Prawa prywatnego międzynarodowego, w którym znajduje się art. 7:

Prawa obcego nie stosuje się, jeżeli jego stosowanie miałoby skutki sprzeczne z podstawowymi zasadami porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej.

Podobne regulacje znajdują się praktycznie we wszystkich aktach prawnych regulujących to, którego państwa prawo powinno być zastosowane w stosunkach międzynarodowych. Zarówno tych międzynarodowych, jak i w wewnętrznym ustawodawstwie innych krajów.

Aby dobrze zrozumieć, co tak naprawdę mówi przywołany artykuł, musimy odwołać się do teorii prawa. UGHHH TAK, WIEM, BĘDZIE JESZCZE BARDZIEJ NUDNO NIŻ BYŁO DO TEJ PORY. Bardzo mi przykro, ale art. 7 PPM zawiera klauzulę generalną [3], a żeby dobrze zrozumieć opisywaną sytuację, trzeba wyjaśnić to pojęcie.

Czym jest zatem klauzula generalna? To pojęcie niejednoznaczne i nie jest proste do zdefiniowania. Na pewno przepisy zawierające klauzule generalne zawierają pojęcia o charakterze oceniającym, czym umożliwiają dokonywanie organom stosującym prawo dokonywanie odpowiednich ocen wybiegających poza suche przepisy. Klauzule generalne mogą również odsyłać do kryteriów pozaprawnych (np. do norm moralnych, przykładowo do „zasad współżycia społecznego”, cokolwiek to znaczy). Na pewno klauzula generalna to taka norma prawna, która celowo została sformułowana w sposób nieostry lub niedookreślony. [4]

Ale jak to? Przepisy i normy powinny przecież być ostre i dookreślone, żeby nie było problemów z ich stosowaniem, prawda? No właśnie nie zawsze. Ustawodawca wprowadza klauzule generalne do systemu prawnego po to, żeby uelastycznić ten system, by organy stosujące prawo miały możliwość dostosowywania swojej działalności do indywidualnych spraw, w których literalne stosowanie przepisów doprowadzi do pokrzywdzenia poszczególnych osób. Takie przepisy są potrzebne właśnie po to, żeby chronić porządek prawny przed nadużyciami i absurdalnymi sytuacjami (jak np. uznawanie zagranicznych małżeństw religijnych zawieranych z 14-latkami).

Właśnie takim mechanizmem zabezpieczającym jest m. in. klauzula porządku publicznego. Jest to klasyczny przykład chronienia się państwa przed decyzjami innych państw, jeśli decyzje te pozostają w sprzeczności z porządkiem prawnym tego pierwszego. Wykorzystuje się wskazany powyżej mechanizm klauzuli generalnej, który przenosi ciężar podejmowania decyzji o zgodności z prawem konkretnych sytuacji z ustawodawcy na organ stosujący prawo.

Ten mechanizm niestety jest obecnie wykorzystywany w Polsce do odmawiania Polakom możliwości z korzystania ich podstawowych praw.

 

Odmowa transkrypcji zagranicznego aktu urodzenia przez urzędników

Jak zapewne wiesz, Polska nie rozpoznaje związków jednopłciowych, zawieranych poza jej granicami. Ponadto nie zezwala parom jednopłciowym na adopcję dzieci. Przepisy prawa rodzinnego zawierają definicję macierzyństwa i ojcostwa. Organy stosujące prawo wywodzą sobie z tego, że w Polsce rodzicami muszą być osoby różnej płci. Potwierdzeniem tego jest przywołany już wyżej wzór odpisu aktu urodzenia, który ma dwa obowiązkowe pola do wypełnienia – jedno wskazujące na matkę, drugie na ojca.

Praktyką w urzędach jest zasłanianie się klauzulą porządku publicznego (tj. art. 7 PPM) przed dokonaniem obligatoryjnej transkrypcji zagranicznego aktu urodzenia (obowiązek wynikający z art. 104 ust. 5 PASC) zawierającego jednopłciowych rodziców.

Po wyczerpaniu środków odwoławczych w administracji takie sprawy zwykle trafiają do sądów administracyjnych.

 

2. Co ważniejsze – dziecko czy świstek papieru?

Wyobraź sobie, że sprawa twojego dziecka wreszcie trafia do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Sprawuje on kontrolę nad działalnością administracji publicznej, a więc ma prawo ocenić, czy decyzja urzędnika o odmowie transkrypcji aktu urodzenia twojego dziecka była prawidłowa, czy też nie.

Sąd w takim przypadku staje przed bardzo trudnym dylematem: musi zdecydować co jest ważniejsze. Czy ważniejsze jest dobro dziecka i umożliwienie mu efektywnego korzystania z praw wynikających z polskiego obywatelstwa? Czy może ważniejsze jest zachowanie czystości prawnej przepisów o aktach stanu cywilnego i kodeksu rodzinnego przejawiające się w wyglądzie papierka będącego wzorek aktu urodzenia? Do tej pory orzecznictwo w takich sprawach było rozbieżne.

 

To nie jest kraj dla moich dzieci

Jedna linia orzecznicza była taka, że to urzędnicy mają rację odmawiając transkrypcji zagranicznych aktów urodzenia. Przepisy obowiązujące na terenie Rzeczypospolitej Polskiej nie przewidują przecież ani możliwości usankcjonowania związku osób tej samej płci, ani możliwości przysposobienia dziecka przez osoby tej samej płci. Pojęcia „rodzicielstwo”, „rodzice” zawsze odnoszą się do osób różnej płci, tj. kobiety i mężczyzny, na co wskazuje także jednoznacznie art. 18 Konstytucji, który stanowi, że małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

Najbardziej kuriozalnym elementem tej linii orzeczniczej jest troska o zachowanie właściwej formy aktu urodzenia – stąd tyle miejsca poświęciłem wcześniej na jej opisanie. Sądy odmawiały uwzględnienia skarg wnoszonych przez rodziców, bo wpisując do polskiej księgi urodzeń tak sporządzony za granicą akt urodzenia Kierownik USC musiałby wpisać dwie osoby tej samej płci, przy czym jedną z nich w rubryce „matka” a drugą „ojciec”.

Chciałbym, żeby to dobrze siadło. Sądy odmawiały polskim obywatelom prawa do posiadania PESEL-u i dokumentów potwierdzających to obywatelstwo i gwarantujących możliwość korzystania z wszelkich uprawnień wynikających z tego obywatelstwa, bo na druczku ministerialnym jest napisane „matka” i „ojciec”. Treść klauzuli generalnej zawartej w art. 7 PPM została wypełniona przez orzecznictwo w ten sposób, że posiadanie rodziców tej samej płci zostało uznane za pozostające w sprzeczności z ministerialnym wzorem jednego z urzędowych dokumentów. Na tej podstawie odmawiano dzieciakom dostępu do ich podstawowych praw.

Dodatkowo w uzasadnieniach tych orzeczeń pojawiają się pierdy, że przecież odmowa transkrypcji aktu urodzenia nie będzie uniemożliwiała w przyszłości ustalenia i wykazania przed polskimi organami i sądami swojego obywatelstwa. [5] Ciekawi mnie w jakim trybie miałoby to nastąpić? Powództwo o ustalenie obywatelstwa polskiego? Powództwo o wydanie dowodu osobistego? Powództwo o wpisanie do bazy PESEL? Spróbujcie dostać te rzeczy bez aktu urodzenia w aktach stanu cywilnego, powodzenia.

Na szczęście pojawiła się linia orzecznicza, idąca w kompletnie inną stronę.

 

Dziecko ważniejsze od druczku

W ubiegłym roku pojawił się przełomowy wyrok NSA, po którym pojawiły się kolejne, zawierające podobne rozstrzygnięcia. [6] Podobne rozstrzygnięcia pojawiały się już wcześniej na niższym szczeblu, tj. w Wojewódzkich Sądach Administracyjnych. [7]

Generalnie chodzi o to, że po kilku latach polskie sądy administracyjne nareszcie dostrzegły, że odmowa transkrypcji aktu urodzenia (bez którego nie dostanie się PESEL-u, bez którego z kolei nie dostanie się dowodu osobistego i paszportu) stanowi rażące naruszenie praw dziecka. Sądy przywoływały rozbudowaną argumentację, na którą składało się m. in. to, że przepis wyraźnie mówi o obligatoryjnej transkrypcji zagranicznego dokumentu stanu cywilnego w przypadku, gdy obywatel polski ubiega się o nadanie numeru PESEL albo wydanie dowodu tożsamości. Przecież odmowa takiej czynności prowadzi do ograniczenia dostępu do polskiego systemu oświaty, polskiego systemu opieki zdrowotnej, czy uniemożliwienia podróżowania do innych państw.

Do tego doszukano się naruszeń Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, przywołując orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który wielokrotnie wypowiadał się na temat tego, że jeśli dochodzi do kolizji norm prawnych, to podstawową regułą kolizyjną (tj. taką, która pozwala na rozstrzygnięcie, która z dwóch sprzecznych norm powinna znaleźć zastosowanie w konkretnej sprawie) powinna być dyrektywa nakazująca jak najpełniejsze poszanowanie praw dziecka. No i do kurwy nędzy, przecież dyrektywa jak najpełniejszego poszanowania praw dziecka nie jest czymś nieznanym w polskim prawie rodzinnym i administracyjnym. Ta zasada nie wynika sobie tylko z jakiegoś abstrakcyjnego orzecznictwa jakiegoś tam sądu międzynarodowego, ona jest obecna we wszystkich polskich instytucjach prawnych związanych z dziećmi. [8]

Wydawało się, że polskie sądy stanęły na wysokości zadania i znalazły złoty środek do rozwiązywania podobnych problemów w przyszłości. Nie byłby to pierwszy raz, gdy wobec braku inicjatywy ustawodawcy w zakresie ochrony praw osób LGBT i ich bliskich, taką pustkę prawną wypełnia orzecznictwo. Podobnie było przecież z uzgodnieniem płci. Do dzisiaj nie ma żadnej regulacji ustawowej w tym zakresie, a osobom pragnącym uzgodnić płeć pozostaje powództwo o ustalenie, uregulowane w art. 189 KPC. Co prawda jest to procedura trochę uwłaczająca, sąd rozpoznaje sprawę w trybie procesowym, jak każdą inną, a sami zainteresowani zmuszeni są do pozywania swoich rodziców, opiekunów prawnych lub kuratorów. Ale przecież jakoś to działa, z naciskiem na jakoś.

Wydawało się, że już będzie dobrze także w sprawach dzieci pochodzących z polskich rodzin jednopłciowych założonych za granicą. Niestety przyszła Polska i zesrała się nam wszystkim na głowy.

 

3. Żadnych złudzeń, żadnych marzeń, panowie i panie.

W poniedziałek 2.12.2019 r. Naczelny Sąd Administracyjny w składzie 7 sędziów wziął i spuścił do kibla pogląd o prymacie dobra dziecka nad tym, jak wygląda druczek polskiego aktu urodzenia. Skąd się wzięła ta uchwała? I dlaczego oznacza ona prawdopodobnie koniec linii orzeczniczej korzystnej dla dzieci pochodzących z par jednopłciowych? Postaram się wyjaśnić w ostatniej części tego troszkę przydługiego wpisu.

 

Nie kłóć się, przecież możesz mieć paszport tymczasowy

Do NSA wpłynęła skarga kasacyjna od wyroku WSA w Warszawie w identycznej sprawie, o których jest cała ta notka. Skład orzekający stwierdził, że występują poważne rozbieżności w orzecznictwie, a przecież jednym z zadań NSA jest podejmowanie uchwał mających na celu wyjaśnienie przepisów prawnych, których stosowanie wywołało rozbieżności w orzecznictwie sądów administracyjnych. W takim przypadku przekazuje się zagadnienie prawne do rozpoznania przed składem większym niż zwykle. Zagadnienie prawne przedstawione składowi 7 sędziów NSA brzmiało następująco:

Czy przepis art. 104 ust. 5 (…) Prawo o aktach stanu cywilnego w związku z art. 7 ustawy Prawo prywatne międzynarodowe, dopuszcza transkrypcję zagranicznego aktu urodzenia dziecka, w którym jako rodzice wpisane są osoby tej samej płci?

NSA podjął uchwałę, z której wynika, że polskie prawo nie dopuszcza wpisania do polskich akt stanu cywilnego zagranicznego aktu urodzenia dziecka, w którym jako rodziców wpisano dwie kobiety. Na razie nie dysponujemy jeszcze pisemnym uzasadnieniem uchwały, ale za to mamy relację z ustnego uzasadnienia motywów tego orzeczenia. [9]

Wydaje się, że wróciliśmy do starszej linii orzeczniczej, zgodnie z którą druczek jest ważniejszy niż prawa dziecka. Podobno sędzia sprawozdawca przedstawiając ustne motywy orzeczenia wskazał, jakie kroki może podjąć matka dziecka pozbawionego prawa do polskiego paszportu. Otóż może ona złożyć… skargę na bezczynność organu, który pozostawił jej wniosek o wydanie paszportu bez rozpoznania. Jak to przeczytałem to mi szczęka opadła. Co przepraszam, jak sobie NSA to wyobraża? Wejdzie sobie WSA i nakaże rozpoznanie wniosku o paszport? No fajnie, tylko gdzie jest PESEL, gdzie jest akt urodzenia? Przecież taki wniosek zostanie odrzucony przez organ administracyjny.

Dalej sąd powiedział, że przecież dziecko skarżącej kobiety może korzystać z paszportu tymczasowego. Doskonała argumentacja, całe życie na paszporcie tymczasowym.

Mam wielką nadzieję, że sprawa skończy się w Strasburgu i ci ludzie dostaną solidne odszkodowanie od państwa.

Jednak to nie sposób ustnej argumentacji jest najgorszy w tej sprawie. Najgroźniejsze dla praw dzieci z zagranicznych związków jednopłciowych jest to, czym ta uchwała jest z punktu widzenia systemu sądownictwa administracyjnego (i w ogóle całej polskiej administracji).

Moc uchwał „siódemkowych”, czyli dlaczego od poniedziałku mamy przesrane

Zagadnienie tzw. prawa sędziowskiego i sądowego ustawodawcy jest bardzo szerokim i rozległym tematem. Jedno jest pewne – mimo tego, że teoretycznie podstawowym źródłem prawa w Polsce jest działalność parlamentu, to w przepisach procesowych znajdują się takie, które pozwalają sędziom SN i NSA kształtować prawo w bardzo szerokim zakresie. Głównym narzędziem takiej działalności jest podejmowanie tzw. uchwał „siódemkowych” w sprawach szczególnie skomplikowanych i budzących poważne wątpliwości.

Jak to działa w postępowaniu sądowoadministracyjnym? Uchwały takie są de facto wiążące dla wszystkich składów sądów administracyjnych (a więc pośrednio również dla  innych organów, które pozostają pod kontrolą sądownictwa administracyjnego) z mocy art. 269 § 1 PPSA. Zgodnie z nim, jeśli jakikolwiek skład sądu administracyjnego rozpoznający sprawę nie podziela stanowiska zajętego w uchwale składu siedmiu sędziów, przedstawia powstałe zagadnienie prawne do rozstrzygnięcia odpowiedniemu składowi.

Oznacza to, że jeśli któryś sąd będzie chciał wrócić do korzystnej z punktu widzenia interesu dziecka linii orzeczniczej zezwalającej na transkrypcję aktów urodzenia, to trzeba będzie wydać kolejną uchwałę. [10] Szanse na taki rozwój sytuacji w najbliższej przyszłości są bliskie zeru – nikt przecież nie pójdzie jeszcze raz do NSA po to, żeby zajął się on tym, co dopiero co zostało rozstrzygnięte. Efektywnie oznacza to, że dopóki sprawą nie zajmie się ETPCz, polskie dzieciaki rodzące się za granicą w rodzinach jednopłciowych nie będą mogły korzystać z polskiego obywatelstwa. Bo wzór papierka opracowany przez Ministra Sprawiedliwości jest ważniejszy niż prawa tych dzieciaków.

I to jest główny powód, dla którego ta uchwała tak bardzo mnie wkurwiła.

 

4. Podsumowanie

Wydawało się, że udało się wywalczyć mały bastion normalności. Że nasze prawa i prawa naszych bliskich będą w jakimś niewielkim zakresie respektowane. Pojawiły się przecież na horyzoncie orzeczenia korzystne dla tych wszystkich dzieciaków, którym polskie urzędasy odmawiały m.in. prawa do wyjazdu za granicę.

I wczoraj Naczelny Sąd Administracyjny wszedł cały na biało. A my zostaliśmy z ręką w nocniku.


Przypisy:

[1] postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 8 maja 2015 r., sygn. akt III CSK 296/14
[2] więcej do poczytania o sprawie 14-latki, która zawarła małżeństwo religijne i braku obowiązku uznaniu takiego małżeństwa przez państwo trzecie – wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z dnia 8 grudnia 2015 r., sygn. akt 60119/12
[3] J. Poczobut (red.), Prawo prywatne międzynarodowe. Komentarz, 2017
[4] A. Bator (red.), Wprowadzenie do nauk prawnych. Leksykon, 2008
[5] dokładny opis linii orzeczniczej wraz z wykazem przykładowych orzeczeń znajduje się w uzasadnieniu postanowienia Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 17.04.2019 r., sygn. akt II OSK 1330/17
[6] T. Tadla, Glosa do wyroków NSA z dnia 10 i 30 października, II OSK 1868/16, II OSK 1869/16, II OSK 1870/16, II OSK 2552/16, 2019
[7] wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu z dnia 05.04.2018 r., sygn. akt II SA/Po 1169/17
[8] wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 10.10.2018 r., II OSK 2552/16
[9] K. Żaczkiewicz-Zborska, NSA: Dziecko dwóch kobiet nie uzyska transkrypcji aktu urodzenia, link, Sygnatura akt II OPS 1/19, uchwała 7 sędziów z 2 grudnia 2019 r.
[10] T. Woś, Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi. Komentarz, 2016

Dżuma w mieście Wrocław

W listach do redakcji pytacie, czy w Polsce dzisiaj jest tak źle jak w hitlerowskich Niemczech. Odpowiem słowami Waltera Tauska, mieszkającego w przedwojennym Breslau pisarza i przedsiębiorcy o korzeniach żydowskich, który zginął w 1941 roku. Jego pamiętniki zostały opublikowane w Polsce pod tytułem „Dżuma w mieście Breslau”, pierwszy raz w 1973 roku.

Wybrałem kilka fragmentów z samych początków władzy totalitarnej. Po więcej zapraszam do książki, w której zawarte są m. in. relacje z nocy kryształowej we Wrocławiu.

24 listopada 1925

Świat, w którym obecnie żyjemy, podupadł wprost beznadziejnie. Mówiło się zawsze, że będzie jeszcze gorzej, ale nikt nie spodziewał się, iż dojdzie do tak kiepskiej sytuacji. Mimo to wielu nadal jeszcze radośnie podskakuje. Jakimi durniami politycznymi są Niemcy, widać było choćby na przykładzie minionego święta umarłych we Wrocławiu. Ofiary wojny uczczono na czterech oddzielnych zgromadzeniach masowych! A wszystkie miały oblicze i wydźwięk swojej partii. Nawoływano oczywiście znowu do rewanżu i w salach ryczano pieśni wojenne, a czarne klechy, znowu to błogosławili – dokładnie jak w latach 1914-1918. A więc: Niemiec niczego nie zapomniał i niczego się nie nauczył! Zamiast wreszcie nie roztrząsać fatalnej wojny i zapewnić sobie przyzwoite miejsce w koncercie narodów, stara się nadal oto, żeby Niemiec pozostał mącicielem pokoju.

Sobota, 30 maja 1931

Lata człowiek po mieście przy 30 stopniach spiekoty w cieniu (i to pod wieczór)! U „Wertheima” oraz w hali wre robota – szczególnie, że od przedwczoraj odbywa się we Wrocławiu „XII Zjazd Żołnierzy Frontowych” (Stahlhelmu), o którym nie piszę, bo jest on wskroś antyrepublikański i ze związkiem starych żołnierzy nie ma nic wspólnego. Jest to po prostu ochotnicza armia, absolutną większość członków stanowią ci, którzy nie byli na wojnie (nawet nie mają do tego odpowiedniego wieku), natomiast ich wyposażenie jest całkowicie frontowe – z wyjątkiem broni. Ta indiańska banda mimo wrzasków o pokoju pragnie jego odwrotności!

Niedziela wieczór, 31 maja 1931

Przy tak pięknej pogodzie nie można przecież przez cały dzień siedzieć w domu i na zapas spać. Wyszedłem na ulicę skazany jak niegdyś w Lipsku na szwendanie się po mieście. Około godziny 6 trafiłem w sam środek zgrupowania Stahlhelmu, który właśnie gotował się do odmarszu na kwatery po wielkiej paradzie wojskowej na Osobowicach. Do Wrocławia zjechało się podobno 150 tys. członków Stahlhelmu. Wszyscy gotowi do wyruszenia w pole, tyle że bez broni. Ale wielu z hełmami, maskami gazowymi, ładownicami, pochwami na bagnety oraz saperkami!!!

Trzy czwarte tych ludzi wcale nie jest z roczników wojennych, lecz w wieku 15-29 lat. Są to dobrowolni rekruci ochotniczej, niemiecko-narodowej armii, którą oblicza się na około miliona ludzi. Owa armia pragnie wojny z Polską. Manifestacja wrocławska była nastawiona na propagandę „wojny narodowej z Polską o granicę wschodnią”!

Ci sami ludzie są jednak też przygotowani, by przy sympatii większej części społeczeństwa i widzów, tworzących szpalery, na ulicach, rozprawić się z własnymi ziomkami: republikanami, a zwłaszcza z komunistami. Czekają tylko na to! Prawie w tym samym czasie milion byłych uczestników walk na froncie francuskim wypowiedziało się zdecydowanie za utrzymaniem pokoju!

Ergo: niemiecki nacjonalista prowadzi systematycznie propagandę wojenną i przygotowania wojenne. I znowu – jak w roku 1914 – rozpęta pewnego dnia nową wojnę, w której ponownie otrzyma baty. Może nawet jeszcze większe! W jednym z moich powojennych dzienników napisałem: „Pewnego dnia naród niemiecki znowu rozpocznie marsz”. Ale na razie maszeruje tylko reakcja! Rozpoczęła ona ten marsz w interesie tych samych ludzi, dla których podczas ostatniej wojny lud niemiecki się wykrwawił: dla dynastii Hohenzollernów, których przedstawiciel, książę Wilhelm z Oleśnicy, brał oczywiście udział w demonstracji! Konserwatyści przyjmowali go wprost euforycznie!

Miałem sposobność stwierdzić, że wrocławscy robotnicy i bezrobotni po prostu kipieli ze złości. Dlatego też nastąpiły tu liczne krwawe starcia. Nocami komuniści strzelali nawet do oddziałów Stahlhelmu. Młodzi bojowcy tej organizacji zachowywali się we Wrocławiu jak we wrogim kraju i aż do odjazdu wałęsali się po ulicach bezprawnie obnosząc mundury, które myśmy nosili. Najpierw powinni na nie zasłużyć na wojnie!

Wczoraj dałem porządnie po nosie zarozumiałemu konserwatyście w wieku około 50 lat, który na ulicy głośno opowiadał się za nową wojną i za gotową na wszystko armią.

4 luty 1933

O wprowadzaniu rządów hitlerowskich. Niemcy moim zdaniem już nie mają „ponadpartyjnego rządu”, lecz prawdziwie absolutystyczny, na który składają się: styl rządzenia von Papen, program partyjny Adolfa Hitlera oraz nienawiść kół konserwatywnych i nazistowskich do wszystkiego, co nie do nich należy. W Niemczech władza aktualnie nie rządzi – władza tylko się mści i do tego używa całego aparatu państwowego. Doszło już do tego, że dymisjonuje się doświadczonych, wyśmienitych urzędników, na których miejsce kieruje się hitlerowców o przestępczej przeszłości i fatalnej opinii. Tak więc odpowiedzialne stanowisko prezydenta policji w Berlinie ma otrzymać hrabia Helldorf, który stracił cały majątek, zupełnie podupadł, został hitlerowcem z finansowych względów. Ale i tam nie zachował się fair i zasłynął w ubiegłym roku z napadów na Żydów na Kurfürstendamm. On wówczas ten hałas organizował i nim dyrygował, a potem utrzymywał, że nie miał o tym pojęcia. Sąd go uwolnił.

Także i Reichswehra jest na najlepszej drodze do upolitycznienia. Potem przyjdzie kolej na policję.

10 luty 1933

Notuje się pierwsze reakcje wobec nowego gabinetu. „Żelazny Front” umieścił wczoraj we Wrocławiu na wszystkich słupach ogłoszeniowych wielkie, czerwone plakaty (które jeszcze do tej pory nie zostały zalepione). Domagają się od hitlerowców realizacji wszystkich socjalnych i politycznych obietnic, których część miała być spełniona „w ciągu dwunastu godzin od przejęcia władzy”. Gęste tłumy ludzi stoją wokół słupów i śmieją się. SA i SS (ale przede wszystkim SA) szaleją w Niemczech, a szczególnie na Śląsku, okrutniej niżeli hordy z czasów wojny trzydziestoletniej. Przy użyciu łańcuchów, pejczów, stalowych prętów, kijów, rewolwerów, pasów i jeszcze innego „oręża duchowego” maltretuje się ludność na wsiach, w małych miasteczkach, na przedmieściach oraz w dzielnicach robotniczych. Przy okazji obrywają też „cywilni” zwolennicy hitleryzmu. I mimo wszystkie zarządzenia nadal nie zabrania się tej gwardii działać. To niemal cud, gdy ktoś Gruppenführera albo innego bohaterskiego oficera SA zaprowadzi osobiście na posterunek i zaskarży. Na Śląsku prowadzi bandytów do szturmu sam Gruppenführer Heines. Od kilku dni ta hołota kwestuje na ulicach na SA. Głupkowate niemieckie kołtuństwo daje.

Naśladując Mussoliniego i zabezpieczając swoją pozycję Hitler pragnie, żeby SA do 5 marca 1933 osiągnęła 800 tys. członków, aby była umundurowana i gotowa do akcji. We Wrocławiu rozwieszono już plakaty wzywające do „mobilizacji SA” oraz werbujące do „Standarte nr 11”.. Naród stoi przed nimi, gapi się niemądrze, przygląda sobie nawzajem i spokojnie aprobuje tworzenie partyjnej armii. Zaś odpowiednie organy władzy milczą, gdyż Hitler czarami skłonił je do milczenia i ponieważ jego kumple częściowo już siedzą na rożnych szczeblach tej władzy.

24 luty 1933

Począwszy od dnia 13 lutego każdego dnia punktualnie o godzinie 8.30 hitlerowcy zajmują miejsca na eksponowanych skrzyżowaniach i placach Wrocławia. Zaopatrzeni w duże flagi, plansze, a zwłaszcza w skarbonki, agitują hałaśliwie do późnych godzin wieczornych i zbierają pieniądze na fundusz wyborczy. Żadna inna partia tego nie robi. A kołtuństwo płaci. Jakaż przeto uboga musi być ta partia pyskaczy.

Jeżeli ma się odbyć pogrzeb komunisty zabitego przez SA, to każda demonstracja przeciw mordercom, każda czerwona wstęga itp. jest zabroniona. Jeżeli zaś mają pochować obszarpańca hitlerowskiego, który poniósł śmierć w „wojnie domowej”, to robi się z tego prawdziwy teatr na koszt państwa oraz wprawia w ruch żądną krwi propagandę przeciw marksizmowi.

Wieczorem 3 marca 1933

Po dwóch latach przerwy kupiłem sobie znowu trochę tytoniu fajkowego – paczkę prawdziwego tureckiego za 30 fenigów. Są to wprawdzie odpady, ale jednak czysty tytoń, który łagodnie i znakomicie pachnie. Siedzę teraz przy maszynie i powoli pykam. Zupełnie jak podczas wojny, kiedy prowadziłem dziennik. Obecnie notuję co nieco o „drugiej niemieckiej rewolucji”, czyli o kontrrewolucji wobec 9 listopada 1918 r., którą już wtedy się widziało. Cywilny stan wyjątkowy ograniczył nam wolność wypowiedzi i prasy oraz narzucił cenzurę listów, telefonów i telegramów. Cała prasa KPD została zakazana na okres 6 tygodni, a prasa SPD na okres 4 tygodni. W wydawanych jeszcze gazetach nie ma prawie wcale przedruków z pism zagranicznych. We Wrocławiu już nie można dostać zagranicznych gazet. Prasa jeszcze się ukazująca nie może pisać prawdy. I dlatego tzw. prasa rządowa ma wszelkie możliwości otumaniania społeczeństwa niesamowitymi bajeczkami. Tak więc opowiada się o berlińskim Domu Karola Liebknechta – który jest teraz zamknięty i nad którym powiewa hitlerowska flaga – że odkryto w nim katakumby i różne wyrafinowane zabezpieczenia.

We Wrocławiu naziści robią wiele „circenses”, lecz żadnego „panem”. Co dzień i co wieczór czynią wrzask, hałas i szum – zbiórki, marsze z pochodniami, wiece. Radio jest tym ludziom całkowicie zaprzedane. Wszędzie flagi, uroczyste ogniska na wierzchołkach gór i temu podobne czarowanie, mamienie i kaptowanie tłumów. Natomiast KPD, SAP i SPD zabrania się jakiejkolwiek działalności – nie wolno im nawet wywieszać sztandaru czarno-czerwono-złotego. Barwami Rzeszy są znowu czerń, biel, czerwień. W całym kraju gorliwie węszy się za składami broni i amunicji KPD, SAP, SPD i ciągle odkrywa się rzekomo takie składy (przeważnie zawsze w katakumbach). Natomiast nie słyszy się zupełnie o znajdowaniu składów broni SA, SS i Stahlhelmu; co jest tym bardziej dziwne, że np. w dzisiejszym Wrocławiu widzi się całe pochody członków SA z hełmami na głowach. Są to stare hełmy z wojny, na których z przodu namalowano białe swastyki. Osłaniają one zdecydowanie bydlęce gęby, z których wyziera jedynie chętka do bijatyki. Inne oddziały są wyposażone (do broni włącznie) na wymarsz w pole. Jako spokojny obywatel pytam zdumiony: po co?

Nie szkodzi, że terrorem chcą wyrwać z korzeniami Komunistyczną Partię Niemiec. Inna już sprawa, czy KPD zdołają zniszczyć jako poglądy. Zmyślone okropności opowiadane ostatnio narodowi to tylko szalbierstwo wyborcze. Przecież nawet zwykły członek Komunistycznej Partii Niemiec jest systematycznie szkolony ideowo i czyniony pełnowartościowym członkiem społeczności. Poza tym do KPD nie przyjmują ani mężczyzn, ani kobiet chorych wenerycznie, karanych, pijaków, anormalnych seksualnie albo chorych w jakiś inny sposób. W przeciwieństwie do załganych bajeczek o komunistach ta wiadomość jest faktem: pewien oficer z Berlina, przywódca młodzieżowego Stahlhelmu, oficjalnie rozpowszechnia podpisane przez siebie ulotki, w których nawołuje, aby chrześcijanie dobrze pilnowali swoich dzieci, ponieważ Żydzi rychło będą mieli święta wielkanocne, kiedy to zabijają dzieci chrześcijan, gdyż ich krwi potrzebują do macy wielkanocnej. To zaiste głębokie niemieckie średniowiecze. Ostatnio w SA rozdają kartki z tekstem: „Każda idąca samotnie nocą żydowska kobieta lub dziewczyna jest dla SS wyjęta spod prawa i może być zgwałcona”. Poniżej tego tekstu pisze jeszcze: „Ja także pokrywam – Goring”. Tenże jest ministrem.

10 marca 1933

We Wrocławiu rzuca się w oczy wielka liczba młodych nazi-łobuzów (z SA) w wieku 18-20 lat. Przy pasach noszą gumowe pałki, mimo że nie należą do policji pomocniczej Łobuzy te atakują na przedmieściach kobiety i dziewczęta, które posądzają o przynależność do SPD i KPD. Od dłuższego już czasu w śródmieściu biją na chybił trafił w biały dzień. Policja nic nie widzi!

12 marca 1933

To, co teraz widzę, przepowiedział niegdyś, co do roku i dnia, mój przyjaciel Erich Spelling. Dzisiaj ganiała po Wrocławiu gwardia hitlerowska wyposażona po wojskowemu i wcielała spontanicznie w życie – na podstawie własnych pełnomocnictw – liczne obiecanki swego wodza. Występowała przeciw sklepom i życiu gospodarczemu, a wczoraj przepędziła z wrocławskich sądów sędziów i adwokatów żydowskich, bez względu na odbywające się rozprawy. Niektórych nawet poturbowano. Dręczono także ewangelickich i katolickich prawników, którzy się przeciwstawili tej hotentockiej szajce. Hitlerowska gwardia w gmachu giełdy rewidowała żydowskich giełdziarzy, szukając broni. Chrześcijan nawołujących do rozsądku potraktowano przy tym jak parobków. I Stahlhelm, „Związek Frontowych Żołnierzy”, współdziała z nimi. „Mamy rozkaz od swego zwierzchnictwa i mamy czarną listę, na której podstawie pracujemy”.

Również i Stahlhelm wystąpił teraz w „blaszanych garnkach” (jak nazywaliśmy hełmy stalowe), z bagnetami i rewolwerami. Każdy członek SA, SS i Stahlhelmu ma też u pasa pałkę gumową albo kij z ołowianym końcem. To nie jest faszyzm, lecz wytęskniona, prawdziwa anarchia. A Führer może tę sforę zawrócić jednym gwizdnięciem. Konserwatywne oraz mniej albo więcej przez konserwatystów infiltrowane koła w całej Rzeszy widzą już, jaki idiotyzm popełniły. Teraz za późno zawrócić. Ich faworyt dorwał się do władzy i ustąpi tylko przed przemocą·

Moja niemal 81-letnia matka, Rosa Tausk, nie zdaje sobie sprawy z tych wydarzeń. Albo ich w ogóle nie rozumie, albo rozumie źle. Niekiedy egzaltuje się nadmiernie i potem cały boży dzień krzyczy na antysemitów. Przy okazji nawet przy obcych ludziach politykuje i piorunuje. Dlatego nie może sama chodzić do hal targowych, dokąd teraz towarzyszy jej służąca. Staruszka długo w noc słucha radiowych przemówień mężów stanu i gorączkuje się ciągle od nowa, a nawet śni się jej o tym.

17 marca 1933

Nasze miasto zajmuje w obecnych wydarzeniach zupełnie wyjątkowe miejsce. Jeżeli w świecie słychać coś o Wrocławiu, jest to zawsze wieść niezwykła i jedyna w swoim rodzaju, pachnąca z daleka „głuchym Podolem” („Hinterpodolien”). Tak jest i teraz, bowiem w żadnym innym mieście niemieckim, włącznie z zupełnie małymi dziurami, oddziały hitlerowskie nie obsadziły gmachów sądowych – tylko we Wrocławiu. Zarządził to Gruppenführer Heines ze swoją Standarte, na podstawie własnych pełnomocnictw. Wyrzucił przy tym wszystkich żydowskich adwokatów i sędziów.

Niedziela 23 kwietnia 1933

Podczas gdy w całych Niemczech na ogół zaprowadzono już ponownie spokój i porządek, we Wrocławiu oraz na całym Śląsku trwa w dalszym ciągu zamęt. Pan Edmund Heines, który właśnie niedawno ochrzcił swoim imieniem ulicę Am Anger [Łąkowa], jako prezydent wrocławskiej policji i Gruppenführer śląskiej SA terroryzuje nadal żydowską ludność i traktuje ją na równi z przestępcami. Heinesa kompani, m. in. nadprezydent Helmut Brückner, dzielnie mu sekundują.

Jak dotychczas, nowy rząd zapewnił narodowi jedynie wielkie uroczystości: święta narodowe z kolorowym napuszonym sztafażem i krzykliwymi mowami do ludu. Obecnie nazistowski program przewiduje na 1 maja obchody „narodowego święta pracy”. Początkowo naziści planowali likwidację pierwszomajowego święta robotników. Ale tak samo jak kiedyś kościół katolicki przejmował pogańskie święta, wykorzystując je do własnych celów dla ugłaskania mas, tak teraz Hitler przejął międzynarodowe święta pierwszomajowe, ba przecież jego partia to „socjalistyczna partia robotników”.

Ja jednak myślę, że robotnicy o rzeczywiście socjalistycznych przekonaniach nie skapitulują wewnętrznie, mima że ich prasa jest w dalszym ciągu zakazana i unicestwiana na dłuższy czas. Ludzi dziwuje, skąd się biorą pieniądze na owe wielkie uroczystości, przypominające igrzyska w rzymskiej starożytności. Wobec tych olbrzymich sum tak bardzo zwalczani „marksiści” byli nadzwyczaj oszczędni, ba, skąpi. Nie można im zarzucić, że na swoje uroczystości wyrzucali pieniądze na ulicę. Partia hitlerowska organizuje obecnie „szturmówki marynarskie” i coraz bardziej militaryzuje SA i SS. To już nie tylko milicja, choć oddziały nie są skoszarowane. Wyraźnie widać, jak po wojskowemu są wyposażeni, gdy ustawiają się w szyku: formacje bojowe, kompanie saperów, oddziały łączności, oddziały karabinów maszynowych itd.

Ponieważ „marksizm” już zastał pokonany, a po pogromie gospodarczym nie należy się również obawiać 600 tys. zrujnowanych niemieckich Żydów i około miliona ludzi pochodzenia żydowskiego (jeśli nie więcej), wygląda na ta, że naziści nie zbroją się dla wewnętrznych potrzeb, ale dla zagranicznej próby sił. I rzeczywiście znowu mówi się stale odzyskaniu „zagrabionych terytoriów”. Posuwają się nawet dość daleko. We wrocławskim dowództwie okręgu wojskowego zorganizowano np. „Wystawę Niemców Sudeckich”. Przy wejściu umieszczono mapę Niemiec i Czechosłowacji, na której Sudety i wszystkie tereny czeskie zamieszkane przez ludność niemiecką oznaczono takim samym czerwonym kolorem, jak terytorium Rzeszy. W dodatku napisano: NIEMIECKIE TERYTORIUM BEZPRAWNIE ZAJĘTE PRZEZ CZECHÓW. Istotnie, zajęte przez Czechów – ale od wielu stuleci, a myślę, że bez przerwy, w każdym razie ziemie te nigdy nie należały do Niemiec.

Ludziom rządzącym obecnie Niemcami wydaje się, że pracują „dla stuleci”. Racja! Dla stuleci, które zrywać będą boki od śmiechu na samo wspomnienie tych rządów! Niejako dla kontroli dalej będę’ prowadził mój dziennik.

Owszem, pewne podobieństwa z dzisiejszą Polską są zauważalne gołym okiem. Ale szczęśliwie suma wszystkich tych podobieństw nie jest na tyle duża, by móc obawiać się, że oto historia zatoczyła koło i wracamy do 1933 roku. Nikt nie zabija się na ulicach z powodów politycznych, społeczeństwo nie jest wysoce zmilitaryzowane, partia rządząca nie dysponuje zorganizowanymi bojówkami, a do tego nikt nie wyrzuca homoseksualnych prawników z sądów tylko ze względu na ich orientację. Na razie nie zanosi się na powtórkę z Hitlera.

Ale nie znaczy to też, że jest dobrze.

Zdjęcie ilustracyjne do znalezienia pod linkiem.

Kto jest odpowiedzialny za Białystok, czyli dlaczego Sakiewicz kłamie. Część pierwsza

Wypowiedzi Tomasza Sakiewicza często są obrzydliwe, a do tego kłamliwe. Co do tego nigdy chyba nie było wątpliwości. W wywiadzie przeprowadzonym przez Magdalenę Rigamonti daje tego dobitny przykład. Cała rozmowa pełna jest sformułowań, które powinny wywołać co najmniej oburzenie u każdego reprezentanta tej tak zwanej „normalnej większości”, tak hołubionej przez Sakiewicza. Przykładem niech będzie zdanie, w którym ten typ wyraża opinię, jakoby wielu z homoseksualistów, którzy pracują w Gazecie Polskiej zakładało, że ich romans z homoseksualizmem jest czasowy. Już się oburzyliście czy jeszcze wam mało?

Nie będę się skupiał na obrzydliwościach wypowiadanych przez tego typa. Nie wracam na swojego zakurzonego blogaska po kilku latach po to, żeby kopać się z koniem i wymyślać równie obelżywe wyzwiska co on (a wierzcie mi, urodziło się ich w mojej głowie wiele, odkąd przeczytałem ten wywiad). Nie uważam, żeby wytykanie wszystkich jego podłości i przekłamań prowadziło do czegoś konstruktywnego. Tych bzdur w większości nie da się sprostować ani nie da się z nimi polemizować. No bo co, przepraszam, jak tu obnażyć kłamstwo, że większość homoseksualistów zatrudnionych u Sakiewicza marzy o normalnym życiu jako heteroseksualiści?

Z większą częścią tych bredni Rimagonti rozprawiła się bardzo sprawnie. Przykładowo obnażyła brak spójności jego bajdurzeń o ideologii LGBT (nie wiem, czy wiecie, ale w marszach równości paraduje jakaś efemeryczna ideologia, a nie żywi ludzie), czy zwykłe buractwo (typ zarzucił krytykom naklejki „strefa wolna od LGBT” niedorośnięcie do etosu wykształcenia wyższego, samemu go nie posiadając). Na kilka drobnych kłamstw Rigamonti nie zwróciła jednak uwagi. Wobec tego dzisiaj zajmiemy się dwoma bardzo prostymi do obalenia kłamstewkami naczelnego Gazety Polskiej. Pierwszym będzie kwestia tego, kto ponosi odpowiedzialność za zamieszki w Białymstoku. Drugim będzie to, kto może w Polsce adoptować dzieci.

Kłamstwo nr 1: czy prezydent Truskolaski jest odpowiedzialny za zamieszki w Białymstoku?

Tomasz Sakiewicz: Uważam, że prezydent Truskolaski powinien stanąć (…) przed sądem. Stworzył powszechne zagrożenie. Te marsze nie powinny się w ogóle odbyć. Trzeba było wziąć na siebie ciężar zakazaniu marszów i nie doprowadzić do bijatyki.

Według tego typa winnym zamieszek, które miały miejsce w Białymstoku w trakcie marszu równości w sobotę 20 lipca, był prezydent Białegostoku. Wina ta miała objawić się tym, że nie zakazał organizacji marszów i przez to doprowadził do eskalacji konfliktu. Według Sakiewicza Truskolaski powinien był zakazać obu marszów. Pytanie tylko czy mógł zakazać marszu równości?

O ile nie żyjesz pod kamieniem, odpowiedź nie powinna cię zaskoczyć. Prezydent miasta nie miał podstaw do zakazania białostockiego marszu równości. Ewentualna decyzja zakazująca marszu byłaby niezgodna z prawem i zostałaby uchylona przez sąd rozpoznający odwołanie organizatorów. W ostatnim czasie przekonali się o tym włodarze Lublina, Gniezna i Rzeszowa, którzy próbowali nadużyć swojej władzy i aplikować pokrętną logikę Sakiewicza. Szczęśliwie przez wszystkie te miasta marsze przeszły pomimo próby ich zablokowania przez niekompetentnych samorządowców (już nie chcę ich nazywać oportunistami).

Mnie jednak odpowiedź na pytanie zamykająca się w pojedynczym „nie” nie zadowala. Dlaczego Truskolaski nie mógł zakazać marszu równości? Postaram się odpowiedzieć na tak zmodyfikowane pytanie w sposób zwięzły i jak najbardziej zrozumiały. Mam nadzieję, że uda mi się nie przynudzać za bardzo.

Krótki wykład o prawach człowieka

Każdy system prawny oparty jest na jakichś naczelnych zasadach, którym podporządkowane jest całe prawo. Standardem we wszystkich demokratycznych porządkach prawnych już od dłuższego czasu jest to, że zestawem takich naczelnych zasad są prawa i wolności człowieka. Rozumie się je w przeróżny sposób, ale ich katalog pozostaje mniej więcej taki sam, niezależnie od ujęcia. Uznaje się, że jednym z podstawowych i najważniejszych praw człowieka jest wolność zgromadzeń.

Ale hola hola, dlaczego akurat wolność zgromadzeń jest tak ważnym prawem człowieka? Jak ma się wolność zgromadzeń do prawa do życia? Zakazu tortur? Prawa do wolności osobistej? Czy to nie są podstawowe prawa, które należy za wszelką cenę chronić i stawiać na czele katalogu? Odpowiadając – jest bardzo duża różnica pomiędzy, przykładowo, zakazem tortur a wolnością zgromadzeń. To pierwsze jest tzw. prawem osobistym, dotyczącym sfery osobistej każdego człowieka. To drugie jest tzw. prawem politycznym, zbiorowym (nazwijcie to jak chcecie, nie mam zamiaru tutaj dyskutować sam ze sobą na temat właściwego nazewnictwa) – tzn. że dotyczy działalności każdego człowieka w sferze publicznej. A w sferze publicznej nie ma chyba ważniejszego prawa niż wolność zgromadzeń. Dlaczego? Chodzi przede wszystkim o zagwarantowanie wpływu członków społeczności na władze publiczne. Wszak każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich (tak przynajmniej ta wolność jest sformułowana w naszej ustawie zasadniczej). Mądre głowy piszące opasłe tomiska doszły kiedyś do wniosku, że zgromadzenia obywateli są jednym z podstawowych sposobów oddziaływania na politykę państwa i stąd tak duża waga tej akurat wolności [1].

Chcecie jakichś przykładów? Służę uprzejmie. Dwa lata temu byliśmy świadkami tego, jak zgromadzenia publiczne mogą bezpośrednio oddziaływać na politykę państwa. Na skutek masowych protestów przeciwko reformie sądownictwa i nowelizacjom trzech ustaw (o Krajowej Radzie Sądownictwa, o ustroju sądów powszechnych i o Sądzie Najwyższym) latem 2017 roku Andrzej Duda zawetował dwie z nich, podpisując jedynie tę dotyczącą prawa o ustroju sądów powszechnych. Nie oceniając samych protestów, ich skuteczności, decyzji prezydenta i jego prawdziwych motywów, czy wreszcie późniejszych losów sądownictwa, nie da się zaprzeczyć stwierdzeniu, że masowe zgromadzenia wpłynęły na politykę państwa.

No to jak do tej pory było doniośle, biało-czerwone flagi powiewały na wietrze, zapalone świeczki poszły w górę, odśpiewaliśmy „wolność kocham i rozumiem”. Ale prawa i wolności człowieka mają też mniej przyjemną stronę. Praktycznie każde z nich może być przez państwo w jakiś sposób ograniczone.

Ale dlaczego? Ale jak to? Ale czy ograniczenie nie będzie naruszeniem takiego prawa przysługującego każdemu człowiekowi? Czy mogę napisać do Beaty Szydło, ewentualnie Komisji Europejskiej, żeby coś z tym zrobili? Napisać zawsze możesz, ale nie zmienia to faktu, że państwo może ograniczyć twoje prawa podstawowe. Gdyby państwo nie miało takiej możliwości, doprowadziłoby to do iście absurdalnych sytuacji. Przykładowo: każdy ma zapewnioną wolność osobistą, prawda? To wydaje się oczywiste. Czy to oznacza, że państwo w żadnej sytuacji nie będzie miało prawa do pozbawienia kogoś wolności? Oczywiście że nie. Zawsze pojawią się takie sytuacje, w których konieczne będzie odebranie konkretnemu człowiekowi jego wolności osobistej rozumianej jako możliwość dowolnego decydowania o swoim postępowaniu. O ograniczeniu wolności osobistej zazwyczaj decyduje sąd. Jednak nie może on ograniczyć twojej wolności według własnego widzimisię. Jest on związany przepisami, które regulują ściśle określone przypadki, w których może dokonać naruszenia przysługującego ci prawa podstawowego. Najczęściej będzie to reakcja państwa na niepożądane zachowanie, np. prowadzenie po pijaku, czy zabójstwo 5-latka. Sąd może ograniczyć twoją wolność w przeróżny sposób. Przykładowo może zdecydować o zamknięciu cię do więzienia, a może odebrać ci prawo jazdy na jakiś czas (co też przecież będzie jakimś tam ograniczeniem twojej wolności). [2]

Podobnie z chronionym przez państwo prawem własności – co jeśli pożyczysz od kogoś jakąś kwotę pieniędzy i nie będziesz chciał mu jej oddać? Czy ten kto ci pożyczył pieniądze nie może domagać się od ciebie zwrotu tych pieniędzy? Czy państwo powinno mu pomóc w odzyskaniu od ciebie tych pieniędzy? Czy jeśli komornik (a więc przedstawiciel państwa, organ władzy publicznej) zajmie ci jakąś kwotę na koncie bankowym i przymusowo zabierze ci ileś tam pieniędzy – to czy to będzie naruszenie twojego prawa własności?

Nie muszę chyba wymyślać kolejnych przykładów zasadności ograniczania konstytucyjnie gwarantowanych praw i wolności. Uważam, że nawet czytelnicy Gazety Polskiej są w stanie to zrozumieć. Generalnie ograniczać prawa człowieka państwo może tylko w bardzo dobrze uzasadnionych sytuacjach, gdy będzie to niezbędne dla ściśle określonego celu. Tym celem może być np. ochrona innego prawa o podobnej doniosłości co prawo ograniczane. Dodatkowo ograniczenie może nastąpić tylko w przypadkach przewidzianych przez ustawodawcę (czyli tych typów, których wszyscy wybieramy co cztery lata i którzy siedzą w kółeczku i podnoszą rączki i opuszczają je w rytm stuków-puków laski pewnego starszego pana).

Jak ograniczyć wolność zgromadzeń

Ustaliliśmy, że wolność zgromadzeń jest jednym z najważniejszych praw człowieka. Marsze i parady równości z pewnością są zgromadzeniami publicznymi i przez to objęte są ochroną ze strony państwa gwarantującą prawidłowe wykonywanie tej wolności. Sakiewicz twierdzi, że Truskolaski powinien był ograniczyć prawo do zgromadzenia publicznego wszystkich tych osób, które organizowały białostocki marsz i brały w nim udział. Ustaliliśmy już, że w pewnych sytuacjach prawa człowieka mogą być ograniczane na ściśle określonych zasadach. Zanim odpowiemy na pytanie, czy ten konkretny marsz mógł zostać zakazany, przydałoby się dowiedzieć, w jakich okolicznościach można ograniczyć wolność zgromadzeń. Potem zastanowimy się, czy w przypadku białostockiego marszu równości zaszła okoliczność pozwalająca go zakazać.

Uwaga, teraz będziemy cytować ustawy, nie regulujcie odbiorników i postarajcie się nie usnąć. Zgodnie z art. 57 Konstytucji, ograniczenie wolności zgromadzeń może określać tylko ustawa. Taka ustawa istnieje i nazywa się prawo o zgromadzeniach. W nim znajduje się art. 14, który wymienia przesłanki, które muszą zajść, by organ gminy (czyli w przypadku gminy miejskiej Białystok – prezydent miasta, który to urząd obecnie pełni Tadeusz Truskolaski) mógł zakazać zgromadzenia.

Załóżmy że planujesz organizację zgromadzenia publicznego w Białymstoku. Pierwszym przypadkiem, w którym Truskolaski mógłby wydać decyzję zakazującą twojego zgromadzenia jest sytuacja, w której cel tego zgromadzenia naruszałby wolność pokojowego zgromadzania się, jego odbycie naruszałby art. 4 prawa o zgromadzeniach (przepis ten generalnie mówi o tym, że w zgromadzeniu nie mogą uczestniczyć osoby posiadające przy sobie broń, materiały pirotechniczne itp.) lub jego odbycie naruszałby zasady organizowania zgromadzeń albo jego cel lub odbycie naruszałby przepisy karne. To jest punkt pierwszy tego artykułu. Uff, udało się przebrnąć przez przepis. Żyjecie? Czy są jakieś ofiary w ludziach?

Jak ten przepis ma się do rzeczywistości? Wyobraźmy sobie, że będziesz chciał zorganizować zgromadzenie. W tym celu na fejsie stworzycie ze swoimi ziomalami wydarzenie „łamanie sobie nóg, by nie iść do woja”, ustawicie datę zgromadzenia na 20 lipca 2019 roku o godzinie 14:30, na miejsce wybierzecie Plac NZS w Białymstoku. Fejs wam powie, że będzie słoneczko, bezchmurne niebo i powyżej 25 stopni. Mimo tak sprzyjających okoliczności wasze zgromadzenie raczej zostanie zakazane. Ale dlaczego? Czy już mogę pisać do prezydenta Dudy, żeby coś zrobił z tym wstrętnym Truskolaskim zakazującym mi łamać sobie nóg? Pisać zawsze możesz, ale nie zmieni to faktu, że w kodeksie karnym znajduje się przepis, zgodnie z którym nie wolno samouszkadzać się w celu zwolnienia od obowiązku służby wojskowej albo odroczenia tej służby.

Żaden z przypadków wskazanych w art. 14 pkt 1 prawa o zgromadzeniach nie zachodził w przypadku białostockiego marszu i żaden z włodarzy miast nie próbował jeszcze udowodnić, że było inaczej. Zawsze może znaleźć się jakiś nowy typol będący prezydentem albo burmistrzem, który spróbuje naciągnąć okoliczności faktyczne w taki sposób, że czary-mary-hokus-pokus do zakazania marszu równości użyje tego przepisu. Dopóki tak się nie stanie – nie będziemy sami próbowali nic wymyślać.

Drugą sytuacją, w której dopuszcza się zakazanie zgromadzenia publicznego jest okoliczność, że ma się ono odbyć w miejscu i czasie, w których odbywają się zgromadzenia organizowane cyklicznie (art. 14 pkt 3). Ta przesłanka jest legislacyjnym niemowlakiem (przepis obowiązuje dopiero od kwietnia 2017 r.), mocno pokracznym i twardo krytykowanym przez prawników. W normalnej sytuacji zająć się nim powinien Trybunał Konstytucyjny, ale wszyscy dobrze wiemy jak jest. Wiemy też czemu tak naprawdę instytucja zgromadzeń cyklicznych miała służyć. Nie będziemy się więc rozwodzić nad tym przypadkiem. W Białymstoku w soboty (ewentualnie każdego 20 dnia miesiąca) o godzinie 14:30 na placu NZS nie odbywa się żadne zgromadzenie cykliczne. Dlatego przepis ten również nie mógłby znaleźć zastosowania przy wydaniu decyzji zakazującej marszu równości i do tej pory nikt nie wykazał się taką kreatywnością, żeby spróbować go zastosować.

Wreszcie ostatnia sytuacja, w której organ gminy może wydać decyzję o zakazie zgromadzenia publicznego, przewidziana w art. 14 pkt 2 prawa o zgromadzeniach. Mówi on, że zgromadzenie może zostać zakazane, jeśli jego odbycie może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach, w tym gdy zagrożenia tego nie udało się usunąć w drodze wezwania do zmiany miejsca lub czasu zgromadzeń kolidujących lub w drodze przeprowadzenia rozprawy administracyjnej. Przekładając z bełkotliwego na polski – jeśli zorganizowanie twojego zgromadzenia spowoduje poważne zagrożenie dla wszystkiego co stoi dookoła, to zostanie ono zakazane. To właśnie ta przesłanka była w niedalekiej przeszłości wykorzystywana jako podkładka pod wydanie zakazów marszów równości w Lublinie, Gnieźnie i Rzeszowie. Czy słusznie? Z mojej dotychczasowej pisaniny jeszcze to nie wynika. Zastanówmy się więc najpierw, jakie obowiązki ciążą na organizatorze zgromadzenia, a jakie na władzy publicznej.

Zakaz marszu równości

Na organizatorach spoczywa obowiązek dopełnienia niezbędnych formalności i zapewnienia pokojowego przebiegu zgromadzenia zgodnie z prawem i przyjętym programem. Natomiast na władzach publicznych ciąży obowiązek zapewnienia spokojnego i niezakłóconego przebiegu zgromadzenia, jak też ochrony jego uczestników przed działaniami przeciwników celów, dla jakich zgromadzenie zostało zwołane. [3]

Czyli w prostych słowach: organizator ma obowiązek zorganizować pokojowe zgromadzenie, a państwo ma zasrany obowiązek takie zgromadzenie ochronić przed różnego rodzaju zjebixami.

Wobec tego pojawia się pytanie – czy organ władzy publicznej może żądać od organizatora zgromadzenia, by ten zapewnił spokojny i niezakłócony przebieg zgromadzenia, jeśli odbycie tego zgromadzenia powoduje zagrożenie zdrowia lub życia ludzkiego? Czy jeśli cel zgromadzenia jest zgodny z prawem i stanowi przejaw realizacji wolności zgromadzeń – to czy organ państwowy może przerzucić na organizatorów swój psi obowiązek ochrony takiego zgromadzenia? Odpowiedź jest jednoznaczna i oczywista i brzmi absolutnie nie, organ państwowy nie ma takiego prawa. Mądrzy ludzie, którzy musieli poradzić sobie z tymi bzdurnymi zakazami marszy równości na przestrzeni ostatniego roku napisali takie rzeczy:

Niedopuszczalne jest uzależnienie możliwości realizacji wolności zgromadzeń od reakcji przeciwników zgromadzenia.

Skoro wolność zgromadzeń jest konstytucyjnie chroniona, to jakiekolwiek jej ograniczenia muszą być wprost w ustawie wyrażone i wykluczone są wszelkie interpretacje rozszerzające czy wnioskowanie przez analogię. Tym samym ewentualna interwencja organów władzy publicznej w wolność zgromadzeń musi mieć charakter wyjątkowy.

Standard ochrony wolności zgromadzeń oraz powiązany z nim zakaz nierównego traktowania przez władze publiczne można sprowadzić do następujących kwestii:

– organy władzy publicznej mają obowiązek umożliwić przeprowadzenie pokojowego zgromadzenia również wtedy, kiedy jego uczestnicy będą prezentować idee odmienne od poglądów większości, a dodatkowo takie zgromadzenie będą się starali zakłócić lub udaremnić uczestnicy kontrmanifestacji,

– przesłanki pozwalające na wydanie zakazu odbycia zgromadzenia nie mogą być interpretowane rozszerzająco, w szczególności zaś nie mogą opierać się wyłącznie na ogólnych prognozach lub przypuszczeniach i muszą uwzględniać wartości i normy wyższego rzędu wynikające z Konstytucji RP i przepisów prawa międzynarodowego,

– organy władzy publicznej, dokonując oceny, czy zgłoszone zgromadzenie zagraża życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach powinny odnosić się do zachowania organizatorów i uczestników zgromadzenia, nie zaś do zachowania osób trzecich próbujących udaremnić przeprowadzenie demonstracji. [4]

Z tego przydługiego i troszkę nudnego wywodu wynika jednoznacznie, że Truskolaski nie miał prawa zabronić pierwszego białostockiego marszu równości. IN YOUR FACE, SAKIEWICZ!!!

Wobec tego Truskolaski nie ponosi odpowiedzialności za ten festiwal przemocy, którego byliśmy świadkami 20 lipca w Białymstoku. Co więcej – moim skromnym zdaniem odpowiedzialność za to, co się stało w tamto sobotnie popołudnie ponoszą ludzie tacy jak Sakiewicz, którzy relatywizują tamte zdarzenia, doszukują się prowokacji, czy wreszcie obwiniają za nie ofiary. No ale trzeba nie mieć kręgosłupa moralnego, żeby prezentować takie stanowisko.

Obiecuję, że druga część tej notki powstanie szybciej niż za 3 lata. Mam nadzieję, że uda mi się ją napisać przez najbliższy weekend.


Przypisy:

[1] M. Safjan, L. Bosek (red.), Konstytucja RP. Tom I. Komentarz do art. 1–86, Warszawa 2016

[2] P. Sarnecki (red.), Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz. Tom II, Warszawa 2016

[3] W. Skrzydło (red.), Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz, Warszawa 2013

[4] Postanowienie Sądu Apelacyjnego w Lublinie z dnia 12.10.2018 r., sygn. akt I ACz 1145/18, LEX nr 2559817

 

Zdjęcie ilustracyjne autorstwa Barta Staszewskiego do znalezienia pod linkiem.

Nie obnoście się

Dwa dni temu jeden z polityków Nowoczesnej powiedział, że jest gejem. Tak po prostu. Prowadząca program „Pociąg do polityki” zapytała Pawła Rabieja (członka zarządu partii i jednego z jej założycieli) o powody, dla których wspiera ruchy LGBT. W odpowiedz dostaliśmy coming out jednej z ważniejszych osób dużej partii. Bardzo zachowawczy, ale warto docenić. Zresztą zobaczcie sami (pytanie pada ok. 17:20).

Dzień później w „Wydarzeniach” pojawił się krótki materiał o coming outach polityków (ok. 20:18). Taki pod znakiem prawdopośrodkizmu. Mamy posła PSL-u podejrzewającego, że w ten sposób Nowoczesna chce zagospodarować ten elektorat. Mamy posła od Kukiza spekulującego, że coming out Rabieja był obliczony na powtórzenie sukcesu Biedronia ze Słupska w nadchodzących wyborach samorządowych (to jest dopiero LOL). Po programie informacyjnym do studia na rozmowę zaproszono Ryszarda Petru. Pierwsze pytanie dotyczyło ostatniej decyzji członka zarządu partii. No i przewodniczący Nowoczesnej zaczął opowiadać, że to było bardzo dobre wyjście z szafy, bo nie zrobiono z niego wielkiego halo, że po programie zadzwonił do Rabieja z gratulacjami, no bo zawsze lepiej jest wiedzieć niż nie wiedzieć. Kończąc swoją wypowiedź dodał jeszcze:

Dobrze by było, aby w Polsce ludzie, którzy mają inną orientację niż heteroseksualna, nie musieli się tego wstydzić, co nie znaczy, że muszą się z tym obnosić.

Całość można obejrzeć pod linkiem (pytanie o coming out Rabieja pada na samym początku programu).

No i w internecie zawrzało. Jako pierwsza informację podała 300polityka.pl.

Źródło
Źródło

Prawie natychmiast pojawiły się głosy, że portal zmanipulował wypowiedź Petru.

Źródło
Źródło

 

Źródło
Źródło

I wszystko byłoby w porządku, gdyby ktoś z partii (a najlepiej sam jej przewodniczący) przeprosił słowa o obnoszeniu się. Problem polega na tym, że najwyraźniej autor nie widział w nich nic złego.

swetru-04

Reakcja innych członków partii pozostawiała też wiele do życzenia.

Zastępca sekretarza generalnego i sekretarz regionu warszawskiego Źródło
Zastępca sekretarza generalnego i sekretarz regionu warszawskiego
Źródło

Tu jeszcze jeden tweet tego pana, według którego afera wokół słów Petru jest jedną wielką pomyłką, bo przecież…

Źródło
Źródło

Kurde, właściwie to dlaczego coś takiego jest poniżej poziomu i jest obrzydliwe?

Potem w obronie przewodniczącego odezwała się posłanka i wiceprzewodnicząca partii.

Źródło
Źródło

Pani posłanka też jest przeciwna nadmiernemu obnoszeniu się. Z tym że nie chodzi jej najwyraźniej o publiczne okazywanie sobie uczuć, ani o ujawnianie swojej orientacji. Ani o publiczne pokazywanie się z ukochaną osobą. Więc o co?

Źródło
Źródło

Sam bohater całego wydarzenia również się wypowiedział.

Źródło
Źródło

Kończąc tę przydługą paradę tweetów wstawię jeszcze gdańskiego działacza młodzieżówki Nowoczesnej, który najwyraźniej uważa, że moje prywatne życie to jest czyjś światopogląd.

Źródło
Źródło

Co tak wkurwia w słowach Petru?

Problem polega na tym, że słowa mogą ranić. Serio.

Nowoczesna na Paradzie Równości 2016
Źródło

Skoro nawet Nowoczesna o tym wie, to mogłoby się wydawać, że jej członkowie będą bardziej uważać. Całą wypowiedź pana Ryszarda można byłoby nawet uznać za odpowiednią, gdyby wiedział, kiedy należy skończyć paplać. O całej sytuacji można byłoby zapomnieć, gdyby ktoś za nią przeprosił. Zamiast tego otrzymaliśmy festiwal zarzutów, że manipulacja wypowiedzią, że lewactwo coś nam chce narzucać (ja rozumiem, że prawa człowieka to dość lewicowy wymysł, ale wydawało mi się, że powszechnie akceptowany już od wielu dziesięcioleci), że Biedroń jest chamem (bo napisał tego tweeta), że takie oburzenie jakie przetoczyło się przez Twittera i Facebooka to zdecydowanie za dużo jak na taką małą wypowiedź.

Z tym że ta wypowiedź jest naprawdę zła. Ja widzę dwie możliwe przyczyny jej powstania. Pierwsza jest taka, że Ryszard Petru jest po prostu debilem i mówi coś innego niż myśli. Na przykład mogło chodzić mu o to, że osoby LGBT nie powinny obnosić się ze wstydem ze swoją orientacją, tylko być z niej dumnym (jeśli to czytasz i jesteś z tych, co krzyczą, że skoro jest LGBT pride czy black pride, to równie dobrze możemy być dumni z bycia białymi, to weź idź stąd i poczytaj na przykład wikipedię). Nie wydaje mi się jednak (nawet wbrew empirycznym dowodom), że przewodniczący jednej z największych partii opozycyjnych jest zwykłym głupcem, który występując w telewizji nie potrafi sformułować swoich myśli. Dlatego pozostaje drugie wytłumaczenie: był to przykład tak zwanego dog-whistle politics. Jest to taktyka stosowana przez polityków, którzy nie chcą wyjść na rasistów, więc w swoich pozornie poprawnie politycznych słowach (bardzo długa wypowiedź na temat tego, jak gratulujemy coming outu osobie z zarządu partii) ukrywają swoje prawdziwe zdanie na dany temat (niech geje sobie żyją, ale za bardzo się nam nie pokazują).

No bo co innego ma oznaczać zdanie „osoby homoseksualne nie powinny się wstydzić swojej orientacji, ale niech się z nią nie obnoszą”? Że mamy nie paradować na ulicach? Mamy się nie przytulać na placach? Mamy nie mówić głośno o tym, że jesteśmy LGBT? Mamy nie odzywać się do swojego partnera na ulicy?

Daniel ze swoim partnerem Hubertem wracali akurat z parapetówki i wstąpili do sklepu przy ul. Krakowskiej. – Hubert poszedł po wodę, ja zostałem przed sklepem. W pewnym momencie Hubert wychodzi i pyta: „Misiek, masz może drobne?”. Niedaleko stało dwóch mężczyzn – wyższy i niższy. Jeden podszedł do nas i zapytał, czy jesteśmy pedałami. Był ubrany w dżinsy i bluzę z kapturem. Odpowiedziałem, że tak. Drugi rzucił: „Pedały, lubicie się rżnąć w dupsko?”. Hubert uspokajał rozmowę, ale ja wyczułem, że to nieciekawe towarzystwo, odciągnąłem go, przeszliśmy przez przejście dla pieszych. Poszliśmy w stronę mieszkania. Jednak niższy mężczyzna podbiegł do nas i nas zaatakował.

Źródło

Mamy nie spotykać się w miejscach publicznych?

Spotkanie LGBT miało miejsce w sobotę w muszli koncertowej przy ul. Kopalnianej w Katowicach. Geje i lesbijki zostali zaatakowani.

– W pewnym momencie pojawiła się tam kilkuosobowa grupa chuliganów, która zaczęła wyzywać uczestników spotkania. Kiedy jeden z przebywających w parku 18-latków zwrócił im uwagę, aby odpuścili, napastnicy go zaatakowali i pobili – podaje katowicka policja.

Pobity chłopak z urazem głowy i brzucha trafił do szpitala. Jeden z uczestników spotkania zawiadomił policjantów.

Źródło

Mamy nie mieszkać ze swoimi partnerami?

Paweł: – Wszystko zaczęło się zaraz po tym, jak wynajęliśmy dwa pokoje zaledwie kilometr od rynku, nad jeziorem. To był koniec listopada 2013. Spokojna dzielnica, do głowy nam nie przyszło, że możemy wzbudzić kontrowersje. Odbywałem akurat staż fryzjerski. Co drugi, trzeci dzień pod blokiem zaczęło się pojawiać czarne bmw z młodymi karkami w środku. I docinki: „Co tam, cioto? Gdzie pedałujesz?”. Nie mogłem zrozumieć, skąd w ogóle wiedzą, że jestem gejem.

(…)

Piotr: – Dokładnie naprzeciwko naszej klatki znajdował się murek, na którym przesiadywały dzieciaki, w większości kibice Cartusii. Minęły może dwa tygodnie od naszej przeprowadzki, jak zaczęły się pierwsze komentarze: „O, zoba, to ci geje”. Paweł zauważył, że w tej grupce jest jego kuzyn, od zawsze dobrze do niego nastawiony.

Po miesiącu towarzystwo się rozkręciło. Zaczęły się wyzwiska: „Ej, na tym osiedlu obowiązuje zakaz pedałowania! Patologia! Pedały! Kurwy, jeszcze brakuje, żebyście dziecko adoptowali!”.

Paweł: – Próbowałem porozmawiać z kuzynem, ale odpowiedział, że jak się wyłamie, to wtedy zaczną się czepiać jego. Powiedziałem więc jego mamie, czyli swojej cioci. I uprzedziłem, że jeśli zaczepki będą się powtarzać, zgłosimy sprawę na policję. Obiecała z nim porozmawiać. Po kilku dniach kuzyn zagroził nam, że jeśli pójdziemy na policję, to „pożegnamy się ze swoim autkiem”. Znów poszedłem do cioci. Kuzyn przestał spotykać się z kolegami na murku, ale dalej nas wyzywali od pedałów, a rodzina przestała z nami rozmawiać. Sytuacja stała się na tyle toksyczna, że od pedałów zaczęli wyzywać też kolegów, którzy nas odwiedzali.

(…)

Piotr: – Zdecydowaliśmy się na to miejsce ze względu na monitoring. Przez jakiś czas mieliśmy spokój. Ale znów do czasu. Ta sama grupa pseudokibiców zobaczyła nas któregoś dnia na ulicy. Musieli za nami iść i w ten sposób dowiedzieli się, gdzie mieszkamy. Zaczęli kręcić się w okolicy. Weszli do studia urody, w którym pracował Paweł, i wykrzyczeli: „Tutaj nie idziemy, bo ten pierdolony pedał tutaj pracuje!”. Innym razem zaczepili go na ulicy, wymachując przed twarzą butelką. Właścicielka studia nie przedłużyła umowy z Pawłem. Kto by chciał takie akcje przy klientach?

Paweł został w domu, Piotr pracował. Do eskalacji doszło 19 sierpnia.

– Wypakowywałem towar z auta na podwórzu szpitala, w którym pracuję. Wtedy podszedł do mnie jeden z nich: „Chcesz w główkę, pedale? No co, chcesz?”. Nie odpowiedziałem. Odwróciłem się i dalej wypakowywałem towar. Wtedy usłyszałem tylko: „Ty pedale jebany! Ty dziwko!”, i poczułem but na swoich plecach. Kopnął mnie z całych sił. A potem dodał: „Zgłoś to na policję, to cię potnę!”. Miałem szczęście, że całe zajście widział mój szef. Wezwał policję, radiowóz był na miejscu po kilku minutach. Ale napastników już nie znaleźli. My ich jednak zdążyliśmy dobrze poznać. Postanowiliśmy, że nie będziemy dłużej znosić tego terroryzowania. Zrobiłem obdukcję. Na komisariacie złożyłem zawiadomienie. Policjantka, która mnie wysłuchała, powiedziała, że to pierwsze takie zgłoszenie w Kartuzach.

Źródło

Gdzie jest granica tego „nieobnoszenia się”, za którą robi się dla nas niebezpiecznie? No i dlaczego wyznaczona jest ona przez heteroseksualistę (w domyśle lepszego od nas, bo przecież zdolnego do wyznaczania nam jakichś granic),

A jeśli źle zrozumiałem, jeśli nie chodziło o bycie niewidocznym, to w takim razie o co, do kurwy nędzy? Mógłby mi ktoś to wytłumaczyć?

Swoją drogą to nie jest pierwsza nieprzyjemna sytuacja, w której pojawiają się wątpliwości co do prawdziwego stosunku członków Nowoczesnej do osób nieheteroseksualnych. O przygodach z projektem ustawy o związkach partnerskich pisał na swoim blogu szarypanz.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze.