Kto jest odpowiedzialny za Białystok, czyli dlaczego Sakiewicz kłamie. Część pierwsza

Wypowiedzi Tomasza Sakiewicza często są obrzydliwe, a do tego kłamliwe. Co do tego nigdy chyba nie było wątpliwości. W wywiadzie przeprowadzonym przez Magdalenę Rigamonti daje tego dobitny przykład. Cała rozmowa pełna jest sformułowań, które powinny wywołać co najmniej oburzenie u każdego reprezentanta tej tak zwanej „normalnej większości”, tak hołubionej przez Sakiewicza. Przykładem niech będzie zdanie, w którym ten typ wyraża opinię, jakoby wielu z homoseksualistów, którzy pracują w Gazecie Polskiej zakładało, że ich romans z homoseksualizmem jest czasowy. Już się oburzyliście czy jeszcze wam mało?

Nie będę się skupiał na obrzydliwościach wypowiadanych przez tego typa. Nie wracam na swojego zakurzonego blogaska po kilku latach po to, żeby kopać się z koniem i wymyślać równie obelżywe wyzwiska co on (a wierzcie mi, urodziło się ich w mojej głowie wiele, odkąd przeczytałem ten wywiad). Nie uważam, żeby wytykanie wszystkich jego podłości i przekłamań prowadziło do czegoś konstruktywnego. Tych bzdur w większości nie da się sprostować ani nie da się z nimi polemizować. No bo co, przepraszam, jak tu obnażyć kłamstwo, że większość homoseksualistów zatrudnionych u Sakiewicza marzy o normalnym życiu jako heteroseksualiści?

Z większą częścią tych bredni Rimagonti rozprawiła się bardzo sprawnie. Przykładowo obnażyła brak spójności jego bajdurzeń o ideologii LGBT (nie wiem, czy wiecie, ale w marszach równości paraduje jakaś efemeryczna ideologia, a nie żywi ludzie), czy zwykłe buractwo (typ zarzucił krytykom naklejki „strefa wolna od LGBT” niedorośnięcie do etosu wykształcenia wyższego, samemu go nie posiadając). Na kilka drobnych kłamstw Rigamonti nie zwróciła jednak uwagi. Wobec tego dzisiaj zajmiemy się dwoma bardzo prostymi do obalenia kłamstewkami naczelnego Gazety Polskiej. Pierwszym będzie kwestia tego, kto ponosi odpowiedzialność za zamieszki w Białymstoku. Drugim będzie to, kto może w Polsce adoptować dzieci.

Kłamstwo nr 1: czy prezydent Truskolaski jest odpowiedzialny za zamieszki w Białymstoku?

Tomasz Sakiewicz: Uważam, że prezydent Truskolaski powinien stanąć (…) przed sądem. Stworzył powszechne zagrożenie. Te marsze nie powinny się w ogóle odbyć. Trzeba było wziąć na siebie ciężar zakazaniu marszów i nie doprowadzić do bijatyki.

Według tego typa winnym zamieszek, które miały miejsce w Białymstoku w trakcie marszu równości w sobotę 20 lipca, był prezydent Białegostoku. Wina ta miała objawić się tym, że nie zakazał organizacji marszów i przez to doprowadził do eskalacji konfliktu. Według Sakiewicza Truskolaski powinien był zakazać obu marszów. Pytanie tylko czy mógł zakazać marszu równości?

O ile nie żyjesz pod kamieniem, odpowiedź nie powinna cię zaskoczyć. Prezydent miasta nie miał podstaw do zakazania białostockiego marszu równości. Ewentualna decyzja zakazująca marszu byłaby niezgodna z prawem i zostałaby uchylona przez sąd rozpoznający odwołanie organizatorów. W ostatnim czasie przekonali się o tym włodarze Lublina, Gniezna i Rzeszowa, którzy próbowali nadużyć swojej władzy i aplikować pokrętną logikę Sakiewicza. Szczęśliwie przez wszystkie te miasta marsze przeszły pomimo próby ich zablokowania przez niekompetentnych samorządowców (już nie chcę ich nazywać oportunistami).

Mnie jednak odpowiedź na pytanie zamykająca się w pojedynczym „nie” nie zadowala. Dlaczego Truskolaski nie mógł zakazać marszu równości? Postaram się odpowiedzieć na tak zmodyfikowane pytanie w sposób zwięzły i jak najbardziej zrozumiały. Mam nadzieję, że uda mi się nie przynudzać za bardzo.

Krótki wykład o prawach człowieka

Każdy system prawny oparty jest na jakichś naczelnych zasadach, którym podporządkowane jest całe prawo. Standardem we wszystkich demokratycznych porządkach prawnych już od dłuższego czasu jest to, że zestawem takich naczelnych zasad są prawa i wolności człowieka. Rozumie się je w przeróżny sposób, ale ich katalog pozostaje mniej więcej taki sam, niezależnie od ujęcia. Uznaje się, że jednym z podstawowych i najważniejszych praw człowieka jest wolność zgromadzeń.

Ale hola hola, dlaczego akurat wolność zgromadzeń jest tak ważnym prawem człowieka? Jak ma się wolność zgromadzeń do prawa do życia? Zakazu tortur? Prawa do wolności osobistej? Czy to nie są podstawowe prawa, które należy za wszelką cenę chronić i stawiać na czele katalogu? Odpowiadając – jest bardzo duża różnica pomiędzy, przykładowo, zakazem tortur a wolnością zgromadzeń. To pierwsze jest tzw. prawem osobistym, dotyczącym sfery osobistej każdego człowieka. To drugie jest tzw. prawem politycznym, zbiorowym (nazwijcie to jak chcecie, nie mam zamiaru tutaj dyskutować sam ze sobą na temat właściwego nazewnictwa) – tzn. że dotyczy działalności każdego człowieka w sferze publicznej. A w sferze publicznej nie ma chyba ważniejszego prawa niż wolność zgromadzeń. Dlaczego? Chodzi przede wszystkim o zagwarantowanie wpływu członków społeczności na władze publiczne. Wszak każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich (tak przynajmniej ta wolność jest sformułowana w naszej ustawie zasadniczej). Mądre głowy piszące opasłe tomiska doszły kiedyś do wniosku, że zgromadzenia obywateli są jednym z podstawowych sposobów oddziaływania na politykę państwa i stąd tak duża waga tej akurat wolności [1].

Chcecie jakichś przykładów? Służę uprzejmie. Dwa lata temu byliśmy świadkami tego, jak zgromadzenia publiczne mogą bezpośrednio oddziaływać na politykę państwa. Na skutek masowych protestów przeciwko reformie sądownictwa i nowelizacjom trzech ustaw (o Krajowej Radzie Sądownictwa, o ustroju sądów powszechnych i o Sądzie Najwyższym) latem 2017 roku Andrzej Duda zawetował dwie z nich, podpisując jedynie tę dotyczącą prawa o ustroju sądów powszechnych. Nie oceniając samych protestów, ich skuteczności, decyzji prezydenta i jego prawdziwych motywów, czy wreszcie późniejszych losów sądownictwa, nie da się zaprzeczyć stwierdzeniu, że masowe zgromadzenia wpłynęły na politykę państwa.

No to jak do tej pory było doniośle, biało-czerwone flagi powiewały na wietrze, zapalone świeczki poszły w górę, odśpiewaliśmy „wolność kocham i rozumiem”. Ale prawa i wolności człowieka mają też mniej przyjemną stronę. Praktycznie każde z nich może być przez państwo w jakiś sposób ograniczone.

Ale dlaczego? Ale jak to? Ale czy ograniczenie nie będzie naruszeniem takiego prawa przysługującego każdemu człowiekowi? Czy mogę napisać do Beaty Szydło, ewentualnie Komisji Europejskiej, żeby coś z tym zrobili? Napisać zawsze możesz, ale nie zmienia to faktu, że państwo może ograniczyć twoje prawa podstawowe. Gdyby państwo nie miało takiej możliwości, doprowadziłoby to do iście absurdalnych sytuacji. Przykładowo: każdy ma zapewnioną wolność osobistą, prawda? To wydaje się oczywiste. Czy to oznacza, że państwo w żadnej sytuacji nie będzie miało prawa do pozbawienia kogoś wolności? Oczywiście że nie. Zawsze pojawią się takie sytuacje, w których konieczne będzie odebranie konkretnemu człowiekowi jego wolności osobistej rozumianej jako możliwość dowolnego decydowania o swoim postępowaniu. O ograniczeniu wolności osobistej zazwyczaj decyduje sąd. Jednak nie może on ograniczyć twojej wolności według własnego widzimisię. Jest on związany przepisami, które regulują ściśle określone przypadki, w których może dokonać naruszenia przysługującego ci prawa podstawowego. Najczęściej będzie to reakcja państwa na niepożądane zachowanie, np. prowadzenie po pijaku, czy zabójstwo 5-latka. Sąd może ograniczyć twoją wolność w przeróżny sposób. Przykładowo może zdecydować o zamknięciu cię do więzienia, a może odebrać ci prawo jazdy na jakiś czas (co też przecież będzie jakimś tam ograniczeniem twojej wolności). [2]

Podobnie z chronionym przez państwo prawem własności – co jeśli pożyczysz od kogoś jakąś kwotę pieniędzy i nie będziesz chciał mu jej oddać? Czy ten kto ci pożyczył pieniądze nie może domagać się od ciebie zwrotu tych pieniędzy? Czy państwo powinno mu pomóc w odzyskaniu od ciebie tych pieniędzy? Czy jeśli komornik (a więc przedstawiciel państwa, organ władzy publicznej) zajmie ci jakąś kwotę na koncie bankowym i przymusowo zabierze ci ileś tam pieniędzy – to czy to będzie naruszenie twojego prawa własności?

Nie muszę chyba wymyślać kolejnych przykładów zasadności ograniczania konstytucyjnie gwarantowanych praw i wolności. Uważam, że nawet czytelnicy Gazety Polskiej są w stanie to zrozumieć. Generalnie ograniczać prawa człowieka państwo może tylko w bardzo dobrze uzasadnionych sytuacjach, gdy będzie to niezbędne dla ściśle określonego celu. Tym celem może być np. ochrona innego prawa o podobnej doniosłości co prawo ograniczane. Dodatkowo ograniczenie może nastąpić tylko w przypadkach przewidzianych przez ustawodawcę (czyli tych typów, których wszyscy wybieramy co cztery lata i którzy siedzą w kółeczku i podnoszą rączki i opuszczają je w rytm stuków-puków laski pewnego starszego pana).

Jak ograniczyć wolność zgromadzeń

Ustaliliśmy, że wolność zgromadzeń jest jednym z najważniejszych praw człowieka. Marsze i parady równości z pewnością są zgromadzeniami publicznymi i przez to objęte są ochroną ze strony państwa gwarantującą prawidłowe wykonywanie tej wolności. Sakiewicz twierdzi, że Truskolaski powinien był ograniczyć prawo do zgromadzenia publicznego wszystkich tych osób, które organizowały białostocki marsz i brały w nim udział. Ustaliliśmy już, że w pewnych sytuacjach prawa człowieka mogą być ograniczane na ściśle określonych zasadach. Zanim odpowiemy na pytanie, czy ten konkretny marsz mógł zostać zakazany, przydałoby się dowiedzieć, w jakich okolicznościach można ograniczyć wolność zgromadzeń. Potem zastanowimy się, czy w przypadku białostockiego marszu równości zaszła okoliczność pozwalająca go zakazać.

Uwaga, teraz będziemy cytować ustawy, nie regulujcie odbiorników i postarajcie się nie usnąć. Zgodnie z art. 57 Konstytucji, ograniczenie wolności zgromadzeń może określać tylko ustawa. Taka ustawa istnieje i nazywa się prawo o zgromadzeniach. W nim znajduje się art. 14, który wymienia przesłanki, które muszą zajść, by organ gminy (czyli w przypadku gminy miejskiej Białystok – prezydent miasta, który to urząd obecnie pełni Tadeusz Truskolaski) mógł zakazać zgromadzenia.

Załóżmy że planujesz organizację zgromadzenia publicznego w Białymstoku. Pierwszym przypadkiem, w którym Truskolaski mógłby wydać decyzję zakazującą twojego zgromadzenia jest sytuacja, w której cel tego zgromadzenia naruszałby wolność pokojowego zgromadzania się, jego odbycie naruszałby art. 4 prawa o zgromadzeniach (przepis ten generalnie mówi o tym, że w zgromadzeniu nie mogą uczestniczyć osoby posiadające przy sobie broń, materiały pirotechniczne itp.) lub jego odbycie naruszałby zasady organizowania zgromadzeń albo jego cel lub odbycie naruszałby przepisy karne. To jest punkt pierwszy tego artykułu. Uff, udało się przebrnąć przez przepis. Żyjecie? Czy są jakieś ofiary w ludziach?

Jak ten przepis ma się do rzeczywistości? Wyobraźmy sobie, że będziesz chciał zorganizować zgromadzenie. W tym celu na fejsie stworzycie ze swoimi ziomalami wydarzenie „łamanie sobie nóg, by nie iść do woja”, ustawicie datę zgromadzenia na 20 lipca 2019 roku o godzinie 14:30, na miejsce wybierzecie Plac NZS w Białymstoku. Fejs wam powie, że będzie słoneczko, bezchmurne niebo i powyżej 25 stopni. Mimo tak sprzyjających okoliczności wasze zgromadzenie raczej zostanie zakazane. Ale dlaczego? Czy już mogę pisać do prezydenta Dudy, żeby coś zrobił z tym wstrętnym Truskolaskim zakazującym mi łamać sobie nóg? Pisać zawsze możesz, ale nie zmieni to faktu, że w kodeksie karnym znajduje się przepis, zgodnie z którym nie wolno samouszkadzać się w celu zwolnienia od obowiązku służby wojskowej albo odroczenia tej służby.

Żaden z przypadków wskazanych w art. 14 pkt 1 prawa o zgromadzeniach nie zachodził w przypadku białostockiego marszu i żaden z włodarzy miast nie próbował jeszcze udowodnić, że było inaczej. Zawsze może znaleźć się jakiś nowy typol będący prezydentem albo burmistrzem, który spróbuje naciągnąć okoliczności faktyczne w taki sposób, że czary-mary-hokus-pokus do zakazania marszu równości użyje tego przepisu. Dopóki tak się nie stanie – nie będziemy sami próbowali nic wymyślać.

Drugą sytuacją, w której dopuszcza się zakazanie zgromadzenia publicznego jest okoliczność, że ma się ono odbyć w miejscu i czasie, w których odbywają się zgromadzenia organizowane cyklicznie (art. 14 pkt 3). Ta przesłanka jest legislacyjnym niemowlakiem (przepis obowiązuje dopiero od kwietnia 2017 r.), mocno pokracznym i twardo krytykowanym przez prawników. W normalnej sytuacji zająć się nim powinien Trybunał Konstytucyjny, ale wszyscy dobrze wiemy jak jest. Wiemy też czemu tak naprawdę instytucja zgromadzeń cyklicznych miała służyć. Nie będziemy się więc rozwodzić nad tym przypadkiem. W Białymstoku w soboty (ewentualnie każdego 20 dnia miesiąca) o godzinie 14:30 na placu NZS nie odbywa się żadne zgromadzenie cykliczne. Dlatego przepis ten również nie mógłby znaleźć zastosowania przy wydaniu decyzji zakazującej marszu równości i do tej pory nikt nie wykazał się taką kreatywnością, żeby spróbować go zastosować.

Wreszcie ostatnia sytuacja, w której organ gminy może wydać decyzję o zakazie zgromadzenia publicznego, przewidziana w art. 14 pkt 2 prawa o zgromadzeniach. Mówi on, że zgromadzenie może zostać zakazane, jeśli jego odbycie może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach, w tym gdy zagrożenia tego nie udało się usunąć w drodze wezwania do zmiany miejsca lub czasu zgromadzeń kolidujących lub w drodze przeprowadzenia rozprawy administracyjnej. Przekładając z bełkotliwego na polski – jeśli zorganizowanie twojego zgromadzenia spowoduje poważne zagrożenie dla wszystkiego co stoi dookoła, to zostanie ono zakazane. To właśnie ta przesłanka była w niedalekiej przeszłości wykorzystywana jako podkładka pod wydanie zakazów marszów równości w Lublinie, Gnieźnie i Rzeszowie. Czy słusznie? Z mojej dotychczasowej pisaniny jeszcze to nie wynika. Zastanówmy się więc najpierw, jakie obowiązki ciążą na organizatorze zgromadzenia, a jakie na władzy publicznej.

Zakaz marszu równości

Na organizatorach spoczywa obowiązek dopełnienia niezbędnych formalności i zapewnienia pokojowego przebiegu zgromadzenia zgodnie z prawem i przyjętym programem. Natomiast na władzach publicznych ciąży obowiązek zapewnienia spokojnego i niezakłóconego przebiegu zgromadzenia, jak też ochrony jego uczestników przed działaniami przeciwników celów, dla jakich zgromadzenie zostało zwołane. [3]

Czyli w prostych słowach: organizator ma obowiązek zorganizować pokojowe zgromadzenie, a państwo ma zasrany obowiązek takie zgromadzenie ochronić przed różnego rodzaju zjebixami.

Wobec tego pojawia się pytanie – czy organ władzy publicznej może żądać od organizatora zgromadzenia, by ten zapewnił spokojny i niezakłócony przebieg zgromadzenia, jeśli odbycie tego zgromadzenia powoduje zagrożenie zdrowia lub życia ludzkiego? Czy jeśli cel zgromadzenia jest zgodny z prawem i stanowi przejaw realizacji wolności zgromadzeń – to czy organ państwowy może przerzucić na organizatorów swój psi obowiązek ochrony takiego zgromadzenia? Odpowiedź jest jednoznaczna i oczywista i brzmi absolutnie nie, organ państwowy nie ma takiego prawa. Mądrzy ludzie, którzy musieli poradzić sobie z tymi bzdurnymi zakazami marszy równości na przestrzeni ostatniego roku napisali takie rzeczy:

Niedopuszczalne jest uzależnienie możliwości realizacji wolności zgromadzeń od reakcji przeciwników zgromadzenia.

Skoro wolność zgromadzeń jest konstytucyjnie chroniona, to jakiekolwiek jej ograniczenia muszą być wprost w ustawie wyrażone i wykluczone są wszelkie interpretacje rozszerzające czy wnioskowanie przez analogię. Tym samym ewentualna interwencja organów władzy publicznej w wolność zgromadzeń musi mieć charakter wyjątkowy.

Standard ochrony wolności zgromadzeń oraz powiązany z nim zakaz nierównego traktowania przez władze publiczne można sprowadzić do następujących kwestii:

– organy władzy publicznej mają obowiązek umożliwić przeprowadzenie pokojowego zgromadzenia również wtedy, kiedy jego uczestnicy będą prezentować idee odmienne od poglądów większości, a dodatkowo takie zgromadzenie będą się starali zakłócić lub udaremnić uczestnicy kontrmanifestacji,

– przesłanki pozwalające na wydanie zakazu odbycia zgromadzenia nie mogą być interpretowane rozszerzająco, w szczególności zaś nie mogą opierać się wyłącznie na ogólnych prognozach lub przypuszczeniach i muszą uwzględniać wartości i normy wyższego rzędu wynikające z Konstytucji RP i przepisów prawa międzynarodowego,

– organy władzy publicznej, dokonując oceny, czy zgłoszone zgromadzenie zagraża życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach powinny odnosić się do zachowania organizatorów i uczestników zgromadzenia, nie zaś do zachowania osób trzecich próbujących udaremnić przeprowadzenie demonstracji. [4]

Z tego przydługiego i troszkę nudnego wywodu wynika jednoznacznie, że Truskolaski nie miał prawa zabronić pierwszego białostockiego marszu równości. IN YOUR FACE, SAKIEWICZ!!!

Wobec tego Truskolaski nie ponosi odpowiedzialności za ten festiwal przemocy, którego byliśmy świadkami 20 lipca w Białymstoku. Co więcej – moim skromnym zdaniem odpowiedzialność za to, co się stało w tamto sobotnie popołudnie ponoszą ludzie tacy jak Sakiewicz, którzy relatywizują tamte zdarzenia, doszukują się prowokacji, czy wreszcie obwiniają za nie ofiary. No ale trzeba nie mieć kręgosłupa moralnego, żeby prezentować takie stanowisko.

Obiecuję, że druga część tej notki powstanie szybciej niż za 3 lata. Mam nadzieję, że uda mi się ją napisać przez najbliższy weekend.


Przypisy:

[1] M. Safjan, L. Bosek (red.), Konstytucja RP. Tom I. Komentarz do art. 1–86, Warszawa 2016

[2] P. Sarnecki (red.), Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz. Tom II, Warszawa 2016

[3] W. Skrzydło (red.), Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz, Warszawa 2013

[4] Postanowienie Sądu Apelacyjnego w Lublinie z dnia 12.10.2018 r., sygn. akt I ACz 1145/18, LEX nr 2559817

 

Zdjęcie ilustracyjne autorstwa Barta Staszewskiego do znalezienia pod linkiem.

Reklamy

Brawo, Panie Notariuszu!

Bezczelność PiSu i ludzi z nim związanych jest obrzydliwa. Na portalu wPolityce.pl pojawił się kłamliwy tekst Lecha Makowieckiego o istocie polskiej niepodległości. Przytoczę tylko kilka najbardziej oburzających fragmentów tego artykułu („Brawo, Panie Prezydencie! Mamy dziś niepowtarzalną szansę wybić się na prawdziwą niepodległość„).

Gdy niepełnosprawny umysłowo człowiek za kradzież batonika lądował w areszcie – nasze sądownictwo było ślepe na przewiny ludzi związanych z obozem władzy, zamieszanych w wielomilionowe afery gospodarcze i pospolite przestępstwa. Pomimo usilnego szukania grzechów u opozycji znaleziono jedynie nierozliczony rachunek za dorsza na kwotę 8,50zł. Do Mariusza Kamińskiego robiono kilka podejść (do trzech razy sztuka?), by tuż przed wyborami skazać tego kryształowego, walczącego z patologiami władzy urzędnika na trzy lata bezwzględnego więzienia.

Łatwo się stawia analogie między dwoma niezwiązanymi sprawami. Niezwykle łatwo oczyszcza się z winy osoby, które są nam bliskie (nawet jeśli bliskość ta występuje tylko w warstwie ideologicznej). Trudniej jednak orzec o kryształowym charakterze osoby po przeczytaniu uzasadnienia nieprawomocnego jeszcze wyroku skazującego. Rozumiem, że korzystanie z portali typu niezalezna.pl lub wpolityce.pl jest w stanie zastąpić zasięganie wiedzy u źródeł (szczególnie jeśli źródło liczy sobie prawie 200 stron). Życzyłbym jednak sobie, żeby ci, którzy tak czynią, nie dzielili się swoją ignorancją w środkach masowego przekazu.

Przytoczę wybrane fragmenty uzasadnienia wyroku Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieście z dn. 28.09.2015 o sygnaturze II K 784/10. Całość uzasadnienia (z wyłączeniem utajnionych fragmentów) tego nieprawomocnego wyroku dostępna jest pod tym linkiem.

Czyny przypisane oskarżonym miały charakter przemyślany i zaplanowany – ze świadomością braku możliwości określonego działania w konkretnych realiach, co było podniesione na etapie omówienia stanu prawnego sprawy. Stopień zawinienia wyznaczyło także ustalenie braku akceptacji oskarżonych dla zasad demokratycznego państwa prawnego, a wręcz przekonanie o wszechwładzy, którą mają dysponować, co wynika z ich wyjaśnień. Poziom braku szacunku dla wartości konstytucyjnych był tak duży, że samoistnie uzewnętrznił się w zachowaniu wszystkich oskarżonych.

(…)

Nie budzi żadnych wątpliwości to, że korupcję należy zwalczać wszystkimi możliwymi prawnie dostępnymi sposobami i to niezależnie od tego jak wysoko w kręgach władzy ma ona miejsce. Rzecz w tym, by rozpoznając zagadnienia związane z korupcją, czy jej zwalczaniem samemu przy tym nie naruszać prawa. Takich naruszeń dopuścili się wszyscy oskarżeni, którzy swoim zachowaniem pogwałcili nie tylko przepisy wymienionej wyżej ustawy o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym i aktów prawnych niższej rangi, ale przede wszystkim najwyższego prawa, jakim jest Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Skutki takiego działania, to jest przekroczenia uprawnień mogły mieć znaczenie dla bezpieczeństwa państwa destrukcyjne w zakresie skutecznego ścigania przestępczości. Przypomnieć przykładowo należy, że skutkiem bezprawnego gromadzenia materiału dowodowego może być uniknięcie odpowiedzialności przez sprawców przestępstw.

Nie jest możliwe zaakceptowanie sytuacji, w której funkcjonariusze demokratycznego państwa, funkcjonariusze władzy publicznej, mogliby gromadzić dowody wbrew obowiązującemu prawu, natomiast zgodnie z prawem, na podstawie właśnie tych dowodów, obywatele mieliby ponosić odpowiedzialność karną. Każde państwo odpowiada za bezprawną działalność swoich funkcjonariuszy służb specjalnych, a tej odpowiedzialności nie może wyłączać powoływanie się na interes społeczny w zwalczaniu przestępczości.

(…)

Tymczasem oskarżeni M. K. (1), M. W., G. P.i K. B.realizując w przeważającej części czynności w sprawie określanej mianem „afery gruntowej” naruszali przede wszystkim przepisy art. 7 i 49 Konstytucji [odpowiednio: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa.” i „Zapewnia się wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Ich ograniczenie może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony.”], ale także inne przepisy ustawy zasadniczej oraz przepisy ustawy o CBA. Oskarżeni swoim działaniem godzili w prawa obywatelskie określone w Konstytucji, przede wszystkim w prawo do prywatności – bez żadnych ku temu powodów – co do osób wymienionych w opisie czynu przypisanego oskarżonym w wyroku. Nie mogło umknąć uwadze sądu, że podejmując określone działania oskarżeni naruszyli przepis art. 5 i 49 Konstytucji, która zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, a wreszcie tajemnicę komunikowania. Przekraczali także zakres działania organów państwa określony przepisem art. 7 Konstytucji, a postępując w sposób wskazany w opisie czynu naruszyli również przepisy Europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.

(…)

Z pola widzenia nie mogło także umknąć to, że w przypadku oskarżonych M. K. (1), M. W., G. P. i K. B.sąd nie miał do czynienia z typowym przestępstwem „urzędniczym”, to jest czynem z art. 231 §1 k.k., gdzie sprawca przekracza swoje uprawnienia lub nie dopełnia obowiązków. Rzecz w tym, że każdy z oskarżonych przekraczając przydane mu przepisami uprawnienia dopuszczał się przestępstw, z których każde miało wysoki ładunek społecznej szkodliwości. Celem ich działania było z kolei wytworzenie określonej sytuacji, co wprost przyznał składając wyjaśnienia oskarżony M. K. (1) stwierdzając, iż miał świadomość, że prowadzenie sprawy może prowadzić do kryzysu w państwie. Podejmując określone działania oskarżeni mieli świadomość, że nie istnieją żadne poszlaki, czy dowody świadczące o zaistnieniu przestępstwa korupcji w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

(…)

Oskarżeni swoje działania podejmowali z premedytacją, ponieważ popełnienie przestępstwa zostało obmyślone, zaplanowano jego okoliczności, a także przygotowano do popełnienia odpowiedni grunt, w tym wprowadzając w błąd Prokuratora Generalnego, jego zastępców, a wreszcie Sąd Okręgowy w Warszawie. Podawanie nieprawdziwych okoliczności we wnioskach o zastosowanie kontroli operacyjnej dodatkowo przesądziło o zdecydowanie negatywnej ocenie działania M. K. (1), M. W., G. P. i K. B.. Oskarżeni działali przy tym z zamiarem bezpośrednim, kierunkowym i byli nastawieni na osiągnięcie określonego efektu.

(…)

Jeżeli mowa o ujemnych następstwach przestępstwa to nie sposób nie wspomnieć, że skutkiem działania oskarżonych było podważenie zaufania obywateli do państwa, którego funkcjonariusze działali niezgodnie z prawem. Indywidualne dobra poszczególnych obywateli, w szczególności wolności i prawa obywatelskie także zostały naruszone na skutek działania oskarżonych. Jednym z istotniejszych ujemnych następstw przestępstw przypisanych oskarżonym jest także fakt wprowadzenia po zakończeniu operacji specjalnej w błąd Prezesa Rady Ministrów J. K. (1) co do tego, że istnieją dowody na przyjmowanie korzyści majątkowych przez A. L. (1). Obiektywnie dowody takie nie istniały, o czym najlepiej świadczy to, że A. L. (1) nigdy nie postawiono zarzutu popełnienia przestępstwa korupcji, podobnie jak zarzutu takiego nie postawiono w postępowaniu, w którym na ławie oskarżonych zasiedli P. R. i A. K. (1).

Trudno mówić o kryształowym charakterze człowieka, który w takim stopniu przekracza swoje uprawnienia.

Ale wróćmy do tekstu Makowieckiego.

Część rodaków wyjechała z kraju, reszta z coraz większym trudem walczyła o przetrwanie tutaj. A rząd wszem i wobec głosił „złoty wiek” Polski! I dopiero fenomen Andrzeja Dudy, który – dzięki własnej charyzmie i wyjątkowej nieudolności konkurenta wygrał wybory prezydenckie – dała Polakom impuls nadziei.

Szczególnego rodzaju „impuls nadziei” poczuli wszyscy Polacy żyjący w związkach z obywatelami innych państw. W imię chorej ideologii zakładającej dyskryminację osób nieheteronormatywnych, stracą szansę na uproszczony tryb rozwiązywania spraw cywilno-prawnych.

Unia od ponad czterech lat pracowała nad ułatwieniami dla międzynarodowych małżeństw i związków partnerskich. Chodziło wyłącznie o sprawy majątkowe, m.in. wypracowanie wspólnych zasad określania sądu odpowiedzialnego za podział majątku na wypadek rozwodu czy śmierci małżonka (partnera). A także o szybkie uznawanie takich orzeczeń sądowych we wszystkich krajach UE. Polska za rządów Donalda Tuska, Ewy Kopacz i obecnie Beaty Szydło sprzeciwiała się ułatwieniom dla związków partnerskich z obawy, że pomoże im to przeniknąć tylnymi drzwiami do naszego porządku prawnego.

Były jednak pewne nadzieje, że uda się przyjąć przepisy dla małżeństw międzynarodowych. Ale i tu Polacy ostatecznie przelękli się homoślubów. Nasze władze jeszcze parę dni temu próbowały wprowadzić poprawkę z klauzulą „zachowania porządku publicznego”, czyli wytrychu pozwalającego polskim sądom na nieuznawanie ułatwień majątkowych w przypadku homomałżeństw.

(…)

Większość krajów UE nie zgodziła się na polską poprawkę i przeważył pogląd, że rozporządzenia w sprawie małżeństw i związków partnerskich należy traktować – wbrew postulatom Polski – jako jeden pakiet. – Rozdzielanie ich byłoby dyskryminacyjne – tak z argumentami Polaka polemizował m.in. przedstawiciel Słowenii.

(…)

– Spodziewaliśmy się, że Polska pod nową władzą zaostrzy kurs w UE, ale nie sądziliśmy, że stanie się to tak szybko i akurat w tej sprawie. Mam wrażenie, że Warszawa robi na złość własnym obywatelom – mówi jeden z unijnych dyplomatów. Przypomina, że liczba Polaków, którzy poślubili cudzoziemców, jest kilka razy wyższa niż 50 tys., o których pisze GUS.

Źródło

Znowu wracamy do Makowieckiego:

Nie pytam, gdzie była większość polskiego wymiaru sprawiedliwości (bo nie wierzę, że wszyscy), gdy działy się wszystkie opisywane przeze mnie wyżej podłości. I kto tak naprawdę zasiada w tych niezdekomunizowanych do dziś gremiach. Dlaczego dopiero teraz TK wydał werdykt, że w czerwcu Platforma Obywatelska – forsując na chama swoich kandydatów „trochę się myliła, a trochę nie”. Czy można być trochę w ciąży?

Trzeba być oszołomem, żeby prawie 30 lat po transformacji ustrojowej dalej bredzić o „niezdekomunizowanych do dziś gremiach”. Dodatkowo – trzeba być hipokrytą, jeśli główną twarzą walki o Trybunał Konstytucyjny po stronie PiS jest PRL-owski prokurator. Trzeba być wtórnym analfabetą, żeby nie rozumieć wyroków sądowych:

Trybunał uznał za niezgodny z konstytucją art. 137 ustawy o TK, w zakresie umożliwiającym Sejmowi poprzedniej kadencji (2011-2015) wybór dwóch sędziów TK w miejsce sędziów, których kadencja upływa odpowiednio 2 i 8 grudnia 2015 r. Za zgodne z konstytucją uznano natomiast przepisy regulujące wybór trzech sędziów wybranych w miejsce sędziów TK, których kadencja upływa 6 listopada 2015 r.

Trybunał uznał, że z art. 194 ust. 1 konstytucji wynika obowiązek wyboru sędziego Trybunału przez Sejm tej kadencji, w trakcie której zostało opróżnione stanowisko sędziego Trybunału. Wybór sędziego Trybunału nie może zostać dokonany niejako z góry (przed czasem) w stosunku do stanowisk sędziowskich, które zostaną zwolnione dopiero w trakcie kadencji przyszłego Sejmu.

Konsekwencją wyroku TK jest to, że w wypadku dwóch sędziów Trybunału, których kadencja upływa 2 i 8 grudnia 2015 r., podstawa prawna wyboru ich następcy została uznana za niekonstytucyjną. Dalsze postępowanie w sprawie rozpoczęcia przez nich urzędowania ulega zatem zamknięciu.

Wątpliwości konstytucyjnych nie budzi zatem podstawa prawna procedury zgłoszenia kandydatów i głosowania przez Sejm w sprawie wyboru trzech sędziów Trybunału, na miejsca sędziów, których kadencja upłynęła 6 listopada 2015 r. Wyboru tego dokonał Sejm tej kadencji, w trakcie której zostało opróżnione stanowisko.

Źródło

Nie wiem, kim trzeba być, by przepisy prawne porównywać do ciężarnej kobiety (ale wiem, że nie jest to cecha osoby, która wie, o czym mówi).

I znowu tekst Makowieckiego:

Niewątpliwie mamy dziś kryzys konstytucyjny. I trzeba go rozwiązać przy stole negocjacyjnym. Na warunkach narodu, a nie postkomunistycznych elit. Jeśli Konstytucja nie pasuje do Narodu, to trzeba zmienić Konstytucję. Nigdy odwrotnie, bo będzie rewolucja, a tego nikt by nie chciał.

Warto przypomnieć, że Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej została zaakceptowana przez Naród w referendum, które odbyło się 25.05.1997 roku. Za przyjęciem proponowanego tekstu Konstytucji opowiedziało się 6 396 641 obywateli. Dla porównania: na PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych zagłosowało 5 711 687 osób, a na Andrzeja Dudę w pierwszej turze swój głos oddało 5 179 092 osób.

Czy te 6 milionów, które poparło Konstytucję 18 lat temu było członkiem postkomunistycznych elit?

Przypominam, że w 1989r. odzyskaliśmy niepodległość w 35 procentach (tyle miejsc w parlamencie wynegocjowano dla zwykłych Polaków przy okrągłym stole). Wszelkie próby powiększenia tej puli wolności były z zarodku tłumione (1992, 2007) bądź eliminowane (2010).

To jest już ordynarne zakłamywanie historii. Oczywiście, 35 procent mandatów sejmu kontraktowego miało pochodzić z wolnych wyborów (co ważne, bo często spotykanym błędem jest twierdzenie, że te 35% mandatów miało z góry trafić dla opozycji), lecz po dwóch latach rozwiązał się. W 1991 odbyły się pierwsze po wojnie w pełni wolne wybory parlamentarne. Brednie o „tłumieniu prób powiększania puli wolności” są tak głupie i oderwane od rzeczywistości, że nie zasługują nawet na komentarz.

Autorzy tego typu artykułów, a także redaktorzy, którzy bez wahania pozwalają publikować takie bzdury w mediach, w żadnym wypadku nie są patriotami. Nie mieści mi się w głowie, by określać tak osoby, które fałszują historię, odmawiają rodakom prawa do nazywania się „narodem”, depczą po takich wartościach jak państwo prawne czy prawo do założenia rodziny. A już na pewno nie jest patriotą ten, kto po wygranych wyborach, głośno krzyczy „TERAZ KURWA MY”.

Szczerze powiedziawszy – boję się. Na razie wiemy, że większość sejmowa określająca się „patriotyczną” jest w stanie w dwa tygodnie rozmontować jedyną władzę zdolną kontrolować niekonstytucyjne zachowania pozostałych władz. Nie wiemy natomiast, co w przyszłości się stanie, jeśli pojawi się jakaś siła polityczna zdolna wygrać wybory, która wykorzysta słabość państwa do całkowitego rozmontowania systemu praw człowieka. Patrząc na preferencje polityczne młodego pokolenia – w niedalekiej przyszłości może do czegoś takiego dojść.

PiS z Dudą tylko przecierają im drogę.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze.

Andrzej Duda: „ułaskawienie nie jest uniewinnieniem”

Autor bloga Niższa forma człowieczeństwa znalazł na portalu wpolityce.pl pewien bardzo ciekawy artykuł. Zawiera on oświadczenie Andrzeja Dudy, który wypowiedział się na temat ataku medialnego na prezydenta Kaczyńskiego w związku z ułaskawieniem Adama S. Warto przypomnieć, że Duda był podsekretarzem stanu w Kancelarii Prezydenta nadzorującym Biuro Prawa i Ustroju oraz Biuro Obywatelstw i Prawa Łaski w okresie od jesieni 2008 do lipca 2010.

Sprawdźmy, co obecny prezydent miał do powiedzenia 4 lata temu:

W ułaskawieniach nie ma spraw prostych. Każde ułaskawienie może budzić kontrowersje, bo taka jest natura tej instytucji. Ułaskawia się osoby uznane przez sądy za winne. Ułaskawienie nie jest uniewinnieniem.

(…)

Trzeba też jeszcze raz przypomnieć, że akt łaski nie zmienia wyroku sądu i nie podważa winy skazanego, a z Kodeksu Postępowania Karnego wynika wprost, że skazany może zasługiwać na łaskę m.in. wtedy, gdy cieszy się nienaganną opinią środowiskową i gdy doszło do naprawienia szkody wyrządzonej przestępstwem.

Jak widać po ostatnich wydarzeniach, Andrzej Duda diametralnie zmienił poglądy na prawo łaski.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze, a „Niższa forma człowieczeństwa” na Facebooku, Twitterze i blogu.

Teraz rozprawimy się z Polakami

Polski internet znów szaleje. Po imigrantach, którzy rzekomo mieli spalić oborę zamieszkaną przez świnie (!), tym razem dowiadujemy się o przedstawicielu arabskiej mniejszości w małym miasteczku pod Detroit:

Źródło
Źródło

Oburzające, prawda? Szczególnie w kontekście poważnego konfliktu rozgrywającego się w miasteczku od czasów prezydentury Georga Busha juniora.

detroit_02

detroit_03

O prawdziwie bulwersujących słowach islamisty grożącemu miejscowej Polonii szybko zrobiło się głośno w polskim internecie.

Źródło
Źródło
Źródło
Źródło
Źródło
Źródło
Źródło
Źródło

Informację podały też znane i lubiane portale „Wirtualna Polonia”, Kresy.pl i pch24.pl.

Problem polega na tym, że owe straszne słowa nie padły. Ibrahim Aljahim nie powiedział „Today, we showed the Polish and everybody else” (co jakiś inteligent raczył przetłumaczyć na „teraz rozprawimy się z Polakami”), lecz „Today, we showed the Polish and everybody else that we are united” (czyli „dzisiaj pokazaliśmy Polakom i innym, że jesteśmy zjednoczeni”).

Tutaj można obejrzeć fragment kontrowersyjnego przemówienia:

Więcej pod linkiem. Informację podesłał autor bloga „Niższa forma człowieczeństwa„, którego z kolei dostał cynk od czytelnika.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze.

[EDIT]

Informacja dotarła już na niezalezna.pl:

detroit_08

I do poczekalni na demotywatory.pl (żeby było śmieszniej, w formie filmu zawierającego pełną wypowiedź Aljahima):

detroit_09