Tęczowa indoktrynacja

Zastanawiałem się przez chwilę, czy napisać o tym artykule na blogu (Marzena Nykiel, Tęczowa indoktrynacja, wSieci, nr 37/2014, strony 46-48, część artykułu dostępna na stronie wPolityce.pl). Przecież cała polska blogosfera i publicystyka urodziła wiele wartościowych tekstów o edukacji seksualnej, o inicjatywie STOP pedofilii, czy o domniemanym związku między męskim homoseksualizmem a pedofilią. Nie wiem, czy jestem w stanie napisać coś nowego i czy moje wynurzenia będą mogły jakoś przysłużyć się do obalania bzdur wypisywanych przez niepokornych (do których pani Nykiel przecież należy). Jednak spróbuję i podejmę się zdementowania fantazmatów (ostatnio ulubione słowo prawicowej publicystyki) wypisywanych przez autorkę.

Okazuje się, że nie ja jeden postanowiłem napisać coś na ten temat.  Trochę się mimo wszystko spóźniłem, bo pan Dzierżawski (pełnomocnik komitetu STOP pedofilii) powoływał się na artykuł z tygodnika Karnowskich w swoim sejmowym przemówieniu.

Warto najpierw wspomnieć kilka słów o autorce. Marzena Nykiel jest absolwentką Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (kierunki filozofia i dziennikarstwo) a także łódzkiej filmówki (kierunek produkcja filmowa). Publicystka związana z takimi mediami jak wSieci, wPolityce.pl, Głos Katolicki, a wcześniej także z Uważam Rze. Popełniła książkę zatytułowaną Pułapka gender, a film promujący tę pozycję można obejrzeć tutaj. W artykule we wSieci autorka najpierw atakuje minister Kluzik-Rostkowską za zablokowanie deklaracji wiary nauczyciela i krytykę akcji nadającej certyfikaty szkołom wolnym od gender. Następnie sama przechodzi do wygadywania bzdur na temat edukacji seksualnej (nawiasem mówiąc, okazuje się, że opisywane przez nią wydarzenia nie miały miejsca, ale o tym w dalszej części notki). Atakuje osoby stojące za Wolontariatem Równości i Queer, później łączy pojęcia homoseksualizmu z pedofilią, by na samym końcu wspomnieć o obywatelskiej inicjatywie STOP pedofilii, pod którą podpisało się 250 tysięcy osób.


Jeszcze kilka miesięcy temu Joanna Kluzik-Rostkowska nie chciała się wypowiadać na temat szkolnictwa, twierdząc, że się na nim nie zna.

Mocnymi słowami zaczyna swój artykuł pani Nykiel. Szkoda, że po godzinnym szukaniu w internecie nie znalazłem nic, co potwierdzałoby te słowa. Może nie umiem szukać? A może autorka dopowiedziała sobie, że Kluzik-Rostkowska nie zna się na edukacji? Bo nie ma dyplomu z pedagogiki? Pani Nykiel też nie ma dyplomu z pedagogiki. Oczywiście, jest lepiej wykształcona (bo ma więcej skończonych kierunków) niż obecna minister edukacji narodowej, a przecież o samej Kluzik-Rostkowskiej można spokojnie powiedzieć, że się na szkolnictwie nie zna. Abstrahując od tego wszystkiego, pani Nykiel sugeruje jednak, że jeszcze niedawno szefowa MEN sama przyznawała się do swojej ignorancji. Może ktoś będzie w stanie znaleźć takie wypowiedzi? Bo ja nie potrafię.

Szefowa resortu edukacji storpedowała więc raczkujący pomysł stworzenia deklaracji wiary dla nauczycieli. Katolików, którzy chcieliby się kierować sumieniem w procesie wychowawczym, pouczyła, czym grozi brak posłuszeństwa władzy.

W internecie krąży projekt deklaracji wiary nauczyciela. Początkowo chciałem z niego wypisać co ciekawsze fragmenty i je omówić, jednak zorientowałem się, że wrzuciłem cały tekst tego dziełka. Jeżeli ktoś jest zainteresowany zapoznaniem się z kwiatkami pokroju Boga-Prawdy, albowiem Jezus Pan powiedział o sobie, iż jest Prawdą największą Ego sum Veritas, to zapraszam do klikania w link i nabijania tej zacnej stronie wyświetleń.

Później jeszcze okazało się, że napisałem o owej deklaracji tyle, że starczyłoby na osobną notkę. Skoro więc pani Nykiel poświęca bardzo niewielki fragment swojego artykułu temu pomysłowi, to w moim wpisie polemizującym z tekstem z wSieci nie ma miejsca na gigantyczną dygresję, bo sam tekst jest już trochę tl;dr. Notka o deklaracji wiary nauczycieli będąca polemiką z samym projektem deklaracji dostępna jest tutaj.

Akcja [„Szkoła przyjazna rodzinie”] mająca na celu nadawanie certyfikatów szkołom wolnym od gender została natychmiast napiętnowana przez Kluzik-Rostkowską. Szefowa MEN nakazała mazowieckiemu kuratorium oświaty gruntownie prześwietlić sprawę.

Jaka szkoła ma szansę dostać certyfikat nadawany przez Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny? Ano taka szkoła, która organizuje warsztaty lub programy promujące rozwój osobisty i szanujący wartości i rolę rodziny. Ta sama szkoła ma obowiązek przeciwdziałać rozpowszechnianiu wśród uczniów wiedzy o możliwości wystąpienia różnicy między płcią społeczną lub kulturową, a płcią biologiczną. Powinna zapobiegać przekazywaniu dzieciom informacji skłaniających ich do przedwczesnej inicjacji seksualnej, a także nie dopuszczać do pomniejszania znaczenia rodziny i autorytetów. Innymi słowy, taka szkoła ma stanąć na pierwszym froncie walki z morderczą ideologią gender. Czyli uczyć, że homoseksualizm to choroba, transseksualiści to niebezpieczni dla otoczenia zboczeńcy, a spełnieniem marzeń każdej kobiety jest urodzenie i wychowywanie dziecka. Wydaje mi się, że o to chodziło twórcom tej oddolnej inicjatywy.

Dyrektor jednego z liceów alarmowała, że uczniowie nie mieli możliwości zrezygnowania z udziału w zajęciach [równościowych; warsztatach genderowych – określenia padające w tekście, przypis autora], a rodzice nie zostali o nich powiadomieni. Warsztaty genderowe odbywały się przy okazji ursynowskiego Tygodnia Równości, który burmistrz Guział rozpoczął wciągnięciem tęczowej flagi na maszt przed ratuszem Ursynowa.

Mówią, że w internecie jest wszystko. Jest też i źródło informacji o alarmie pani dyrektor (ten sam tekst znalazłem jeszcze na stronach prawy.pl i naszapolska.weebly.com). Nic więcej nie byłem w stanie znaleźć na temat tej wypowiedzi. Serio. Fronda, pch24 i inne chrześcijańsko-prawicowe portale piszą jedynie o skandalicznym wciąganiu gejowskiej flagi na maszt przed ratuszem na Ursynowie. Co jest dziwne, bo genderowe warsztaty i seksualizacja dzieci to przykłady ich ulubionych tematów. W kwestii wypowiedzi pani dyrektor na temat owych zajęć, musimy zawierzyć autorowi tego artykułu ukrywającemu się pod inicjałami BR. Ciężko jednak obronić twierdzenie, że dyrektor alarmowała, skoro robiła to anonimowo (na Ursynowie jest kilka liceów i ciężko zidentyfikować o które chodzi) i jej alarm opublikowany został tylko w trzech miejscach w internecie, a dodatkowo jest ukryty w długim tekście poświęconym w całości gejowskiej propagandzie.

Żeby rozwiać wątpliwości, wysłałem e-maila do sekretariatów publicznych liceów z Ursynowa (licea L. Kossutha, A. Kamińskiego i H. Modrzejewksiej). Zapytałem się, czy mogą potwierdzić, że dyrektor danej placówki jest autorem słów o tym, że uczniowie nie mogli opuścić warsztatów edukacyjnych oferowanych przez Wolontariat Równości. Gdy tylko dostanę odpowiedź, oczywiście opublikuję ją na blogu.

[Edit] Mija tydzień od wysłania e-maili i dalej nie otrzymałem odpowiedzi. Prawdopodobnie już ich nie dostanę.

Czym jest Tydzień Równości? To lokalna inicjatywa burmistrza Ursynowa mająca na celu uwrażliwienie mieszkańców na los wykluczonych społecznie członków różnych mniejszości. W 2014 roku zajęto się niepełnosprawnością, biedą i wykluczeniem ekonomicznym, wykluczeniem cyfrowym osób starszych, podejściem Polaków do narodów zza naszej wschodniej granicy i społecznością LGBT. Każdemu z tych tematów poświęcony był inny dzień.

Co więcej, okazuje się, że Fundacja Wolontariat Równości nie prowadziła w szkołach wspomnianych warsztatów genderowych, lecz organizowała zajęcia na temat wykluczenia ze względu na status materialny. Żaden z opisywanych przez panią Nykiel w dalszej części artykułu mężczyzn nie prowadził warsztatów, ponieważ żaden z nich nie ma do tego uprawnień. Fundacja zatrudniała trenerów i trenerki z certyfikatami (linkuję jeszcze raz artykuł z natemat.pl, bo w nim znajdują się wypowiedzi przedstawicieli fundacji).

Skoro jednak minister Kluzik-Rostkowska zobowiązuje teraz samorządy do nadzwyczajnej kontroli szkół, władze powinny wziąć pod lupę organizacje pozarządowe, aspirujące do roli edukatorów. Skoro nauczyciel nie może się kierować w nauczaniu wartościami, którymi żyje i które uważa za dobre w rozwoju osobowym oraz intelektualnym ucznia, tym bardziej nie powinni się nim kierować homoseksualiści i transwestyci prowadzący zajęcia z równości.

Pytanie tylko, czy ktoś zabrania nauczycielom kierowania się własnymi wartościami w uczeniu młodych? Bo wydawało mi się, że nie Kluzik-Rostkowska. Każdy nauczyciel ma prawo działać w pracy zgodnie ze swoim sumieniem, o ile nie łamie postanowień Karty Nauczyciela i Ustawy o systemie oświaty. Czyli równie dobrze może stosować środki proponowane przez psychologów humanistycznych, może też tresować dzieciaki w zgodzie z narzędziami, których dostarcza pedagogom psychologia behawioralna.

A oczywiście jedynym celem homoseksualistów i transwestytów jest seksualizacja dzieci i nakłanianie ich do korzystania z przemysłu pornograficznego. No i przecież powszechnie wiadomo, że wszyscy geje to pedofile. Ale o tym pani Nykiel jeszcze napisze w dalszej części swojego artykułu.

Dziś [Szymon] Niemiec „wyświęca” nowych duchownych, jeździ z rekolekcjami, odprawia „msze święte” i głosi kazania o Bożej miłości, która uszczęśliwia związki homoseksualne. Udawanie postępowych katolików w tęczowych stułach, które od biedy sprawdza się w rozwodnionej przestrzeni wiary za oceanem, w Polsce jest na szczęście jedynie marginalną przestrzenią aktywistów. Biorąc jednak na poważnie doniesienia o 200 tys. dolarów dotacji na promocję środowisk LGBT podczas Światowych Dni Młodzieży, można się spodziewać nagłej manifestacji wiary wśród homoseksualistów.

Znam osobiście kilka osób orientacji homoseksualnej, które są praktykującymi katolikami. Znam jeszcze więcej osób z tego środowiska, które do niedawna identyfikowały się z kościołem, lecz z różnych powodów już tego nie robią. Jako że moi znajomi nie są grupą reprezentatywną, wspomnę o istnieniu takiej grupy jak Wiara i Tęcza. Ale oczywiście polski internet krzyczy, że te 200 tysięcy dolarów, o których wspomina pani Nykiel, to pieniądze przeznaczone na rozbicie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie.

No i jak ma się pogardliwe pisanie o innych wyznaniach do ekumenicznej nauki Jana Pawła II?

Sekretarzem zarządu fundacji [Wolontariat Równości] jest transseksualista Mariusz Drozdrowski, występujący w mediach i gejowskich happeningach jako „Jej Perfekcyjność” (…) Idąc w ślady uduchowienia Szymona Niemca, postarał się nawet o Stypendium im. Jana Pawła II, które przyznało mu działające przy warszawskim Ratuszu Centrum Myśli Jana Pawła II. Wyróżnienie to otrzymał „za działalność społeczną, naukową, promocję myśli Jana Pawła II”. Wygląda na to, że według Hanny Gronkiewicz-Waltz promocja myśli papieża miała miejsce na Paradach Równości albo na Marszu Szmat, które współorganizował „Jej Perfekcyjność” Drozdowicz. Być może przybijała się w wypowiedziach o tzw. pozytywnej pedofilii, od których autor blogów próbuje się teraz odciąć.

Popatrzmy na postulaty Parady Równości: żądanie wprowadzenia państwowej polityki antydyskryminacyjnej dotyczącej wszystkich mniejszości, wprowadzenia uregulowań prawnych dla osób transpłciowych, wprowadzenie regulacji prawnych chroniących przed mową nienawiści i przestępstw motywowanych nienawiścią wobec osób LGBTQ i kilka innych postulatów, których realizacja poprawiłaby znacząco sytuację osób należących do różnego rodzaju mniejszości.

Marsz szmat? Proszę, cytat za wikipedią: [protest] przeciwko uzasadnianiu lub usprawiedliwianiu zgwałceń w oparciu o wygląd zgwałconych kobiet.

Jak rozumiem, oba te marsze stanowią zagrożenie dla Kościoła, cywilizacji życia, tradycyjnego modelu rodziny i wszystkich heteroseksualnych mężczyzn, którzy zaczną być zachęcani do gwałtownego współżycia przez wyzywająco ubrane kobiety? Oczywiście, Jan Paweł II nie był przychylny postulatom ruchów dążących do egzekwowania praw osób homoseksualnych. To sprawia, że jestem w stanie zrozumieć oburzenie autorki na przyznanie takiej nagrody osobie odpowiedzialnej za organizację parady, której celem jest stworzenie ram prawnych pozwalających egzekwować te prawa.

Co do Jej Perfekcyjności – rzeczywiście na jej blogu pojawiło się kiedyś stwierdzenie o tym, że jest ona pedofilem. Podobnie jak stwierdzenie, że królowa Elżbieta II odwiedziła ją w mieszkaniu. Zresztą Drozdowski sam usprawiedliwia się tutaj i tutaj.

Organizatorzy [Parady Równości] do dziś chwalą się honorowymi gośćmi, których ściągnęli na tęczowe manifestacje. Wymieniają m.in. Volkera Becka, przewodniczącego partii Zielonych w Bundestagu. Nie wspominają jednak o jego aktywnej działalności na rzecz legalizacji pedofilii, jaką prowadził w latach 80.

Prawica też ma swoich wielkich bohaterów – na przykład profesora Chazana, słynnego abortera, który myśli o dzieciach, którym odebrał prawo do narodzin (innymi słowy je wyskrobał). Wiem, argument pokroju a w USA biją murzynów. Autorka jednak dokonuje rzeczy bardzo perfidnej, bo łączy dwa różne zjawiska – pedofilię i męski homoseksualizm. Sylwester prowadzący blog Pochodne kofeiny popełnił jakiś czas temu notkę, której przeczytanie polecam każdemu, kto nie wie, czym różnią się te dwa pojęcia (przepraszam, że znowu powołuję się na tego bloga, ale naprawdę jest on kopalnią świetnych i wartościowych tekstów na tematy związane z toczącą się w Polsce wojną światopoglądową).

Według zaleceń WHO „prawa seksualne stanowią fundamentalne i uniwersalne prawa człowieka”. Jedynym ograniczeniem jest zadawanie gwałtu drugiej osobie. Wśród 11 praw WHO wymienia „prawo do wyczerpującej edukacji seksualnej, która jest procesem trwającym od momentu narodzin przez całe życie”. Podkreśla, że w jego realizację „powinny być zaangażowane wszystkie instytucje społeczne”.

Czyżby MEN zostało już przekonane przez lobbystów LGBT do obrania nowego kursu na tęczową Europę? Wygląda na to, że nikt nie zadał sobie trudu dotarcia do przyczyn i uświadomienia skutków useksualniania dzieci.

Doprawdy nie wiem, w jakiej rzeczywistości żyje pani Nykiel, bo chyba nie jest to ta sama, w której znajduje się moja osoba. Otóż w mojej rzeczywistości istnieje coś takiego jak internet wyposażony w wyszukiwarkę, dzięki której każdy jest w stanie znaleźć terabajty materiałów pornograficznych. Czy autorka wyobraża sobie, że taka wyszukiwarka jak google prosi o skan dowodu osobistego w celu potwierdzenia pełnoletności przy wpisaniu hasła seks? W jaki sposób pani Nykiel chce chronić dzieci przed czerpaniem z pornografii wiedzy o życiu intymnym? Chce założyć blokadę rodzicielską na domowy komputer? Pani Nykiel sądzi, że to wystarczy? Że dziecko nie potrafi obejść tej blokady albo nie pójdzie gdzieś, gdzie dostęp do materiałów dla dorosłych jest nieograniczony? Od kiedy metodą edukacji jest milczenie na niewygodny temat?

W dzisiejszych czasach nikt nie musi dzieci seksualizować. Dorośli mogą jedynie dostarczać rzetelnej wiedzy na temat życia intymnego. Po to, by uniknąć niechcianej ciąży w wieku trzynastu lat, po to by uniknąć chorób wenerycznych w wieku lat dwunastu, po to, by dzieciak mający jedenaście lat wiedział, że wieczorne pieszczoty siusiaka z tatusiem czy z mamusią to wykorzystywanie seksualne.

Zainteresowanych większą ilością informacji na temat edukacji seksualnej odsyłam na stronę Grupy Edukatorów Seksualnych Ponton.

Rząd wykonuje posłusznie odgórne polecenia unijnego establishmentu. Pod obywatelską inicjatywą „STOP pedofilii” podpisało się 250 tys. osób. Żądają gwarancji, że dzieci nie będą poddawane seksualnej indoktrynacji w szkołach. 11 września projekt ten zostanie przedstawiony w Sejmie. Jaka będzie reakcja rządu? Czas na ruch pt. „sprawdzam”. Następna jest karta wyborcza.

I wszystko staje się jasne. Trzeba było odgrzać panikę przed edukatorami seksualnymi przed głosowaniem w sprawie zakazu seksualizacji dzieci w szkołach. Całe szczęście nie udało się przepchnąć projektu ustawy.

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, możesz polubić fanpage tego bloga na facebooku.

Reklamy

IPN na genderowym szlaku

Stało się. Jak alarmuje Do Rzeczy (Sławomir Cenckiewicz, IPN na genderowym szlaku, Do Rzeczy, nr 35/2014, strony 50-53, częściowo dostępny także na blogu autora) Instytut Pamięci Narodowej opętany został przez demona genderyzmu, co w perspektywie zaowocuje końcem nauk historycznych, jakie dzisiaj znamy. Na naszych oczach (według autora oczywiście) dokonuje się ostateczny upadek tej instytucji, której jedynym celem jak do tej pory było propagowanie prawdziwego obrazu historii narodu umęczonego (znów w mniemaniu publicysty).

Artykuł można potraktować jako manifest wzywający do walki o dusze prawdziwych Polaków w obliczu lewackiej ofensywy na historię. I oczywiście zgodnie z narracją mediów niemainstreamowych, niepokornych, ta walka jest z góry skazana na niepowodzenie, dopóki istnieją takie media jak TVN, Gazeta Wyborcza czy Polityka, które służą nieustannemu lemingizowaniu nieskończonych rzesz biednych, niczego nieświadomych duszyczek zdolnych tylko do przyswajania nieprawdziwej papki informacyjnej.

Dlaczego pan Cenckiewicz podnosi larum? Ano, jak wieść gminna niesie, instytut wydał dwie książki z zakresu gender studies (Kłopoty z seksem w PRL i Płeć buntu). Są one z oczywistych względów realnym zagrożeniem dla prawidłowego funkcjonowania narodu, a dalsze publikacje w tym nurcie należy zablokować, żeby nie przegrać bitwy o pamięć i sens polskości. Według autora, gender to dużo poważniejsze zagrożenie niż prowadzona na prawicy debata o ocenie powstania warszawskiego. Wzywa więc do monitorowania kolejnych publikacji IPN. Bo przecież pojawią się kolejne, a dwie dotychczasowe książki o aborcji, gejach i kobietach to stanowczo za dużo (zgodnie ze słowami autora o promocji homoseksualizmu, aborcji i walce z rzekomą opresją Kościoła katolickiego).

Większość swojego tekstu pan Cenckiewicz poświęca krytyce tych dwóch pozycji, przyjrzyjmy się więc, co ma o nich do powiedzenia. Kłopoty z seksem PRL pod redakcją profesora Marcina Kuli składają się z czterech esejów, które autor kolejno omawia.

Oto jej pomysłodawca i opiekun naukowy autorów – Marcin Kula, od lat relatywizujący komunistyczny totalitaryzm i psujący jakość polskiej historii wynurzeniami o drugorzędności faktów oraz bezsensowności wycierania spodni w archiwach – sugestywnie oznajmił we wstępie, że walka o przyrost naturalny (a w domyśle: obrona życia dzieci nienarodzonych) i nieakceptowanie homoseksualizmu są cechami charakterystycznymi zamordystycznych totalistów spod znaku Hitlera, Ceaușescu i Czerwonych Khmerów! Patrząc z tak zakłamanej perspektywy, październikowa zmiana roku 1956 r., wprowadzenie aborcji na życzenie i kilkunastoletnia era rządów Gomułki jawią się Kuli tyleż postępowo, co demokratycznie, pragmatycznie i wręcz modernizująco.

Nie znam całego dorobku profesora Kuli, zgaduję więc, że owo relatywizowanie odnosi się do prostego rozróżnienia między totalitarnym okresem rządów Bieruta i latami późniejszymi, kiedy mieliśmy do czynienia z państwem autorytarnym. Chyba że rozmawiamy w kategoriach czarno-białych (które prawicowi publicyści tak lubią), to rzeczywiście, po śmierci Stalina i XX Zjeździe KPZR nic się nie zmieniło, bo nie udało się obalić władzy komunistów i przejąć po nich sterów. Czy takie podejście to wspomniana relatywizacja komunistycznego totalitaryzmu?

Co do charakterystycznych cech totalitarystów, panu Cenckiewiczowi polecałbym zapoznanie się z historią prześladowań osób LGBT w przytoczonych państwach. Skrótowo tylko przypomnę, że zamykani w obozach koncentracyjnych niemieccy homoseksualiści nie byli z nich wypuszczani razem z innymi więźniami, ponieważ według władz amerykańskich i radzieckich znaleźli się tam jako przestępcy skazani na podstawie paragrafu 175 niemieckiego kodeksu karnego:

Przeciwny naturze nierząd, do którego dochodzi pomiędzy osobami płci męskiej albo między człowiekiem i zwierzęciem, jest karany więzieniem, z możliwością utraty praw obywatelskich.

– Paragraf 175 Kodeksu Karnego Rzeszy Niemieckiej w pierwotnym brzmieniu.

Zniesiono go po obu stronach żelaznej kurtyny dopiero w latach 60 (najpierw w NRD, dwa lata później w RFN). Karanie kontaktów homoseksualnych i zamykanie gejów w obozach zagłady przez reżim totalitarny to nie jest prześladowanie? Czy może według autora miejsce homoseksualistów i innych dziwaków jest w takim ośrodku? Idąc za tą myślą, zwykła penalizacja aktów homoseksualnych, czy też zmuszanie do zawierania ślubów z osobami tej samej płci to muszą być przejawy troski państwa o swoich obywateli!

Później genderowa nowomowa, w której nie ma miejsca na metafizykę i przypominanie troski Kościoła o zbawienie dusz abortowanych dzieci pozbawionych chrztu świętego, przypomina język marksistów.

To z kolei komentarz do eseju Aleksandry Czajkowskiej o ustawie aborcyjnej z 1956 roku. Akurat ten fragment mnie szczerze rozbawił, bo autor naprawdę zdaje się wierzyć w bzdury propagowane przez tzw. ruch pro-life. Dla chętnych polecam ten lub ten link. Już pomijając spór moralny między zwolennikami egzekucji praw kobiet a zwolennikami domniemanych praw nienarodzonych istot mających potencjał stać się ludźmi, zakazywanie jako metoda na walkę z niechcianymi zjawiskami jest wysoce nieefektywna. Pierwsze z brzegu przykłady przerobione już przez popkulturę to nielegalna dystrybucja alkoholu w czasach prohibicji w USA, która pozwoliła zbudować mafijne fortuny, a także wojny między kartelami narkotykowymi w Meksyku, które doprowadziły do śmierci tysięcy cywilów i żołnierzy. Podziemie aborcyjne istnieje i istnieć będzie, nieważne jak bardzo Terlikowski z Chazanem będą zaklinać rzeczywistość. Kobiety decydujące się na aborcję zmuszane są do szukania nielegalnych klinik, odzierane są z godności i pozbawiane podstawowych praw obywatelskich. A to wszystko w imię wątpliwych dogmatów religijnych.

Agata Fiedotow […] daje popis swojego teologicznego przygotowania. Nie znajdując (a raczej nie znając) podstaw doktrynalnych do potępienia praktyk homoseksualnych przez Kościół, obwieszcza zdecydowanie, jak przystało na nowy typ historyka z IPN, że przecież „żadna z Ewangelii nie podejmowała wprost kwestii homoseksualizmu, pojawiła się ona w Listach Apostolskich, gdzie »mężczyźni współżyjący z mężczyznami« wymieniani byli pośród innych grzeszników, którzy nie trafią do Królestwa Bożego”.

Czy chodzi o zdanie nie potępiamy grzesznika (osoby o skłonnościach homoseksualnych), ale grzech (sam akt współżycia z osobą tej samej płci)? Ten prosty sofizmat będący usprawiedliwieniem dla kościelnej homofobii jest wyjątkowo perfidny, bo przecież ta instytucja nie potępia homoseksualistów, o ile żyją w celibacie i nie nawiązują normalnych relacji romantycznych. Innymi słowy – pójdziesz do nieba jeśli powstrzymasz się od miłości w życiu doczesnym. Możesz na przykład oddać się służbie społecznej i zostać księdzem (chyba że akurat papież zabroni przyjmować mężczyzn o orientacji homoseksualnej do seminariów, wtedy pozostaje ci pustelnia).

Autor nie podaje wprost wspomnianych przez siebie podstaw doktrynalnych do potępienia praktyk homoseksualnych przez Kościół. Przyznam się, że nie jestem biegły w teologii katolickiej. Może któryś z czytelników będzie w stanie mi wskazać, gdzie znajdę uzasadnienie głównego powodu, dla którego niebo jest przede mną zamknięte?

W ten sposób Kościół katolicki, w oparciu o wątpliwe stanowisko odosobnionego w homofobii św. Pawła, dawał niejako przyzwolenie na działania milicji i bezpieki tropiących, rejestrujących i goniących homoseksualistów w PRL, stwarzając klimat szczelnej opresji.

Chwila, pogubiłem się. Autor nie zgadza się z tym twierdzeniem? Przecież w latach osiemdziesiątych, w trakcie trwania akcji Hiacynt, na czele kościoła katolickiego stał Jan Paweł II, który do zwolenników egzekucji praw osób homoseksualnych nie należał. Do dzisiaj kościół nie zmienił zdania na ten temat (niech za przykład posłuży ksiądz Dariusz Oko, ostatnimi czasy najczęściej wypowiadający się o homoseksualistach przedstawiciel tej instytucji). Dodatkowo związki wyznaniowe w różnych państwach legitymizują prawo otwarcie dyskryminujące homoseksualistów (w Ugandzie ustawa surowo penalizująca kontakty homoseksualne, w Rosji ustawa zakazująca propagowania homoseksualizmu wśród nieletnich – cokolwiek to znaczy). A przecież polskiej prawicy też marzy się ustawa na wzór tej putinowskiej.

Wracając jednak do pana Cenckiewicza – nie mogę zrozumieć dlaczego w zasadzie odmawia on prawa do badań nad wspomnianą już akcją Hiacynt tym, którzy chcą ją badać? Geje (jako podludzie oczywiście) nie mają prawa do poszerzania wiedzy o przeszłości swojej społeczności? Zorganizowana akcja milicji polegająca na gromadzeniu danych osobowych pod pretekstem przeciwdziałania epidemii AIDS była łamaniem praw człowieka i chyba jako taka podpada pod zapisy ustawy o IPN mówiącej, że instytut ma zajmować się rozliczeniem działań władzy komunistycznej wymierzonych przeciwko narodowi polskiemu. No chyba że autor autorytarnie pozbawia osób orientacji homoseksualnej obywatelstwa polskiego. Być może geje i lesbijki (czyli działacze światowego homolobby) zostali zrzuceni w Polsce z pokładów amerykańskich samolotów, zupełnie jak stonka ziemniaczana, albo z radzieckich, jak grupa inicjatywna.
Na koniec powiem tylko, że taka baza danych była doskonałym źródłem dla władz, które chciałyby rozpocząć akcję przeciwko całej społeczności lub jej pojedynczym członkom. W rękach rządzących znajdowało się idealne narzędzie szantażu mogące wyeliminować z polityki osoby o skłonnościach homoseksualnych, którzy nie chcieli się ujawnić. No i można zwrócić uwagę, że w roku 2000 powstał projekt zmiany ustawy o policji, pozwalający tworzyć swego rodzaju rejestr homoseksualistów (strona 8, punkt 4). Na szczęście projekt ten został odrzucony już w pierwszym czytaniu.

Półeczka w bibliteczce „gender studies by IPN” ma już dwie pozycje, ale niestety mają być następne.

No ja mam nadzieję, że będą.

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, możesz polubić fanpage tego bloga na facebooku.