Dżuma w mieście Wrocław

W listach do redakcji pytacie, czy w Polsce dzisiaj jest tak źle jak w hitlerowskich Niemczech. Odpowiem słowami Waltera Tauska, mieszkającego w przedwojennym Breslau pisarza i przedsiębiorcy o korzeniach żydowskich, który zginął w 1941 roku. Jego pamiętniki zostały opublikowane w Polsce pod tytułem „Dżuma w mieście Breslau”, pierwszy raz w 1973 roku.

Wybrałem kilka fragmentów z samych początków władzy totalitarnej. Po więcej zapraszam do książki, w której zawarte są m. in. relacje z nocy kryształowej we Wrocławiu.

24 listopada 1925

Świat, w którym obecnie żyjemy, podupadł wprost beznadziejnie. Mówiło się zawsze, że będzie jeszcze gorzej, ale nikt nie spodziewał się, iż dojdzie do tak kiepskiej sytuacji. Mimo to wielu nadal jeszcze radośnie podskakuje. Jakimi durniami politycznymi są Niemcy, widać było choćby na przykładzie minionego święta umarłych we Wrocławiu. Ofiary wojny uczczono na czterech oddzielnych zgromadzeniach masowych! A wszystkie miały oblicze i wydźwięk swojej partii. Nawoływano oczywiście znowu do rewanżu i w salach ryczano pieśni wojenne, a czarne klechy, znowu to błogosławili – dokładnie jak w latach 1914-1918. A więc: Niemiec niczego nie zapomniał i niczego się nie nauczył! Zamiast wreszcie nie roztrząsać fatalnej wojny i zapewnić sobie przyzwoite miejsce w koncercie narodów, stara się nadal oto, żeby Niemiec pozostał mącicielem pokoju.

Sobota, 30 maja 1931

Lata człowiek po mieście przy 30 stopniach spiekoty w cieniu (i to pod wieczór)! U „Wertheima” oraz w hali wre robota – szczególnie, że od przedwczoraj odbywa się we Wrocławiu „XII Zjazd Żołnierzy Frontowych” (Stahlhelmu), o którym nie piszę, bo jest on wskroś antyrepublikański i ze związkiem starych żołnierzy nie ma nic wspólnego. Jest to po prostu ochotnicza armia, absolutną większość członków stanowią ci, którzy nie byli na wojnie (nawet nie mają do tego odpowiedniego wieku), natomiast ich wyposażenie jest całkowicie frontowe – z wyjątkiem broni. Ta indiańska banda mimo wrzasków o pokoju pragnie jego odwrotności!

Niedziela wieczór, 31 maja 1931

Przy tak pięknej pogodzie nie można przecież przez cały dzień siedzieć w domu i na zapas spać. Wyszedłem na ulicę skazany jak niegdyś w Lipsku na szwendanie się po mieście. Około godziny 6 trafiłem w sam środek zgrupowania Stahlhelmu, który właśnie gotował się do odmarszu na kwatery po wielkiej paradzie wojskowej na Osobowicach. Do Wrocławia zjechało się podobno 150 tys. członków Stahlhelmu. Wszyscy gotowi do wyruszenia w pole, tyle że bez broni. Ale wielu z hełmami, maskami gazowymi, ładownicami, pochwami na bagnety oraz saperkami!!!

Trzy czwarte tych ludzi wcale nie jest z roczników wojennych, lecz w wieku 15-29 lat. Są to dobrowolni rekruci ochotniczej, niemiecko-narodowej armii, którą oblicza się na około miliona ludzi. Owa armia pragnie wojny z Polską. Manifestacja wrocławska była nastawiona na propagandę „wojny narodowej z Polską o granicę wschodnią”!

Ci sami ludzie są jednak też przygotowani, by przy sympatii większej części społeczeństwa i widzów, tworzących szpalery, na ulicach, rozprawić się z własnymi ziomkami: republikanami, a zwłaszcza z komunistami. Czekają tylko na to! Prawie w tym samym czasie milion byłych uczestników walk na froncie francuskim wypowiedziało się zdecydowanie za utrzymaniem pokoju!

Ergo: niemiecki nacjonalista prowadzi systematycznie propagandę wojenną i przygotowania wojenne. I znowu – jak w roku 1914 – rozpęta pewnego dnia nową wojnę, w której ponownie otrzyma baty. Może nawet jeszcze większe! W jednym z moich powojennych dzienników napisałem: „Pewnego dnia naród niemiecki znowu rozpocznie marsz”. Ale na razie maszeruje tylko reakcja! Rozpoczęła ona ten marsz w interesie tych samych ludzi, dla których podczas ostatniej wojny lud niemiecki się wykrwawił: dla dynastii Hohenzollernów, których przedstawiciel, książę Wilhelm z Oleśnicy, brał oczywiście udział w demonstracji! Konserwatyści przyjmowali go wprost euforycznie!

Miałem sposobność stwierdzić, że wrocławscy robotnicy i bezrobotni po prostu kipieli ze złości. Dlatego też nastąpiły tu liczne krwawe starcia. Nocami komuniści strzelali nawet do oddziałów Stahlhelmu. Młodzi bojowcy tej organizacji zachowywali się we Wrocławiu jak we wrogim kraju i aż do odjazdu wałęsali się po ulicach bezprawnie obnosząc mundury, które myśmy nosili. Najpierw powinni na nie zasłużyć na wojnie!

Wczoraj dałem porządnie po nosie zarozumiałemu konserwatyście w wieku około 50 lat, który na ulicy głośno opowiadał się za nową wojną i za gotową na wszystko armią.

4 luty 1933

O wprowadzaniu rządów hitlerowskich. Niemcy moim zdaniem już nie mają „ponadpartyjnego rządu”, lecz prawdziwie absolutystyczny, na który składają się: styl rządzenia von Papen, program partyjny Adolfa Hitlera oraz nienawiść kół konserwatywnych i nazistowskich do wszystkiego, co nie do nich należy. W Niemczech władza aktualnie nie rządzi – władza tylko się mści i do tego używa całego aparatu państwowego. Doszło już do tego, że dymisjonuje się doświadczonych, wyśmienitych urzędników, na których miejsce kieruje się hitlerowców o przestępczej przeszłości i fatalnej opinii. Tak więc odpowiedzialne stanowisko prezydenta policji w Berlinie ma otrzymać hrabia Helldorf, który stracił cały majątek, zupełnie podupadł, został hitlerowcem z finansowych względów. Ale i tam nie zachował się fair i zasłynął w ubiegłym roku z napadów na Żydów na Kurfürstendamm. On wówczas ten hałas organizował i nim dyrygował, a potem utrzymywał, że nie miał o tym pojęcia. Sąd go uwolnił.

Także i Reichswehra jest na najlepszej drodze do upolitycznienia. Potem przyjdzie kolej na policję.

10 luty 1933

Notuje się pierwsze reakcje wobec nowego gabinetu. „Żelazny Front” umieścił wczoraj we Wrocławiu na wszystkich słupach ogłoszeniowych wielkie, czerwone plakaty (które jeszcze do tej pory nie zostały zalepione). Domagają się od hitlerowców realizacji wszystkich socjalnych i politycznych obietnic, których część miała być spełniona „w ciągu dwunastu godzin od przejęcia władzy”. Gęste tłumy ludzi stoją wokół słupów i śmieją się. SA i SS (ale przede wszystkim SA) szaleją w Niemczech, a szczególnie na Śląsku, okrutniej niżeli hordy z czasów wojny trzydziestoletniej. Przy użyciu łańcuchów, pejczów, stalowych prętów, kijów, rewolwerów, pasów i jeszcze innego „oręża duchowego” maltretuje się ludność na wsiach, w małych miasteczkach, na przedmieściach oraz w dzielnicach robotniczych. Przy okazji obrywają też „cywilni” zwolennicy hitleryzmu. I mimo wszystkie zarządzenia nadal nie zabrania się tej gwardii działać. To niemal cud, gdy ktoś Gruppenführera albo innego bohaterskiego oficera SA zaprowadzi osobiście na posterunek i zaskarży. Na Śląsku prowadzi bandytów do szturmu sam Gruppenführer Heines. Od kilku dni ta hołota kwestuje na ulicach na SA. Głupkowate niemieckie kołtuństwo daje.

Naśladując Mussoliniego i zabezpieczając swoją pozycję Hitler pragnie, żeby SA do 5 marca 1933 osiągnęła 800 tys. członków, aby była umundurowana i gotowa do akcji. We Wrocławiu rozwieszono już plakaty wzywające do „mobilizacji SA” oraz werbujące do „Standarte nr 11”.. Naród stoi przed nimi, gapi się niemądrze, przygląda sobie nawzajem i spokojnie aprobuje tworzenie partyjnej armii. Zaś odpowiednie organy władzy milczą, gdyż Hitler czarami skłonił je do milczenia i ponieważ jego kumple częściowo już siedzą na rożnych szczeblach tej władzy.

24 luty 1933

Począwszy od dnia 13 lutego każdego dnia punktualnie o godzinie 8.30 hitlerowcy zajmują miejsca na eksponowanych skrzyżowaniach i placach Wrocławia. Zaopatrzeni w duże flagi, plansze, a zwłaszcza w skarbonki, agitują hałaśliwie do późnych godzin wieczornych i zbierają pieniądze na fundusz wyborczy. Żadna inna partia tego nie robi. A kołtuństwo płaci. Jakaż przeto uboga musi być ta partia pyskaczy.

Jeżeli ma się odbyć pogrzeb komunisty zabitego przez SA, to każda demonstracja przeciw mordercom, każda czerwona wstęga itp. jest zabroniona. Jeżeli zaś mają pochować obszarpańca hitlerowskiego, który poniósł śmierć w „wojnie domowej”, to robi się z tego prawdziwy teatr na koszt państwa oraz wprawia w ruch żądną krwi propagandę przeciw marksizmowi.

Wieczorem 3 marca 1933

Po dwóch latach przerwy kupiłem sobie znowu trochę tytoniu fajkowego – paczkę prawdziwego tureckiego za 30 fenigów. Są to wprawdzie odpady, ale jednak czysty tytoń, który łagodnie i znakomicie pachnie. Siedzę teraz przy maszynie i powoli pykam. Zupełnie jak podczas wojny, kiedy prowadziłem dziennik. Obecnie notuję co nieco o „drugiej niemieckiej rewolucji”, czyli o kontrrewolucji wobec 9 listopada 1918 r., którą już wtedy się widziało. Cywilny stan wyjątkowy ograniczył nam wolność wypowiedzi i prasy oraz narzucił cenzurę listów, telefonów i telegramów. Cała prasa KPD została zakazana na okres 6 tygodni, a prasa SPD na okres 4 tygodni. W wydawanych jeszcze gazetach nie ma prawie wcale przedruków z pism zagranicznych. We Wrocławiu już nie można dostać zagranicznych gazet. Prasa jeszcze się ukazująca nie może pisać prawdy. I dlatego tzw. prasa rządowa ma wszelkie możliwości otumaniania społeczeństwa niesamowitymi bajeczkami. Tak więc opowiada się o berlińskim Domu Karola Liebknechta – który jest teraz zamknięty i nad którym powiewa hitlerowska flaga – że odkryto w nim katakumby i różne wyrafinowane zabezpieczenia.

We Wrocławiu naziści robią wiele „circenses”, lecz żadnego „panem”. Co dzień i co wieczór czynią wrzask, hałas i szum – zbiórki, marsze z pochodniami, wiece. Radio jest tym ludziom całkowicie zaprzedane. Wszędzie flagi, uroczyste ogniska na wierzchołkach gór i temu podobne czarowanie, mamienie i kaptowanie tłumów. Natomiast KPD, SAP i SPD zabrania się jakiejkolwiek działalności – nie wolno im nawet wywieszać sztandaru czarno-czerwono-złotego. Barwami Rzeszy są znowu czerń, biel, czerwień. W całym kraju gorliwie węszy się za składami broni i amunicji KPD, SAP, SPD i ciągle odkrywa się rzekomo takie składy (przeważnie zawsze w katakumbach). Natomiast nie słyszy się zupełnie o znajdowaniu składów broni SA, SS i Stahlhelmu; co jest tym bardziej dziwne, że np. w dzisiejszym Wrocławiu widzi się całe pochody członków SA z hełmami na głowach. Są to stare hełmy z wojny, na których z przodu namalowano białe swastyki. Osłaniają one zdecydowanie bydlęce gęby, z których wyziera jedynie chętka do bijatyki. Inne oddziały są wyposażone (do broni włącznie) na wymarsz w pole. Jako spokojny obywatel pytam zdumiony: po co?

Nie szkodzi, że terrorem chcą wyrwać z korzeniami Komunistyczną Partię Niemiec. Inna już sprawa, czy KPD zdołają zniszczyć jako poglądy. Zmyślone okropności opowiadane ostatnio narodowi to tylko szalbierstwo wyborcze. Przecież nawet zwykły członek Komunistycznej Partii Niemiec jest systematycznie szkolony ideowo i czyniony pełnowartościowym członkiem społeczności. Poza tym do KPD nie przyjmują ani mężczyzn, ani kobiet chorych wenerycznie, karanych, pijaków, anormalnych seksualnie albo chorych w jakiś inny sposób. W przeciwieństwie do załganych bajeczek o komunistach ta wiadomość jest faktem: pewien oficer z Berlina, przywódca młodzieżowego Stahlhelmu, oficjalnie rozpowszechnia podpisane przez siebie ulotki, w których nawołuje, aby chrześcijanie dobrze pilnowali swoich dzieci, ponieważ Żydzi rychło będą mieli święta wielkanocne, kiedy to zabijają dzieci chrześcijan, gdyż ich krwi potrzebują do macy wielkanocnej. To zaiste głębokie niemieckie średniowiecze. Ostatnio w SA rozdają kartki z tekstem: „Każda idąca samotnie nocą żydowska kobieta lub dziewczyna jest dla SS wyjęta spod prawa i może być zgwałcona”. Poniżej tego tekstu pisze jeszcze: „Ja także pokrywam – Goring”. Tenże jest ministrem.

10 marca 1933

We Wrocławiu rzuca się w oczy wielka liczba młodych nazi-łobuzów (z SA) w wieku 18-20 lat. Przy pasach noszą gumowe pałki, mimo że nie należą do policji pomocniczej Łobuzy te atakują na przedmieściach kobiety i dziewczęta, które posądzają o przynależność do SPD i KPD. Od dłuższego już czasu w śródmieściu biją na chybił trafił w biały dzień. Policja nic nie widzi!

12 marca 1933

To, co teraz widzę, przepowiedział niegdyś, co do roku i dnia, mój przyjaciel Erich Spelling. Dzisiaj ganiała po Wrocławiu gwardia hitlerowska wyposażona po wojskowemu i wcielała spontanicznie w życie – na podstawie własnych pełnomocnictw – liczne obiecanki swego wodza. Występowała przeciw sklepom i życiu gospodarczemu, a wczoraj przepędziła z wrocławskich sądów sędziów i adwokatów żydowskich, bez względu na odbywające się rozprawy. Niektórych nawet poturbowano. Dręczono także ewangelickich i katolickich prawników, którzy się przeciwstawili tej hotentockiej szajce. Hitlerowska gwardia w gmachu giełdy rewidowała żydowskich giełdziarzy, szukając broni. Chrześcijan nawołujących do rozsądku potraktowano przy tym jak parobków. I Stahlhelm, „Związek Frontowych Żołnierzy”, współdziała z nimi. „Mamy rozkaz od swego zwierzchnictwa i mamy czarną listę, na której podstawie pracujemy”.

Również i Stahlhelm wystąpił teraz w „blaszanych garnkach” (jak nazywaliśmy hełmy stalowe), z bagnetami i rewolwerami. Każdy członek SA, SS i Stahlhelmu ma też u pasa pałkę gumową albo kij z ołowianym końcem. To nie jest faszyzm, lecz wytęskniona, prawdziwa anarchia. A Führer może tę sforę zawrócić jednym gwizdnięciem. Konserwatywne oraz mniej albo więcej przez konserwatystów infiltrowane koła w całej Rzeszy widzą już, jaki idiotyzm popełniły. Teraz za późno zawrócić. Ich faworyt dorwał się do władzy i ustąpi tylko przed przemocą·

Moja niemal 81-letnia matka, Rosa Tausk, nie zdaje sobie sprawy z tych wydarzeń. Albo ich w ogóle nie rozumie, albo rozumie źle. Niekiedy egzaltuje się nadmiernie i potem cały boży dzień krzyczy na antysemitów. Przy okazji nawet przy obcych ludziach politykuje i piorunuje. Dlatego nie może sama chodzić do hal targowych, dokąd teraz towarzyszy jej służąca. Staruszka długo w noc słucha radiowych przemówień mężów stanu i gorączkuje się ciągle od nowa, a nawet śni się jej o tym.

17 marca 1933

Nasze miasto zajmuje w obecnych wydarzeniach zupełnie wyjątkowe miejsce. Jeżeli w świecie słychać coś o Wrocławiu, jest to zawsze wieść niezwykła i jedyna w swoim rodzaju, pachnąca z daleka „głuchym Podolem” („Hinterpodolien”). Tak jest i teraz, bowiem w żadnym innym mieście niemieckim, włącznie z zupełnie małymi dziurami, oddziały hitlerowskie nie obsadziły gmachów sądowych – tylko we Wrocławiu. Zarządził to Gruppenführer Heines ze swoją Standarte, na podstawie własnych pełnomocnictw. Wyrzucił przy tym wszystkich żydowskich adwokatów i sędziów.

Niedziela 23 kwietnia 1933

Podczas gdy w całych Niemczech na ogół zaprowadzono już ponownie spokój i porządek, we Wrocławiu oraz na całym Śląsku trwa w dalszym ciągu zamęt. Pan Edmund Heines, który właśnie niedawno ochrzcił swoim imieniem ulicę Am Anger [Łąkowa], jako prezydent wrocławskiej policji i Gruppenführer śląskiej SA terroryzuje nadal żydowską ludność i traktuje ją na równi z przestępcami. Heinesa kompani, m. in. nadprezydent Helmut Brückner, dzielnie mu sekundują.

Jak dotychczas, nowy rząd zapewnił narodowi jedynie wielkie uroczystości: święta narodowe z kolorowym napuszonym sztafażem i krzykliwymi mowami do ludu. Obecnie nazistowski program przewiduje na 1 maja obchody „narodowego święta pracy”. Początkowo naziści planowali likwidację pierwszomajowego święta robotników. Ale tak samo jak kiedyś kościół katolicki przejmował pogańskie święta, wykorzystując je do własnych celów dla ugłaskania mas, tak teraz Hitler przejął międzynarodowe święta pierwszomajowe, ba przecież jego partia to „socjalistyczna partia robotników”.

Ja jednak myślę, że robotnicy o rzeczywiście socjalistycznych przekonaniach nie skapitulują wewnętrznie, mima że ich prasa jest w dalszym ciągu zakazana i unicestwiana na dłuższy czas. Ludzi dziwuje, skąd się biorą pieniądze na owe wielkie uroczystości, przypominające igrzyska w rzymskiej starożytności. Wobec tych olbrzymich sum tak bardzo zwalczani „marksiści” byli nadzwyczaj oszczędni, ba, skąpi. Nie można im zarzucić, że na swoje uroczystości wyrzucali pieniądze na ulicę. Partia hitlerowska organizuje obecnie „szturmówki marynarskie” i coraz bardziej militaryzuje SA i SS. To już nie tylko milicja, choć oddziały nie są skoszarowane. Wyraźnie widać, jak po wojskowemu są wyposażeni, gdy ustawiają się w szyku: formacje bojowe, kompanie saperów, oddziały łączności, oddziały karabinów maszynowych itd.

Ponieważ „marksizm” już zastał pokonany, a po pogromie gospodarczym nie należy się również obawiać 600 tys. zrujnowanych niemieckich Żydów i około miliona ludzi pochodzenia żydowskiego (jeśli nie więcej), wygląda na ta, że naziści nie zbroją się dla wewnętrznych potrzeb, ale dla zagranicznej próby sił. I rzeczywiście znowu mówi się stale odzyskaniu „zagrabionych terytoriów”. Posuwają się nawet dość daleko. We wrocławskim dowództwie okręgu wojskowego zorganizowano np. „Wystawę Niemców Sudeckich”. Przy wejściu umieszczono mapę Niemiec i Czechosłowacji, na której Sudety i wszystkie tereny czeskie zamieszkane przez ludność niemiecką oznaczono takim samym czerwonym kolorem, jak terytorium Rzeszy. W dodatku napisano: NIEMIECKIE TERYTORIUM BEZPRAWNIE ZAJĘTE PRZEZ CZECHÓW. Istotnie, zajęte przez Czechów – ale od wielu stuleci, a myślę, że bez przerwy, w każdym razie ziemie te nigdy nie należały do Niemiec.

Ludziom rządzącym obecnie Niemcami wydaje się, że pracują „dla stuleci”. Racja! Dla stuleci, które zrywać będą boki od śmiechu na samo wspomnienie tych rządów! Niejako dla kontroli dalej będę’ prowadził mój dziennik.

Owszem, pewne podobieństwa z dzisiejszą Polską są zauważalne gołym okiem. Ale szczęśliwie suma wszystkich tych podobieństw nie jest na tyle duża, by móc obawiać się, że oto historia zatoczyła koło i wracamy do 1933 roku. Nikt nie zabija się na ulicach z powodów politycznych, społeczeństwo nie jest wysoce zmilitaryzowane, partia rządząca nie dysponuje zorganizowanymi bojówkami, a do tego nikt nie wyrzuca homoseksualnych prawników z sądów tylko ze względu na ich orientację. Na razie nie zanosi się na powtórkę z Hitlera.

Ale nie znaczy to też, że jest dobrze.

Zdjęcie ilustracyjne do znalezienia pod linkiem.

Reklamy

Brawo, Panie Notariuszu!

Bezczelność PiSu i ludzi z nim związanych jest obrzydliwa. Na portalu wPolityce.pl pojawił się kłamliwy tekst Lecha Makowieckiego o istocie polskiej niepodległości. Przytoczę tylko kilka najbardziej oburzających fragmentów tego artykułu („Brawo, Panie Prezydencie! Mamy dziś niepowtarzalną szansę wybić się na prawdziwą niepodległość„).

Gdy niepełnosprawny umysłowo człowiek za kradzież batonika lądował w areszcie – nasze sądownictwo było ślepe na przewiny ludzi związanych z obozem władzy, zamieszanych w wielomilionowe afery gospodarcze i pospolite przestępstwa. Pomimo usilnego szukania grzechów u opozycji znaleziono jedynie nierozliczony rachunek za dorsza na kwotę 8,50zł. Do Mariusza Kamińskiego robiono kilka podejść (do trzech razy sztuka?), by tuż przed wyborami skazać tego kryształowego, walczącego z patologiami władzy urzędnika na trzy lata bezwzględnego więzienia.

Łatwo się stawia analogie między dwoma niezwiązanymi sprawami. Niezwykle łatwo oczyszcza się z winy osoby, które są nam bliskie (nawet jeśli bliskość ta występuje tylko w warstwie ideologicznej). Trudniej jednak orzec o kryształowym charakterze osoby po przeczytaniu uzasadnienia nieprawomocnego jeszcze wyroku skazującego. Rozumiem, że korzystanie z portali typu niezalezna.pl lub wpolityce.pl jest w stanie zastąpić zasięganie wiedzy u źródeł (szczególnie jeśli źródło liczy sobie prawie 200 stron). Życzyłbym jednak sobie, żeby ci, którzy tak czynią, nie dzielili się swoją ignorancją w środkach masowego przekazu.

Przytoczę wybrane fragmenty uzasadnienia wyroku Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieście z dn. 28.09.2015 o sygnaturze II K 784/10. Całość uzasadnienia (z wyłączeniem utajnionych fragmentów) tego nieprawomocnego wyroku dostępna jest pod tym linkiem.

Czyny przypisane oskarżonym miały charakter przemyślany i zaplanowany – ze świadomością braku możliwości określonego działania w konkretnych realiach, co było podniesione na etapie omówienia stanu prawnego sprawy. Stopień zawinienia wyznaczyło także ustalenie braku akceptacji oskarżonych dla zasad demokratycznego państwa prawnego, a wręcz przekonanie o wszechwładzy, którą mają dysponować, co wynika z ich wyjaśnień. Poziom braku szacunku dla wartości konstytucyjnych był tak duży, że samoistnie uzewnętrznił się w zachowaniu wszystkich oskarżonych.

(…)

Nie budzi żadnych wątpliwości to, że korupcję należy zwalczać wszystkimi możliwymi prawnie dostępnymi sposobami i to niezależnie od tego jak wysoko w kręgach władzy ma ona miejsce. Rzecz w tym, by rozpoznając zagadnienia związane z korupcją, czy jej zwalczaniem samemu przy tym nie naruszać prawa. Takich naruszeń dopuścili się wszyscy oskarżeni, którzy swoim zachowaniem pogwałcili nie tylko przepisy wymienionej wyżej ustawy o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym i aktów prawnych niższej rangi, ale przede wszystkim najwyższego prawa, jakim jest Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Skutki takiego działania, to jest przekroczenia uprawnień mogły mieć znaczenie dla bezpieczeństwa państwa destrukcyjne w zakresie skutecznego ścigania przestępczości. Przypomnieć przykładowo należy, że skutkiem bezprawnego gromadzenia materiału dowodowego może być uniknięcie odpowiedzialności przez sprawców przestępstw.

Nie jest możliwe zaakceptowanie sytuacji, w której funkcjonariusze demokratycznego państwa, funkcjonariusze władzy publicznej, mogliby gromadzić dowody wbrew obowiązującemu prawu, natomiast zgodnie z prawem, na podstawie właśnie tych dowodów, obywatele mieliby ponosić odpowiedzialność karną. Każde państwo odpowiada za bezprawną działalność swoich funkcjonariuszy służb specjalnych, a tej odpowiedzialności nie może wyłączać powoływanie się na interes społeczny w zwalczaniu przestępczości.

(…)

Tymczasem oskarżeni M. K. (1), M. W., G. P.i K. B.realizując w przeważającej części czynności w sprawie określanej mianem „afery gruntowej” naruszali przede wszystkim przepisy art. 7 i 49 Konstytucji [odpowiednio: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa.” i „Zapewnia się wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Ich ograniczenie może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony.”], ale także inne przepisy ustawy zasadniczej oraz przepisy ustawy o CBA. Oskarżeni swoim działaniem godzili w prawa obywatelskie określone w Konstytucji, przede wszystkim w prawo do prywatności – bez żadnych ku temu powodów – co do osób wymienionych w opisie czynu przypisanego oskarżonym w wyroku. Nie mogło umknąć uwadze sądu, że podejmując określone działania oskarżeni naruszyli przepis art. 5 i 49 Konstytucji, która zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, a wreszcie tajemnicę komunikowania. Przekraczali także zakres działania organów państwa określony przepisem art. 7 Konstytucji, a postępując w sposób wskazany w opisie czynu naruszyli również przepisy Europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.

(…)

Z pola widzenia nie mogło także umknąć to, że w przypadku oskarżonych M. K. (1), M. W., G. P. i K. B.sąd nie miał do czynienia z typowym przestępstwem „urzędniczym”, to jest czynem z art. 231 §1 k.k., gdzie sprawca przekracza swoje uprawnienia lub nie dopełnia obowiązków. Rzecz w tym, że każdy z oskarżonych przekraczając przydane mu przepisami uprawnienia dopuszczał się przestępstw, z których każde miało wysoki ładunek społecznej szkodliwości. Celem ich działania było z kolei wytworzenie określonej sytuacji, co wprost przyznał składając wyjaśnienia oskarżony M. K. (1) stwierdzając, iż miał świadomość, że prowadzenie sprawy może prowadzić do kryzysu w państwie. Podejmując określone działania oskarżeni mieli świadomość, że nie istnieją żadne poszlaki, czy dowody świadczące o zaistnieniu przestępstwa korupcji w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

(…)

Oskarżeni swoje działania podejmowali z premedytacją, ponieważ popełnienie przestępstwa zostało obmyślone, zaplanowano jego okoliczności, a także przygotowano do popełnienia odpowiedni grunt, w tym wprowadzając w błąd Prokuratora Generalnego, jego zastępców, a wreszcie Sąd Okręgowy w Warszawie. Podawanie nieprawdziwych okoliczności we wnioskach o zastosowanie kontroli operacyjnej dodatkowo przesądziło o zdecydowanie negatywnej ocenie działania M. K. (1), M. W., G. P. i K. B.. Oskarżeni działali przy tym z zamiarem bezpośrednim, kierunkowym i byli nastawieni na osiągnięcie określonego efektu.

(…)

Jeżeli mowa o ujemnych następstwach przestępstwa to nie sposób nie wspomnieć, że skutkiem działania oskarżonych było podważenie zaufania obywateli do państwa, którego funkcjonariusze działali niezgodnie z prawem. Indywidualne dobra poszczególnych obywateli, w szczególności wolności i prawa obywatelskie także zostały naruszone na skutek działania oskarżonych. Jednym z istotniejszych ujemnych następstw przestępstw przypisanych oskarżonym jest także fakt wprowadzenia po zakończeniu operacji specjalnej w błąd Prezesa Rady Ministrów J. K. (1) co do tego, że istnieją dowody na przyjmowanie korzyści majątkowych przez A. L. (1). Obiektywnie dowody takie nie istniały, o czym najlepiej świadczy to, że A. L. (1) nigdy nie postawiono zarzutu popełnienia przestępstwa korupcji, podobnie jak zarzutu takiego nie postawiono w postępowaniu, w którym na ławie oskarżonych zasiedli P. R. i A. K. (1).

Trudno mówić o kryształowym charakterze człowieka, który w takim stopniu przekracza swoje uprawnienia.

Ale wróćmy do tekstu Makowieckiego.

Część rodaków wyjechała z kraju, reszta z coraz większym trudem walczyła o przetrwanie tutaj. A rząd wszem i wobec głosił „złoty wiek” Polski! I dopiero fenomen Andrzeja Dudy, który – dzięki własnej charyzmie i wyjątkowej nieudolności konkurenta wygrał wybory prezydenckie – dała Polakom impuls nadziei.

Szczególnego rodzaju „impuls nadziei” poczuli wszyscy Polacy żyjący w związkach z obywatelami innych państw. W imię chorej ideologii zakładającej dyskryminację osób nieheteronormatywnych, stracą szansę na uproszczony tryb rozwiązywania spraw cywilno-prawnych.

Unia od ponad czterech lat pracowała nad ułatwieniami dla międzynarodowych małżeństw i związków partnerskich. Chodziło wyłącznie o sprawy majątkowe, m.in. wypracowanie wspólnych zasad określania sądu odpowiedzialnego za podział majątku na wypadek rozwodu czy śmierci małżonka (partnera). A także o szybkie uznawanie takich orzeczeń sądowych we wszystkich krajach UE. Polska za rządów Donalda Tuska, Ewy Kopacz i obecnie Beaty Szydło sprzeciwiała się ułatwieniom dla związków partnerskich z obawy, że pomoże im to przeniknąć tylnymi drzwiami do naszego porządku prawnego.

Były jednak pewne nadzieje, że uda się przyjąć przepisy dla małżeństw międzynarodowych. Ale i tu Polacy ostatecznie przelękli się homoślubów. Nasze władze jeszcze parę dni temu próbowały wprowadzić poprawkę z klauzulą „zachowania porządku publicznego”, czyli wytrychu pozwalającego polskim sądom na nieuznawanie ułatwień majątkowych w przypadku homomałżeństw.

(…)

Większość krajów UE nie zgodziła się na polską poprawkę i przeważył pogląd, że rozporządzenia w sprawie małżeństw i związków partnerskich należy traktować – wbrew postulatom Polski – jako jeden pakiet. – Rozdzielanie ich byłoby dyskryminacyjne – tak z argumentami Polaka polemizował m.in. przedstawiciel Słowenii.

(…)

– Spodziewaliśmy się, że Polska pod nową władzą zaostrzy kurs w UE, ale nie sądziliśmy, że stanie się to tak szybko i akurat w tej sprawie. Mam wrażenie, że Warszawa robi na złość własnym obywatelom – mówi jeden z unijnych dyplomatów. Przypomina, że liczba Polaków, którzy poślubili cudzoziemców, jest kilka razy wyższa niż 50 tys., o których pisze GUS.

Źródło

Znowu wracamy do Makowieckiego:

Nie pytam, gdzie była większość polskiego wymiaru sprawiedliwości (bo nie wierzę, że wszyscy), gdy działy się wszystkie opisywane przeze mnie wyżej podłości. I kto tak naprawdę zasiada w tych niezdekomunizowanych do dziś gremiach. Dlaczego dopiero teraz TK wydał werdykt, że w czerwcu Platforma Obywatelska – forsując na chama swoich kandydatów „trochę się myliła, a trochę nie”. Czy można być trochę w ciąży?

Trzeba być oszołomem, żeby prawie 30 lat po transformacji ustrojowej dalej bredzić o „niezdekomunizowanych do dziś gremiach”. Dodatkowo – trzeba być hipokrytą, jeśli główną twarzą walki o Trybunał Konstytucyjny po stronie PiS jest PRL-owski prokurator. Trzeba być wtórnym analfabetą, żeby nie rozumieć wyroków sądowych:

Trybunał uznał za niezgodny z konstytucją art. 137 ustawy o TK, w zakresie umożliwiającym Sejmowi poprzedniej kadencji (2011-2015) wybór dwóch sędziów TK w miejsce sędziów, których kadencja upływa odpowiednio 2 i 8 grudnia 2015 r. Za zgodne z konstytucją uznano natomiast przepisy regulujące wybór trzech sędziów wybranych w miejsce sędziów TK, których kadencja upływa 6 listopada 2015 r.

Trybunał uznał, że z art. 194 ust. 1 konstytucji wynika obowiązek wyboru sędziego Trybunału przez Sejm tej kadencji, w trakcie której zostało opróżnione stanowisko sędziego Trybunału. Wybór sędziego Trybunału nie może zostać dokonany niejako z góry (przed czasem) w stosunku do stanowisk sędziowskich, które zostaną zwolnione dopiero w trakcie kadencji przyszłego Sejmu.

Konsekwencją wyroku TK jest to, że w wypadku dwóch sędziów Trybunału, których kadencja upływa 2 i 8 grudnia 2015 r., podstawa prawna wyboru ich następcy została uznana za niekonstytucyjną. Dalsze postępowanie w sprawie rozpoczęcia przez nich urzędowania ulega zatem zamknięciu.

Wątpliwości konstytucyjnych nie budzi zatem podstawa prawna procedury zgłoszenia kandydatów i głosowania przez Sejm w sprawie wyboru trzech sędziów Trybunału, na miejsca sędziów, których kadencja upłynęła 6 listopada 2015 r. Wyboru tego dokonał Sejm tej kadencji, w trakcie której zostało opróżnione stanowisko.

Źródło

Nie wiem, kim trzeba być, by przepisy prawne porównywać do ciężarnej kobiety (ale wiem, że nie jest to cecha osoby, która wie, o czym mówi).

I znowu tekst Makowieckiego:

Niewątpliwie mamy dziś kryzys konstytucyjny. I trzeba go rozwiązać przy stole negocjacyjnym. Na warunkach narodu, a nie postkomunistycznych elit. Jeśli Konstytucja nie pasuje do Narodu, to trzeba zmienić Konstytucję. Nigdy odwrotnie, bo będzie rewolucja, a tego nikt by nie chciał.

Warto przypomnieć, że Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej została zaakceptowana przez Naród w referendum, które odbyło się 25.05.1997 roku. Za przyjęciem proponowanego tekstu Konstytucji opowiedziało się 6 396 641 obywateli. Dla porównania: na PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych zagłosowało 5 711 687 osób, a na Andrzeja Dudę w pierwszej turze swój głos oddało 5 179 092 osób.

Czy te 6 milionów, które poparło Konstytucję 18 lat temu było członkiem postkomunistycznych elit?

Przypominam, że w 1989r. odzyskaliśmy niepodległość w 35 procentach (tyle miejsc w parlamencie wynegocjowano dla zwykłych Polaków przy okrągłym stole). Wszelkie próby powiększenia tej puli wolności były z zarodku tłumione (1992, 2007) bądź eliminowane (2010).

To jest już ordynarne zakłamywanie historii. Oczywiście, 35 procent mandatów sejmu kontraktowego miało pochodzić z wolnych wyborów (co ważne, bo często spotykanym błędem jest twierdzenie, że te 35% mandatów miało z góry trafić dla opozycji), lecz po dwóch latach rozwiązał się. W 1991 odbyły się pierwsze po wojnie w pełni wolne wybory parlamentarne. Brednie o „tłumieniu prób powiększania puli wolności” są tak głupie i oderwane od rzeczywistości, że nie zasługują nawet na komentarz.

Autorzy tego typu artykułów, a także redaktorzy, którzy bez wahania pozwalają publikować takie bzdury w mediach, w żadnym wypadku nie są patriotami. Nie mieści mi się w głowie, by określać tak osoby, które fałszują historię, odmawiają rodakom prawa do nazywania się „narodem”, depczą po takich wartościach jak państwo prawne czy prawo do założenia rodziny. A już na pewno nie jest patriotą ten, kto po wygranych wyborach, głośno krzyczy „TERAZ KURWA MY”.

Szczerze powiedziawszy – boję się. Na razie wiemy, że większość sejmowa określająca się „patriotyczną” jest w stanie w dwa tygodnie rozmontować jedyną władzę zdolną kontrolować niekonstytucyjne zachowania pozostałych władz. Nie wiemy natomiast, co w przyszłości się stanie, jeśli pojawi się jakaś siła polityczna zdolna wygrać wybory, która wykorzysta słabość państwa do całkowitego rozmontowania systemu praw człowieka. Patrząc na preferencje polityczne młodego pokolenia – w niedalekiej przyszłości może do czegoś takiego dojść.

PiS z Dudą tylko przecierają im drogę.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze.

Czy Jan Gross szkaluje Polaków?

Źródło

Źródło
Źródło

Źródło
Źródło

Wybrałem trzy komentarze dotyczące wczorajszej notki o Janie Grossie, do których chcę się odnieść.

Po pierwsze: notka powstała, by pokazać reakcję prawicowych publicystów i historyków na artykuł znienawidzonego przez siebie badacza, który jest na tyle bezczelny, że wypomina Polakom morderstwa Żydów popełnione w czasie II wojny światowej. Dla przykładu: zabawnie czyta się post „Żelaznej logiki” negujący fakt powojennego antysemityzmu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej. Bo czym innym jak nie zanegowaniem wyróżnionych na żółto zdań jest komentarz „Jan Tomasz Gross napisał nową definicję skurwysyństwa”?

Inny przykład? Przyjemnie czyta się artykuł linkowany przez Sławomira Cenckiewicza (historyka zajmującego się głównie badaniem ipeenowskich teczek) o tym, że Gross nie ma prawa uczestniczyć w konferencjach naukowych organizowanych przez IPN. Przypomnijmy, że ten sam Cenckiewicz na stałe współpracuje z tygodnikiem, który promuje takich pseudohistoryków jak Piotr Zychowicz czy Rafał Ziemkiewicz. Dodatkowo sam Cenckiewicz ma bardzo osobliwy pogląd na to, co może być przedmiotem badań historyka. Na przykład twierdzi, że IPN nie powinien badać historii feministek, aborcji i homoseksualistów (bardzo dawno temu miałem o tym notkę).

Po drugie: nie było moim celem weryfikowanie tezy o tym, czy faktycznie Polacy zabili więcej Żydów niż Niemców. Zwłaszcza, że liczba Żydów, którzy zginęli z rąk Polaków jest nie do ustalenia. Przywoływany przeze mnie wczoraj Andrzej Żbikowski twierdzi, że równie dobrze Polacy mogli zabić 50 tysięcy, jak i 150 tysięcy osób. Pod koniec swojej notki przywołałem też samego Grossa, który postanowił podzielić się swoimi rachunkami. Niestety, do ofiar po stronie niemieckiej wliczył tylko żołnierzy, którzy stracili życie w czasie kampanii wrześniowej i tych, którzy zginęli z rąk Armii Krajowej. W swoich szacunkach nie uwzględnił innych frontów II wojny światowej, na których walczyli Polacy, ani pozostałych organizacji podziemnych działających na terenie okupowanej Polski.

Nie pierwszy już raz Gross ma problemy z liczeniem. W swojej książce „Sąsiedzi” opublikowanej w 2000 roku liczbę ofiar pogromu w Jedwabnem przeszacował ponad czterokrotnie. Książka ta jednak nie może być traktowana jako praca badawcza, lecz jako pozycja publicystyczna, która pobudziła polską opinię publiczną do rozmowy na temat polskiego antysemityzmu i jego ofiar. Gdyby nie ta książka, prawdopodobnie IPN nie przeprowadziłby rzetelnego śledztwa rozliczającego zbrodnię mieszkańców małego miasteczka na Podlasiu.

Stąd we wczorajszej notce pojawił się wniosek, że lepiej przeszacować liczbę ofiar, niż całkowicie zanegować fakt polskiego antysemityzmu. A to się zdarza w prawicowym internecie (pozwoliłem sobie pominąć blogerów z kontrowersje.net, salon24.pl czy Astromarię).

Metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź w wywiadzie dla włoskiego portalu katolickiego Pontifex.Roma wyraził przekonanie, że w Polsce nie ma i nie było „autentycznego i całkowitego” zjawiska antysemityzmu.

(…)

W rozmowie z ultrakonserwatywnym katolickim portalem abp Głódź stwierdził, że zdecydowanie nie zgadza się z opinią Pacificiego. „Zapraszam go tu, do Polski, by osobiście się przekonał. Najwyraźniej mało zna naszą rzeczywistość” – podkreślił.

„W Polsce nie istnieje żaden plan antysemicki ani nawet taki pomysł. Jedynie w przeszłości, po wojnie światowej i na północy kraju, niektórzy – ale nie wszyscy – Żydzi, z inspiracji komunistycznej prowadząc handel, stosowali wygórowane ceny, a czasem bardzo wysoki procent, gnębiąc miejscową ludność, która w rezultacie ich nie kochała. Nigdy jednak nie było autentycznego i całkowitego zjawiska antysemityzmu” – oświadczył metropolita gdański.

Źródło

Rafał Ziemkiewicz podczas spotkania z czytelnikami w Szczecinie przekonywał, że endecki antysemityzm nie miał tak naprawdę podłoża rasowego, ale wynikał z rywalizacji ekonomicznej. – Getta ławkowe, o których się mówi, sprowadzając do tego całą tradycję, to były sprawy czysto ekonomiczne, żadne rasowe androny typu niemieckiego nie miały nigdy żadnego zakorzenienia w polskim myśleniu – twierdził Ziemkiewicz.

Opowiadał też o spotkaniu ze studentami prawa, na którym pytał, czy nie czują się ograniczani przez rozmaite sitwy, które nie pozwalają im pracować w zawodzie. Odpowiedzieli, że tak. – To wyobraźcie sobie, że te wszystkie sitwy tworzą Żydzi. A jesteście przed Holocaustem i nienawidzenie Żydów nie jest złe. Jest modne. Wszyscy nienawidzą Żydów – mówił Ziemkiewicz.

Publicysta mówił też o pomyśle na hasło reklamowe swoje książki. Miało ono brzmieć: „Polska dla Polaków”. – Nie chodzi o to, że jakaś część Polaków ma wyłączne prawo do Polski ze względów np. etnicznych. Chodzi o to, by odzyskać Polskę dla wszystkich Polaków – tłumaczył.

Źródło, dostępne też na Youtube.com.

Najlepsze jest to, że Ziemkiewicz twierdzi, że antysemityzm nie jest częścią ideologii endeckiej i w Polsce miał przyczyny ekonomiczne. Dlatego był lepszy od antysemityzmu niemieckiego.

W Polsce (tj. w granicach Rzeczypospolitej sprzed 1772 r.) sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Z różnych powodów w społeczeństwie polskim nie mieliśmy ani monarchii absolutnej, ani rewolucji mieszczańskiej. Społeczeństwo polskie zachowało średniowieczną strukturę stanową, wzmacniając zupełnie inne jej aspekty niż było to w społeczeństwach Anglii i Francji: społeczeństwo nasze składało się ze szlachty, chłopów, duchowieństwa, mieszczan i Żydów oraz króla (zwykle cudzoziemca, będącego osobnym stanem). Każdy z tych stanów miał własne sądownictwo, inaczej się samo-rządził i komu innemu podlegał. Zupełnie różne też były interesy ekonomiczne tych stanów. Żydzi nasi to w większości wygnańcy, których wypędzono w średniowieczu z Anglii, Włoch i Francji, więc skupili się w krajach niemieckich, skąd następnie wygnano ich (w późnym średniowieczu) do Polski. Tu znaleźli swoje miejsce i tu się rozmnożyli.

(…)

Między stanami Rzeczypospolitej było wiele napięć, lub wręcz nienawiści. Częste były zbrojne starcia między stanami. Mieliśmy wojny między mieszczanami a królem (Gdańsk ze Stefanem Batorym), szlachtą a królem (liczne konfederacje), chłopami a szlachtą (powstania chłopskie), mieszczanami a Żydami („tumulty”, np. w Krakowie). Konflikty te nie były jednak bardziej drastyczne od wojen domowych w Anglii, Francji czy Niemczech. Tam, gdzie nie było konfliktów zbrojnych, bywały nienawiść i pogarda – szlachta gardziła mieszczanami, duchowieństwo nie znosiło Żydów (zwłaszcza jezuici, będący pod silnym wpływem swoich kolegów z Zachodu, gdzie Żydów nie znano). Zarazem jednak król potrzebował szlachty (do prowadzenia wojen), a szlachta potrzebowała chłopów (do pracy na roli) i Żydów (do handlu i usług). Wzajemne niechęci i zależności jakoś się równoważyły.

Gdy mieszczanin z Zachodu patrzy na Polskę i widzi zjawiska, które przypominają mu o znanej mu dobrze niechęci ludzi Zachodu do mieszczan pochodzenia żydowskiego, wydaje mu się, że widzi to samo. A tymczasem jest to zjawisko zupełnie inne. W Polsce nie było antysemityzmu. W Polsce były za to różnorodne napięcia między kilkoma stanami składającymi się na polskie społeczeństwo. Bo polscy Żydzi nie byli mieszczanami pochodzenia żydowskiego, ukrywającymi swoje pochodzenie. Polscy Żydzi byli po prostu polskimi Żydami, a niechęć polskich chłopów czy mieszczan do polskich Żydów nie była wcale silniejsza czy bardziej krwawa od niechęci polskich chłopów do polskiej szlachty czy polskiej szlachty do polskiego mieszczaństwa. Ot, jeszcze jeden z wielu konfliktów między stanami składającymi się na Rzeczpospolitą.

Źródło

Autorem jest Marek Minakowski, polski filozof, historyk i genealog. Doktor nauk humanistycznych z zakresu filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego.

„Mało antysemityzmu ” zobaczył we współczesnej Polsce Ronald S. Lauder i mówi o tym w wywiadzie, jakiego udzielił „ Rzeczpospolitej ”. Przeciwstawia nasz kraj „starej Europie “, zwłaszcza Francji, w której Żydzi od pewnego czasu żyją w poczuciu fizycznego zagrożenia.

To ważny głos i warto go zapamiętać. Tak długo słyszeliśmy o „ polskim grzechu antysemityzmu ” „rosnącym w Polsce antysemityzmie ”, że mogło się wydawać. iż to powszechna jeśli nie wręcz obowiązująca w świecie opinia. Szef Światowego Kongresu Żydów widzi to najwyraźniej inaczej. I raczej trudno uznać, że nie chce zobaczyć prawdziwego problemu, neguje go i wypiera. A właśnie to często zarzuca się na łamach „GW ” tym publicystom, którzy polemizują z tezą o narodowym, systemowym, charakterze polskiego antysemityzmu. Nawet samo podjęcie polemiki jest już piętnowane jako niszczenie „odruchu wstydu ”, który powinno wyrobić w sobie polskie społeczeństwo.

Paradoksalnie, ta pedagogika wstydu przynosi wręcz odwrotny efekt. Było to zresztą od początku oczywiste dla każdego, kto zna podstawy psychologii. Można oczywiście argumentować, że w Polsce — jak twierdzi Ronald S, Lauder —jest „mało antysemityzmu ”, bo po prostu społeczność żydowska jest mała, w porównaniu z tą na Zachodzie, na przykład we Francji. To z pewnością prawda, co zauważa też i szef Światowego Kongresu Żydów.

Ale nie wyczerpuje to istoty problemu. Podobnie jak nie można sprowadzać istniejącego we Francji antysemityzmu do „antysemityzmu przedmieść ”, blokowisk zamieszkanych przez młodych radykalnych islamskich emigrantów z Maghrebu.Antysemityzm, w formie zaskakującej dla przeciętnego Polaka, występuje też wśród rodowitych Francuzów, zarówno tych ze skrajnej prawicy jak i z lewicowych salonów. Wśród tych drugich nawet zdecydowanie bardziej, bo łączy się z lewicowym antyamerykanizmem.

Dwa lata temu jednym z najbardziej popularnych słów —kluczy czyli hashtagów na francuskim Twitterze był „dobry Żyd ”. Skojarzenia internautów były brutalne: „dobry Żyd to kupka popiołów”. Wydaje się to niewiarygodne i przerażające, ale nie rozległy się wówczas głosy oburzenia francuskich polityków, nie było debaty z udziałem intelektualistów.

Naprawdę trudno racjonalnie zrozumieć, dlaczego właśnie Polska miałaby być krajem, z którym antysemityzm jest w jakiś szczególny sposób kojarzony. Takie skojarzenia udało się jednak już zaszczepić. Dlatego tym bardziej warto zwrócić uwagę i wręcz rozpropagować słowa Ronalda Laudera, który mówi, że Polsce poznał „ludzi mocnych i inteligentnych” i temu krzywdzącemu stereotypowi zaprzecza.

Źródło

Coś słusznego w tym moim myśleniu pewnie było. Ale trudno dzisiaj nie zauważyć, że moda na krytykowanie księży jest również straszliwie skutecznym instrumentem dechrystianizowania młodego pokolenia przez własnych rodziców i dziadków, zazwyczaj przecież katolików. Dodajmy, że cała ta atmosfera — powiedzmy oględnie — mało sprzyja powstawaniu i rozwojowi powołań kapłańskich. Mówiąc krótko, robimy bardzo wiele, żeby naszymi własnymi rękami jak najwięcej osłabić Kościół i wpędzić go w możliwie najgłębszy kryzys.

(…)

— Ale gdyby księża nie dawali powodu do krytyk, to by ich tak nie krytykowano! — ktoś na to odpowie. Odpowiadam, że argument ten ma idealnie tę samą strukturę, co klasyczny argument antysemitów, że „gdyby Żydzi nie dopuszczali się nieuczciwości, to by nie było antysemityzmu”. Ktoś może znać dwadzieścia, albo i sto przypadków, kiedy jacyś Żydzi dopuścili się jakichś niesprawiedliwości, ale gdyby z tego powodu stał się antysemitą, świadczyłoby to tylko o jego moralnym zaślepieniu. Antysemityzm — tak jak antyklerykalizm — zbudowany jest na przesądzie, że hołdowanie zasadzie odpowiedzialności zbiorowej jest postawą słuszną i racjonalną.

Zauważmy jednak istotną różnicę między antysemityzmem i antyklerykalizmem. Etykieta antysemity dzisiaj hańbi. Etykietą antyklerykała niektórzy się chlubią. Nawet autentyczny antysemita protestuje dziś gorąco, kiedy go tak ktoś nazwie. Natomiast antyklerykałami najbardziej szacowni ludzie nazywają się chętnie i dumnie się z tą nazwą obnoszą.

(…)

Zarazem zwyczajną niesprawiedliwością jest rozciąganie tych faktów na całe środowisko duchownych. Dokładnie na tym polegał pomysł zrobienia kampanii antykatolickiej, z jakiego jeszcze przed wojną zwierzał się Adolf Hitler Hermanowi Rauschningowi: „Będę ich oskarżał jak zwykłych kryminalistów. Zerwę im z twarzy maskę budzącą szacunek. A jeśli to nie wystarczy, ośmieszę ich i zlekceważę. Każę kręcić filmy opowiadające historię księży w czarnych sutannach z nagromadzeniem głupoty, nieokrzesania i oszustwa, jakim jest ich Kościół. Zobaczymy, jak rywalizowali w chciwości z Żydami, jak pochlebiali najbardziej skrytym praktykom. Sprawimy, by obrazy były tak ekscytujące, że wszyscy zechcą je zobaczyć i ustawią się przed kinem w długie kolejki”.

Hitler rzeczywiście organizował w społeczeństwie niemieckim histerie antykatolickie. Atak szedł głównie w dwóch kierunkach: że większość księży to homoseksualiści i malwersanci. Rzecz jasna, niektóre oskarżenia, jakie z zajadłą tendencyjnością nagłaśniano w tej kampanii oszczerstw, oparte były na jakichś konkretnych faktach. Kłamcy i oszczercy od dawna wiedzą o tym, że najskuteczniej okłamuje się wtedy, kiedy w kłamstwo włoży się przynajmniej trochę prawdy.

Źródło

Antyklerykalizm jak antysemityzm. Tekst pierwotnie ukazał się w czasopiśmie „Idziemy”.

Marek Kozubal, wiceprezes IPN, na łamach „Die Welt” podjął polemikę z tekstem Grossa.

Wbrew twierdzeniom Grossa, działania tysięcy ludzi ratujących Żydów nie były podejmowane tylko na własną rękę. Polskie Państwo Podziemne jasno określiło swój stosunek do ludobójstwa na ludności żydowskiej, penalizując zbrodnie i denuncjacje. W jego ramach działała Rada Pomocy Żydom „Żegota”.

(…)

Nie oznacza to, że wśród Polaków nie było zbrodniarzy i jednostek zdegenerowanych przez wojnę. Nie można jednak porównywać zbrodni popełnianych we własnym imieniu i wbrew państwu polskiemu z totalitarną machiną ludobójczą z państwową legitymizacją III Rzeszy. Dokładne liczby nie są znane. Nie wiemy, ilu Żydów zginęło z rąk Polaków a ilu zostało zadenuncjowanych. Trudno też oszacować liczbę Niemców zabitych przez Polaków na frontach II wojny światowej oraz w okupowanym kraju.

Tłumaczenie tekstu za „Rzeczpospolitą„.

Z drugim akapitem nie sposób się nie zgodzić. W pierwszym jednak autor zapomina o chronologii wydarzeń.

Grossaktion in Warschau” trwała od 22 lipca do końca września 1942 roku. Była to operacja, w wyniku której z getta warszawskiego wywieziono około 300 tysięcy Żydów. Spośród nich, około 265 tysięcy trafiło do obozu w Treblince, gdzie od razu ich zamordowano (do zweryfikowania na przykład tutaj).

Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom powstał pod koniec września 1942 roku. 4.12.1942 z tego komitetu powstała „Żegota” (do zweryfikowania na przykład tutaj).

A co do kary śmierci dla szmalcowników:

18 marca 1943 roku podziemne Kierownictwo Walki Cywilnej ogłosiło: „Każdy Polak, który współdziała z ich morderczą akcją czy to szantażując, czy denuncjując Żydów, czy to wyzyskując ich okrutne położenie lub uczestnicząc w grabieży, popełnia ciężką zbrodnię wobec praw Rzeczypospolitej Polskiej i będzie niezwłocznie ukarany”.

Kara była jedna – był nią wyrok śmierci.

Historycy nie mają wątpliwości, że decyzja Państwa Podziemnego pojawiła się stosunkowo późno, zwłaszcza że pierwsze wyroki śmieci na szmalcownikach zaczęto wykonywać pod koniec 1943 roku, kiedy większość polskich Żydów już nie żyła. Trzeba też przyznać, że wyroki wykonywano na szmalcownikach będących konfidentami gestapo. Tych niewspółpracujących z Niemcami zazwyczaj nie karano.

Źródło

Niestety, choć sama reakcja państwa podziemnego zasługuje na pochwałę, to była mocno spóźniona.

Poziom debaty historycznej docierający do mediów jest bardzo niski. Z jednej strony mamy amerykańskiego historyka stawiającego kontrowersyjne tezy, które ciężko zweryfikować. Historyka, który bardzo swobodnie traktuje wszelkie szacunki. Z drugiej strony jednak mamy ludzi, którzy negują podstawowe fakty historyczne i zajadle atakują wszelkich autorów formułujących zdania, które nie potwierdzają patriotycznej wersji martyrologii narodu umęczonego.

Szczerze powiedziawszy wolę Grossa od Ziemkiewicza i Cenckiewicza.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze.

Czy Polacy zabijali Żydów?

Jan Tomasz Gross w tekście opublikowanym w „Die Welt” stwierdził, że Polacy w czasie II wojny światowej zabili więcej Żydów niż Niemców”.

Po prawej stronie internetu rozpętała się burza mieszająca autora „Sąsiadów” z błotem:

Tymczasem nie jest to szokująca, czy też nowatorska teza. Dwa lata temu ukazała się książka „Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali” Stefana Zgliczyńskiego, w której autor mówi dokładnie to samo, co Jan Gross w swoim tekście.

Stefan Zgliczyński w rozmowie z Rafałem Betlejewskim powiedział, że w swojej książce nie odkrywa Ameryki. Pisząc ją bazował na znanych źródłach – wspomnieniach, opracowaniach naukowych, które zebrał i tekstowi, który powstał nadał jedyny tytuł, który wydał mu się prawdziwy.

(…)

W swojej książce Stefan Zgliczyński opowiada m.in. o antysemityzmie w czasach przedwojennych. To czas, gdy przeciwko Żydom była cała Europa, ale Polska w swoich planach “odżydzenia” kraju szła bardzo daleko i rozważała różne pomysły – podkreśla Zgliczyński.

(…)

Antysemityzm nie był domeną narodowców, ale wszystkich środowisk, a hasło, że “Żydów trzeba się pozbyć” było elementem oficjalnej polityki.

– Ambasador Polski w Berlinie Józef Lipski na spotkaniu z Adolfem Hitlerem w 1938 roku gratulował Hitlerowi ustaw norymberskich (rasowych) i jego wysiłków idących w stronę odżydzenia Niemiec. Powiedział wtedy, że jeżeli uda mu się rozwiązać problem żydowski to Polacy wystawią mu pomnik w Warszawie.

Również polski Kościół nie jest bez winy. Przed wojną był pełen przesądów antyjudaistycznych, które bez skrępowania przekazywał.

– Głosił m.in. mity o porywaniu dzieci i o tym, że zabili Boga. Ale dla mnie najbardziej wstrząsające było odkrycie, że Kościół Katolicki nie powiedział ani słowa w obronie polskich Żydów. W jedynym tekście, jaki się zachował, Adam Sapieha wyraża delikatne niezadowolenie, że Niemcy wykorzystują polskich junaków do ścigania ukrywających się Żydów, dając im za to wódkę. Było to pośrednie upomnienie o Żydów, bo w rzeczywistości chodziło o to, że młodzież wykorzystuje się do tak niecnych celów.

Cytaty pochodzą z tekstu opublikowanego na stronie Radia RDC.

Z kolei Andrzej Żbikowski, pracownik Żydowskiego Instytutu Historycznego, twierdzi, że Polacy w czasie wojny zabili więcej Żydów niż uratowali:

Co do tego, że w czasie wojny więcej Żydów zginęło z rąk Polaków niż zostało przez nich uratowanych, raczej nie ma wątpliwości – uważa prof. Andrzej Żbikowski z Żydowskiego Instytutu Historycznego. W rozmowie z „Wprost” zaznacza jednak, że „żadnych liczb nie zaryzykuje”. – Trudno powiedzieć, czy z rąk polskich zginęło 50 tys., 100 tys. czy może 150 tysięcy Żydów – mówi.

Cytat pochodzi z artykułu Marcina Dzierżanowskiego opublikowanego dwa lata temu w tygodniku „Wprost”.

Istnieje również kilka książek wydanych przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów dotyczących udziału Polaków w Holocauście.

Jan Grabowski, „Ja tego Żyda znam!„:

Nie jest tajemnicą, że podczas wojny działali w Polsce ludzie trudniący się szantażowaniem współobywateli pochodzenia żydowskiego. Wbrew często powtarzanym opiniom, zjawisko szmalcownictwa nie należało do zachowań marginalnych, lecz stało się źródłem zarobków dla tysięcy ludzi. Całe rzesze warszawiaków stały się bezpośrednimi (i często biernymi) świadkami wymuszeń, a całe społeczeństwo było świadome istnienia nagonki na ukrywających się Żydów. Choć liczbę Żydów wydanych w ten sposób w ręce Niemców trudno oszacować, to zbrodniczą działalność szantażystów i donosicieli należy rozpatrywać nie tylko w kategoriach cierpienia i śmierci ich bezpośrednich ofiar, lecz również męczeństwa tych wszystkich, którzy – bojąc się zagrożeń czekających na nich po drugiej stronie murów – zdecydowali się pozostać w getcie i podzieli los większości warszawskich Żydów. Do zbrodni szmalcowników należałoby również dodać ofiary „zatrzaśniętych drzwi” – ludzkiej obojętności i strachu. Niektórzy warszawiacy, którzy w innych okolicznościach pomogliby zaszczutym przez Niemców Żydom, wobec zagrożenia donosami i szantażami w odruchu samoobrony, zamykali drzwi przed szukającymi kryjówki.

Jan Grabowski, „JUDENJAGD. Polowanie na Żydów 1942-1945. Studium dziejów pewnego powiatu„:

Książka ta opisuje ostatnią fazę zagłady żydowskiej ludności powiatu Dąbrowa Tarnowska.

(…)

Książka opisuje z jednej strony działania policji niemieckiej, a z drugiej rolę polskiej policji granatowej, wiejskich straży nocnych, junaków z Baudienst czy też miejscowych strażaków w wykryciu i zamordowaniu żydowskich ofiar. Na tle trwającego aż do końca wojny Judenjagd („polowania na Żydów”) zostały również zarysowane dramatyczne wybory stojące przed ludźmi ratującymi Żydów.

Pierwsza faza Judenjagd polegała na pełnej mobilizacji niemieckich oddziałów ewakuacyjnych (Evakuirungskommandos), polskiej policji granatowej, junaków z Baudienst oraz żydowskiej Służby Porządkowej. Pierwsze godziny i dni po akcji wysiedleńczej charakteryzowały się szczególnie wielką liczbą ofiar. Wpadali wówczas Żydzi wyciągnięci z kryjówek i z bunkrów w gettach oraz ci, którym udało się zbiec do pobliskich lasów.

Praca zbiorowa, „ZARYS KRAJOBRAZU. Wieś polska wobec zagłady Żydów 1942-1945„:

Autorzy zarysowują krajobraz stosunków polsko-żydowskich na polskiej prowincji. Większość żydowskich niedobitków szukała ratunku właśnie na wsi. Autorzy książki starają się prześledzić ich losy, przyjrzeć się spotkaniu proszących o pomoc ocaleńców i Polaków. O losie uciekinierów w dużej mierze decydowali ludzie, których na swej drodze napotkali. Zarys krajobrazu pokazuje cały wachlarz postaw Polaków, nie unika przy tym problemów, które stanowiły dotąd tabu, takich jak bezpośrednie uczestnictwo Polaków w Zagładzie.

(…)

W kolejnych tekstach analizowane są zagadnienia związane zarówno z pomocą niesioną Żydom na polskiej wsi, jak i wydawaniem, a nawet mordowaniem ich przez chłopów. Pojawia się tu także problem postaw Polaków oskarżonych po wojnie o współudział w wydawaniu i mordowaniu Żydów. Głos zostaje tu oddany polskim chłopom, sądzonym na podstawie tzw. dekretu sierpniowego za zbrodnie popełnione na Żydach.

Oddajmy jeszcze głos samemu Grossowi:

This calculation, as with any numbers concerning losses during the Second World War, is only approximate; but in this case it is rather straightforward: German losses in Poland during the September campaign in 1939 – the bulk of all Germans killed in Poland by the Poles during the war – is approximately 16,000. Assume that another 8,000 were killed during the occupation by the Polish underground. This is an overestimate made for simplicity of calculation. To play it even safer, let us assume that 30,000 Germans were killed in Poland during the war by the Poles.

The number of Jews killed by the Poles during the war is vastly larger. The first killing spree, in pogroms that accompanied the German attack against the Soviet Union and its aftermath in the summer and early autumn of 1941, amounts to several thousand victims. The killings in the town of Jedwabne, the subject of my book Neighbors, was only one of many such episodes, as research by the Polish Institute of National Memory, published in two thick volumes, subsequently documented (Pawel Machcewicz and Krzysztof Persak, eds., Wokół Jedwabnego, Instytut Pamieci Narodowej, Warszawa, 2002, 2 vols).

And then comes the most bloody period of killings of Jews by Poles: what is known in Polish historiography as the third phase of the Holocaust, after the bulk of Jewish population was killed through German Aktionen, i.e., deportations to extermination camps. According to estimates by Polish historians, about 10% of the Jewish ghetto population in Poland – some 200,000-250,000 people – tried to save themselves by running away from the ghettoes and hiding on the so-called Aryan side. Out of this population, about 40,000 Jews survived the war. The bulk of the Jewish population killed during this period perished either directly, killed by the Poles (or Ukrainians) among whom they were hiding, or by being betrayed and delivered to German police outposts by the local population. Publications of the Polish historians associated with the research group on the Holocaust of the Polish Academy of Science in Warsaw – Jan Grabowski, Barbara Engelking, Dariusz Libionka, Alina Skibinska, Jakub Petelewicz, or Jacek Leociak – offer rigorous documentation of this phenomenon.

Można mieć wątpliwości co do tego, czy liczba zabitych przez Polaków Niemców jest niższa od liczba zabitych Żydów. Szczególnie, że ta druga opiera się tylko na szacunkach. Warto też zauważyć, że Gross miał na myśli tylko tych Niemców, którzy zostali zabici na terenie Polski. Oczywiście można do tej liczby dodać ofiary 1 Armii Wojska Polskiego, czy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Jednak oburzanie się na Grossa za mówienie o polskich oprawcach jest po prostu zakłamywaniem historii. Dużo większym niż przeszacowanie liczby ofiar Jedwabnego.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze.

Notka powstała we współpracy z adminem strony „Nie wiem, co powiedzieć, więc wklejam Krzywą Laffera„.

[EDIT]

Notka doczekała się kontynuacji: Czy Jan Gross szkaluje Polaków?