Czy to jest nasza wojna? Uczyć się na błędach

W najnowszym numerze tygodnika Lisieckiego, Rafał A. Ziemkiewicz niezmiernie cieszy się z wojny na Ukrainie  (Uczyć się na błędach w dziale Czy to jest nasza wojna?, Do Rzeczy, nr 36/2014, strony 14-16, link tylko dla posiadaczy płatnej subskrypcji). Naprawdę nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jaką szują trzeba być, żeby cieszyć się z tego, że tysiąc kilometrów za naszą wschodnią granicą ludzie giną w krwawej jatce. Oj chwila, chyba wiem jaką to wielką szują trzeba być! Trzeba być szowinistycznym nacjonalistą stawiającym nad życie ludzkie wyimaginowany interes narodowy. A przecież niedawno obchodziliśmy setną rocznicę tragicznego wydarzenia, które zostało spowodowane przez dokładnie taki rodzaj nacjonalizmu.

Ziemkiewicz w swoim tekście opisuje, jacy to niewdzięczni okazali się Litwini po tym, jak Polska wielokrotnie bezinteresownie wyciągała do nich pomocną dłoń, a później stawia tezę, że z podobnymi skutkami możemy liczyć się w relacjach z Ukrainą. Chyba że nasza pomoc dla tego państwa przestanie być bezwarunkowa i pomożemy im za cenę, przykładowo, wasalizacji kraju ze stolicą w Kijowie.

W imię jednostronnej antyrosyjskiej solidarności Polska zupełnie odpuściła sobie starania o przestrzeganie w przypadku mieszkających na Litwie Polaków – Polaków, którzy nigdy z Polski nie wyjechali i żyją od wieków na swojej ojcowiźnie – standardów praw mniejszości etnicznych gwarantowanych przez Unię Europejską.

Polaków na Litwie w 2011 było 200 tysięcy (według strony Litewskiego Urzędu Statystycznego), są drugą co do liczebności narodowością i największą w tym kraju mniejszością. Owszem, z tego co mi wiadomo, nie mają oni lekkiego życia i jak najbardziej zasadna jest walka, jaką państwo polskie powinno toczyć o egzekucję ich praw. Problem w tym, że polskie państwo samo ma problemy z własnymi mniejszościami etnicznymi. Dlaczego pan Ziemkiewicz nie pochyli się nad losem Ślązaków, którym odmawia się nawet uznania za narodowość, mimo że w ostatnim spisie powszechnym 847 tysięcy osób zadeklarowało narodowość śląską, w tym 376 tysięcy osób zadeklarowało ją jako jedyną? Oni też nigdy nie opuszczali swojej ojcowizny (podobnie jak Polacy na Wołyniu i we wschodniej Małopolsce; podobnie jak Ukraińcy na Podkarpaciu, skąd jednak w pewnym momencie państwo polskie postanowiło ich usunąć; podobnie Tatarzy na Krymie, choć władzy radzieckiej nie spodobał się brak dynamiki w wewnętrznych migracjach). Dlaczego pan Ziemkiewicz nie weźmie w obronę tych grup etnicznych? Dlaczego nigdy nie napisał słowa wsparcia wobec Ślązaków i dlaczego nigdy raczej taki tekst nie powstanie?

Z dawnych wizyt u siostry mojej mamy w Katowicach (sama ciotka, tak jak i większość mojej rodziny pochodzi spod Przemyśla, a na Górny Śląsk przyjechała w latach 60. lub 70.) zapamiętałem dobrze jedną opowieść z wczesnych lat osiemdziesiątych o dziewczynie ze śląskiej rodziny, która idąc do szkoły nie znała w ogóle języka polskiego. Moja kuzynka przyprowadzała ją więc do swojego domu, by jej rodzice, którzy mówili z dziada pradziada po polsku, nauczyli młodą tego języka. Oczywiście nie były to tajne komplety, jakie organizowali dzielni dziadkowie Krzysztofa Ziemca (Tomasz Terlikowski, Uczmy młodych, że ojczyzny warto bronić, Do Rzeczy, nr 35/2014), ale dziewczyna dzięki tej pomocy miała jakiekolwiek szanse na awans do następnej klasy. Podobno w końcu ten sukces odniosła – z tego co ciotka opowiadała, skończyła z wyróżnieniem studia na Uniwersytecie Śląskim. Od tych wydarzeń minęło trzydzieści lat, a etnolekt śląski dalej jest uznawany za dialekt języka polskiego i próby jego kodyfikacji wciąż raczkują (przynajmniej według Wikipedii). Mniejszości śląskiej odmawia się prawa nawet do uznania własnej mowy w myśl bzdurnych koncepcji polskiej racji stanu. W czym Ślązacy są gorsi od Kaszubów, których potomkowie mogą uczyć się języka kaszubskiego?

Zamknęliśmy oczy na barbarzyńskie zniszczenie zabytków Wilna i innych miast, z których pod pretekstem renowacji w ciągu kilku lat pousuwano wszystkie ślady polskości – barokowe epitafia czy inskrypcje na pomnikach…

Czy ktoś z czytelników bez klikania w link jest w stanie powiedzieć mi, które polskie miasto to Rychbach (niem. Reichenbach)? Czy ktoś z czytelników wie, dlaczego szesnastowieczny herb Wrocławia po II wojnie światowej zastąpiony został heraldycznym potworkiem stworzonym przez pierwszego dyrektora Instytutu Historycznego Uniwersytetu Wrocławskiego (dla jasności – na herbie znajdują się połowy orła śląskiego i orła polskiego, jako podkreślenie odwiecznej przynależności miasta do Polski)? Dlaczego najwybitniejszy włodarz Wrocławia patronuje jedynie sztucznemu wzgórzu na peryferiach miasta? Dlaczego Max Berg (architekt kilku najlepszych obiektów wrocławskiego modernizmu międzywojennego, w tym Hali Stulecia – jedynego w mieście budynku wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO) upamiętniony jest w mieście jedną tablicą? Po więcej przypadków usuwania niemieckości z Wrocławia odsyłam do genialnej książki niemieckiego historyka Gregora Thuma Obce miasto. Wrocław 1945 i potem. Oczywiście i inne przypadki można mnożyć w innych miastach tak zwanych ziem odzyskanych. Dlaczego pan Ziemkiewicz nie widzi win swojego narodu?

…które przetrwały czasy sowieckie, zostały wymłotkowane i zastąpione napisami w języku, który jeszcze 150 lat temu w formie pisanej w ogóle nie istniał.

To jest po prostu skandal. Żeby taki młodziutki, a przez to nic niewarty język litewski zastępował taki jedyny prawdziwy, jedyny pradawny, jedyny właściwy, jedyny nasz język polski. No rączki po prostu opadają. Jak ci Litwini mogą. Nie wiedzą, że ich język jest gorszy?

Przykłady innych języków, które doczekały się unormowania na przełomie XIX i XX wieku (według artykułów Wikipedii, ze względu na bardzo słabe uźródłowienie poszczególnych artykułów na stronie encyklopedii, trzeba brać tę listę z dużą rezerwą): białoruski, macedoński, słowacki, bośniacki (bodajże jeden z najmłodszych języków świata), czarnogórski, czy łotewski. Jak rozumiem, z racji swojego młodego wieku, nie powinny być porównywane z tak prastarym językiem jak język polski?

Innym faktem jest popularność wśród Litwinów internetowej gry w „wypędzanie z ojczyzny” Polaków.

Polecam pograć sobie w  i  grę, obie były swego czasu bardzo popularne w polskim internecie. Tak w ogóle to jestem fanem haseł, które rzucają bohaterowie, którymi można grać (melodyjne facet to nie baba, albo antychrrrrrrryście).

W dalszej części swojego artykułu pan Ziemkiewicz stwierdza, że taki sam scenariusz czeka nas w relacjach z Ukrainą. Czyli sąsiedni naród będzie niszczył zabytki zostawionych po naszych pradziadach i prześladował mniejszość polską.

W istocie jedyne, co obecnie wiąże Ukrainę z Polską, jest rosyjska agresja.

Wydawało mi się, że wiąże nas ze sobą jeszcze wspólna granica, historia, powiązania rodzinne, czy powiązania handlowe, z których żyje bardzo dużo mieszkańców terenów przygranicznych po obu stronach.

Jakie mamy powody zakładać, że Ukraina pozostanie wtedy przyjazna Polakom? Że na fali rozczarowania niepodległością, powojenną recesją, zmęczenia biedą – więcej niż prawdopodobnego – nastroje społecznie nie ulegną radykalizacji otwierającej drogę do władzy banderowcom? Być może przejęcie przez nich pełni władzy jest mało prawdopodobne, ale wyjście z 10-procentowego marginesu, na którym obecnie się pogrobowcy OUN-UPA znajdują, już tak.

A co jeśli polski Ruch Narodowy zdobędzie szersze poparcie wśród Polaków? Podobno ma już dwa procent poparcia. Można sobie poczytać, co zrobią, gdy dojdą do władzy.

W wojnie z Rosją powinniśmy popierać Ukrainę nie dlatego, że walczy ona o wolność, ale dlatego, że jest w naszym geopolitycznym interesie, aby była ona niezależna od Moskwy. Także dlatego, że jest w naszym interesie, aby ta wojna trwała jak najdłużej, bo angażuje ona zarówno rosyjski imperializm, jak i ukraiński nacjonalizm o ponad tysiąc kilometrów od naszej granicy

Podkreślenie ode mnie. Może jestem szczylowatym idealistą. Może powinienem bardziej interesować się bezpieczeństwem państwa, w którym żyję. Może autor więcej wie o polskiej racji stanu ode mnie. Jednak po przeczytaniu tego fragmentu cisną mi się na klawiaturę pod adresem Ziemkiewicza określenia pokroju cynik, szowinista, czy najgorszego rodzaju nacjonalista.

Zastanawiam się, jak bardzo nie po kolei trzeba mieć w głowie, żeby napisać takie zdanie. Jak można zachęcać polityków do podsycania konfliktu, który pochłonął tysiące ofiar, a setki tysięcy zmusił do opuszczenia swoich mieszkań (dane na podstawie doniesień rosyjskich, które oczywiście trzeba traktować z duża rezerwą)? Już abstrahując od bardziej pragmatycznych powodów (bo przecież życie ludzkie nie jest wystarczającą wartością), dla których wojna nie powinna w ogóle mieć miejsca. Takim powodem jest chociażby stan ukraińskiej gospodarki zniszczonej wysiłkiem wojennym, który wpłynie negatywnie na stan polskiego rynku (a przecież silna gospodarka narodowa to jedno z głównych zagadnień, którym zajmuje się dyskurs prawicowy).

Trzeba też pamiętać, że polityki nie da się prowadzić bez pewnej dozy cynizmu. Że jest to teatr, w którym przedstawienie nie jest tożsame z rzeczywistymi działaniami. Viktor Orbán, skądinąd do niedawna jeszcze stawiany przez romantyczną prawicę za wzór do naśladowania, wykonuje rozmaite prorosyjskie gesty, a jednocześnie – wszystko na to wskazuje – w tajemnicy przekazuje Ukrainie czołgi.

Informacja ta pochodzi z węgierskiej strony hidfo.net, podobno uważanej za prorosyjską. MSZ w Budapeszcie zdementował informacje portalu, a same czołgi podobno trafiły do Czech, prawdopodobnie nabyła je firma zajmująca się sprzedażą czeskiego i posowieckiego sprzętu wojskowego. Cała sprawa wygląda podejrzanie, ale dużo gorsze zabiegi w wojnie informacyjnej stosuje strona rosyjska (chętnym polecam wpis Anuszki Jak to się robi w Rosji i artykuł Michała Kacewicza z Newsweeka Inwazja kłamstw (dostępny w wersji papierowej i e-wydaniu).

Polityka powinna liczyć się z realnymi możliwościami. Kiedy ma się do czynienia z bandytą, trzeba się liczyć z bandyckimi działaniami z jego strony. Jestem przekonany, że gdyby zapaleńcy wzywający Polskę do bezwarunkowego wsparcia ukraińskiej walki o wolność wszystkimi posiadanymi i nieposiadanymi siłami, z wypowiedzeniem Rosji wojny włącznie, stanęli przed perspektywą osobistego stawienia czoła gangsterowi terroryzującemu sąsiadów, ryzykując własną osobistą nienaruszalność cielesną, zdrowie swojej żony i dzieci albo choćby tylko własne prywatne mienie, nie byliby tak wojowniczy jak wtedy, gdy namawiają do ryzykowania dobra wspólnego. Odwaga niepoparta rozwagą jest przejawem głupoty – z taką historią, jaką mamy, powinniśmy wreszcie dojrzeć do uświadomienia sobie tej oczywistej prawdy.

Nie gadaj. Czy te słowa można odnieść do insurekcji kościuszkowskiej, powstań listopadowego, krakowskiego, styczniowego i warszawskiego?

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis, możesz polubić fanpage tego bloga na facebooku.