Głupota zabija na drogach, czyli kto tak naprawdę morduje pieszych

Każda przemyślana akcja mająca na celu zmniejszenie liczby śmiertelnych wypadków drogowych jest potrzebna. Tylko czy akcja, której towarzyszy tekst powołujący się na policyjne statystyki, według których piesi mordują co dziesiątą ofiarę wypadków drogowych jest przemyślana (Ewa Wesołowska, Głupota zabija na drogach, wSieci, nr 37/2014, czyli wydanie z 8.09, strony 44-45)? Dla tych, którym nie chce się klikać w link: akcja skierowana jest do pasażerów, którzy swoją prośbą mogą wpłynąć na niebezpieczne zachowanie kierowcy.

Czytając artykuł, który w większości skupia się na problemie brawurowej jazdy kierowców, głównie tych młodych, i promowaniu akcji Kochasz? Powiedz STOP wariatom drogowym, miałem wrażenie, że tekst pani Wesołowskiej mógłby trafić do planowanego przeze mnie pozytywnego przeglądu prasy. Miałby to być dział, w którym promowałbym wyjątkowo dobre i rzetelne artykuły z gazet, które staram się monitorować. Niestety, tygodnik braci Karnowskich znów mnie zawiódł. Autorka na sam koniec zarzuca pieszym powodowanie bardzo dużej liczby wypadków drogowych. Wprost pisze, że giną na drogach na własną prośbę. Niestety, twierdzi tak na podstawie rzetelnego źródła, jakim są statystyki policyjne. Pozwolę sobie przytoczyć ostatni akapit artykułu pani Wesołowskiej w całości:

Bezbronny jak pieszy

Wśród śmiertelnych ofiar na drogach zastraszająco wielu jest rowerzystów oraz pieszych. Z raportów policji wynika, że poruszający się na piechotę Polak jest dziesięć razy bardziej narażony na śmierć niż Szwed czy Duńczyk. Duża w tym wina braku infrastruktury, kładek i przejść podziemnych, zbyt małej liczby tzw. zebr, ale nie tylko. Winni są sami piesi, którzy nie używają odblasków, wychodzą z założenia, że to oni mają zawsze pierwszeństwo. W ubiegłym roku spowodowali oni 3 182 wypadki (9 proc. ogółu). W ich wyniku śmierć poniosło 576 osób. Głównie pieszych, którzy w obliczu kolizji z autem są bez szans. Podobnie jak rowerzyści, których co roku ginie ok. 500, a 5 tys. trafia do szpitali. Ryzyko śmierci rowerzysty jest w Polsce cztery razy wyższe niż w większości państw Unii. Nie zawsze wina leży po stronie zmotoryzowanego kierowcy. Cykliści często wymuszają pierwszeństwo, jeżdżą bez świateł, po pijanemu.

I giną.

Przyjrzyjmy się więc najpierw wspomnianym statystykom policyjnym za rok 2013 (raport do ściągnięcia ze strony policji), a potem zastanówmy się, w czym gorszy jest polski pieszy od pieszego ze Szwecji czy Danii.

W 2013 roku na przejściach dla pieszych wydarzyło się 3 647 wypadków (10,2% wszystkich wypadków), zginęło w nich 242 osoby (7,2% ogółu zabitych), a rannych zostało 3 672 osób (8,3% wszystkich rannych). Na chodniku lub drodze dla pieszych wypadków było 643 (1,8% ogółu), zmarło 39 osób (1,2% zabitych), rannych zostało 666 osób (1,5% wszystkich rannych).

Piesi spowodowali 3 182 wypadki (8,9% ogółu), w których zginęło 579 osób (17,2% ogółu zabitych), a obrażenia ciała poniosło 2 671 osób (6,1% ogółu rannych). 1773 (55,7%) tych wypadków spowodowanych było przez nieostrożne wejście na jezdnię przed jadącym pojazdem – w tych wypadkach zginęły 282 osoby (48,7% wszystkich zabitych z winy pieszego), a rannych zostało 1546 osób (57,7% rannych z winy pieszego).

A więc po kolei. Niepokoi duża ilość wypadków drogowych, które miały miejsce poza jezdnią. Ze statystyk wynika, że w całej Polsce prawie dwa razy dziennie jakiś kierowca lub rowerzysta wjeżdżał na chodnik lub drogę dla pieszych i powodował tam wypadek. Z zastrzeżeniem, że rowerzyści w sumie (czyli nie tylko na chodnikach) spowodowali 150 wypadków z udziałem pieszych, a w żadnym z nich nie było ofiar śmiertelnych.

Uderza dysproporcja między udziałem procentowym liczby osób zabitych przez pieszych, a rannych z ich winy. Możliwe wytłumaczenia tej sytuacji są dwa. Pierwsze wyjaśnienie jest bardzo proste i zakłada, że piesi są najgroźniejszymi mordercami spośród wszystkich uczestników ruchu drogowego. Czy może raczej samobójcami, bo w większości wypadków, które spowodowali, poszkodowani byli właśnie oni. Drugie jest bardziej złowieszcze: policja, być może chcąc uniknąć długiego dochodzenia lub litując się nad sprawcami wypadków, automatycznie wierzy kierowcom i obwinia pieszych, którzy nie bardzo mają jak przedstawić swoją wersję. Taką tezę stawia na swoim blogu psycholog transportu Jacek Grunt-Mejer. Na jej potwierdzenie przywołuje ten i ten artykuł (drugi link prowadzi do forum internetowego, ponieważ oryginalne artykuły w radomskim serwisie gazeta.pl i w archiwum nie już nie istnieją), a ja dorzucam jeszcze ten i ten.

Ponad połowa wypadków spowodowanych przez pieszych (1 773, czyli 55,7%) była spowodowana wtargnięciem na jezdnię bezpośrednio przed jadącym pojazdem. Na drugim miejscu znajdują się wypadki spowodowane przekraczaniem jezdni w miejscu niedozwolonym (11,3% wypadków), na jeszcze dalszym wejście na jezdnię przy czerwonym świetle (9,1% wypadków).

Co mówi kodeks drogowy? Pieszy może przekroczyć jezdnię w miejscu dozwolonym lub niedozwolonym. Przekraczanie jezdni w miejscu niedozwolonym ma swoje osobne miejsce w statystykach (11,3% wypadków). Z tego wynika, że nieostrożne wejście na jezdnię odbywało się zawsze w miejscu dozwolonym. Ustawa wymienia miejsca dozwolone w artykule 13. Są to: przejście dla pieszych, miejsce oddalone o 100 metrów od najbliższego przejścia dla pieszych i skrzyżowanie, z zastrzeżeniem, że dwie ostatnie możliwości są zabronione na drogach dwujezdniowych i drogach z wydzielonym torowiskiem w terenie zabudowanym. Dodatkowo pieszy pierwszeństwo przed pojazdem jadącym jezdnią ma tylko na przejściu dla pieszych.

Czyli jakaś część wtargnięć na jezdnię miała miejsce na przejściach dla pieszych. Nie da się oszacować niestety liczby tych zdarzeń, ponieważ statystyki nie rozróżniają przejść od innych miejsc, w których wolno przechodzić przez jezdnię. Z tego wynika, że nieprawdziwe jest twierdzenie pani Wesołowskiej, że jedną z głównych przyczyn wypadków z udziałem pieszych jest brak infrastruktury. Przecież ponad połowa powodowanych przez nich kolizji zdarzyła się w miejscach, w których mają prawo się pojawić.

Skąd więc tak wysoka liczba wypadków powodowanych przez pieszych w obrębie przejścia dla pieszych? Z obowiązującego stanu prawnego. Z kodeksu drogowego możemy wyczytać:

Art. 13

1. Pieszy, przechodząc przez jezdnię lub torowisko, jest obowiązany zachować szczególną ostrożność oraz (…) korzystać z przejścia dla pieszych. Pieszy znajdujący się na tym przejściu ma pierwszeństwo przed pojazdem.

Art. 14

Zabrania się:

1. wchodzenia na jezdnię:

a. bezpośrednio przed jadący pojazd, w tym również na przejściu dla pieszych,

b. spoza pojazdu lub innej przeszkody ograniczającej widoczność drogi.

Pieszy w Polsce chroniony jest dopiero w momencie, w którym już znajduje się na przejściu dla pieszych. Takie rozwiązanie oznacza, że kierowca wcale nie musi ustąpić pierwszeństwa pieszemu zbliżającemu się do przejścia lub przed nim stojącemu. Co więcej, pieszy nie ma prawa wejść bezpośrednio przed jadący pojazd. Dzięki tym dwóm przepisom bardzo łatwo obwiniać pieszych za wypadki na przejściach, a kierowcom pozwala się łatwo uniknąć odpowiedzialności za spowodowany przez siebie wypadek. No bo przecież pieszy mógł nie pchać się pod koła jadącego pojazdu.

W Sejmie znajduje się projekt nowelizacji kodeksu, który będzie dawał pierwszeństwo pieszemu wchodzącemu na przejście, ale projekt nowelizacji utknął w komisji. Pół kroku do przodu, dosłownie. Cóż bowiem znaczy wchodzący na przejście? Nie jest to osoba, która przed przejściem czeka. Co gorsze, projekt nie zawiera też zmiany artykułu 14, zabraniającemu pieszemu pchania się pod koła. Czyli jeśli projekt tej nowelizacji kiedyś zostanie przyjęty w dzisiejszym brzmieniu, wchodzący na zebrę pieszy, mający pierwszeństwo przed jadącymi samochodami, dalej będzie mógł wtargnąć na jezdnię bezpośrednio przed jadący pojazd.

Jak sprawa ma się w innych krajach? Jakiś czas temu Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego opublikowała przygotowany dla niej raport dotyczący ochrony pieszych na przejściach. Co z niego wynika?

Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry były jedynymi państwami spośród przebadanych, w których prawo chroni pieszego dopiero w momencie, w którym znajdzie się on na przejściu dla pieszych. Francja i Norwegia daje pieszemu pierwszeństwo przed nadjeżdżającymi pojazdami nawet wtedy, gdy pieszy nie ma wyraźnego zamiaru przejścia przez zebrę.

ochorna pieszychŹródło

A jak wygląda śmiertelność pieszych w państwach europejskich? Warto zwrócić uwagę na kraje, w których pieszy uzyskuje pierwszeństwo przed jadącymi pojazdami dopiero w momencie zbliżania się do pasów (Polska, Rumunia, Słowacja, Słowenia i Węgry). Piesi z tych krajów są najbardziej narażeni na śmierć. Raport Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego nie uwzględnia sytuacji prawnej Grecji, Łotwy i Estonii, w których śmiertelność ta jest duża.

Mapka zawiera dane z 2008 roku – według statystyk policyjnych zginęło wówczas 1882 pieszych. Dla porównania – w omawianym przeze mnie w tej notce 2013 roku na drogach zginęło w sumie 1140 pieszych, co daje wskaźnik śmiertelności w okolicach 30 osób na 1 mln mieszkańców.

Źródło

Myli się więc pani Wesołowska pisząc, że piesi giną na własną prośbę. Piesi giną, bo przepisy w Polsce nie chronią tych, którzy są najsłabszymi uczestnikami ruchu drogowego. Wręcz przeciwnie, przepisy zezwalają kierowcom na kompletny brak ostrożności przed przejściami dla pieszych.

Jeżeli zainteresował Cię temat tego artykułu, możesz poczytać więcej na blogu Strefa piesza lub na stronie Transport Publiczny. Możesz też polubić fanpage’a Negatywnego przeglądu prasy na Facebooku.

Reklamy