Gdzie jest paszport dla mojego dziecka?

Wyobraź sobie, że spierdalasz z Polski razem ze swoim partnerem/swoją partnerką do jakiegoś normalnego kraju, który jest chętny rozpoznać i objąć ochroną wasz związek. Wreszcie nie jesteście obcymi sobie osobami, wreszcie możecie korzystać z pełni praw przysługujących parom heteroseksualnym znajdującym się w takiej samej sytuacji. Jesteście szczęśliwi/szczęśliwe, a w waszym życiu pojawia się wymarzone dziecko. Załatwiacie podstawowe formalności i planujecie wizytę u babci malucha na najbliższe święta.

Niestety nagle okazuje się, że Polska nie odpuszcza i znowu dostajecie z pięści w brzuch. Myśleliście/myślałyście, że już udało się wam uciec od tej paskudnej rzeczywistości? Dobre sobie, Polska was dopadnie zawsze i wszędzie.

Teoretycznie wasze dziecko jest obywatelem polskim, bo przecież jest twoim dzieckiem, a ty masz polskie obywatelstwo. Dziecko nie jest jednak obywatelem państwa, w którym się urodziło, bo nie obowiązuje w nim zasada prawa ziemi, zgodnie z którym dziecko urodzone na terytorium danego państwo nabywa jego obywatelstwo. To znaczy, że jedyne dokumenty tożsamości, jakie twoje dziecko może dostać to dokumenty polskie. A żeby dostać polskie dokumenty, trzeba mieć PESEL, a żeby dostać PESEL, trzeba przedstawić akt urodzenia.

I tu pojawia się problem, bo w akcie urodzenia twojego dziecka jako rodzice wpisane są dwie osoby tej samej płci. Urzędas w okienku robi wielkie oczy, rozkłada ręce, w życiu bowiem takich dziwów nie widział. No ale co zrobić, nie może przecież zaakceptować aktu urodzenia, w którym są dwie mamusie albo dwóch tatusiów! Skoro nie będzie aktu urodzenia to nie będzie PESEL-u, dowodu osobistego ani paszportu. Co to oznacza? Że ten urzędas właśnie efektywnie pozbawił twoje dziecko możliwości korzystania z dobrodziejstw wynikających z polskiego obywatelstwa.

Wiem, wiem – „dobrodziejstwa z bycia Polakiem” – to sformułowanie brzmi wyjątkowo śmiesznie. Tylko że z dokumentem potwierdzającym to obywatelstwo można robić bardzo dużo rzeczy. Przykładowo – wyjechać za granicę w ramach swobodnego przepływu osób w ramach UE, czy skorzystać z polskiego systemu opieki zdrowotnej.

No ale dobra, sprawa nie jest jeszcze przegrana, prawda? Istnieje coś takiego jak kontrola sądowa administracji, w Polsce realizowana przez odrębne sądownictwo administracyjne. Liczysz, że w sądzie znajdziesz sprawiedliwość dla swojego dziecka, więc idziesz do prawnika i on już zajmuje się skierowaniem sprawy na drogę sądową. Jeśli jesteś szczęściarzem – trafiasz na normalny skład sędziowski, który rozwiązuje twój problem i pozwala twojemu dziecku na pełne cieszenie się z (hyhyhy) dobrodziejstw polskiego obywatelstwa.

Nie będziesz jednak szczęściarzem, jeśli sąd będzie rozpoznawał twoją sprawę po poniedziałku 2.12.2019 r. Tego dnia Naczelny Sąd Administracyjny wziął i nasrał na prawo twojego dziecka do efektywnego korzystania z obywatelstwa.

Tyle wstępu, teraz może pokrótce o tym, o czym będzie ta krótka notka? Postaram się poruszyć w niej kilka wątków, niezbędnych do zrozumienia, dlaczego poniedziałkowa uchwała NSA będzie miała takie chujowe skutki. Mianowicie zajmę się próbą wyjaśnienia:

  • dlaczego polscy urzędnicy odmawiają dokonywania transkrypcji zagranicznych aktów urodzenia, w których wpisani są rodzice tej samej płci;
  • jak do tej pory sądy radziły sobie z podobnymi sytuacjami;
  • jak poniedziałkowa uchwała NSA wpłynie na podobne sprawy w przyszłości.

Mam nadzieję, że nie umrzesz z nudów w czasie dalszej lektury.

 

1. Dlaczego urzędnicy nie chcą polskich dzieci w Polsce

Transkrypcja dokumentów stanu cywilnego

Interesowało cię kiedyś, jak wygląda polski akt urodzenia? Nie? Nic mnie to nie obchodzi, tak czy inaczej ci go pokażę.

odpis-zupelny-aktu-urodzenia-1z2
Pierwsza strona wzoru odpisu zupełnego aktu urodzenia, link

Zauważyłeś pewnie, że w rubryce „dane rodziców” widnieją dwie pozycje – ojciec i matka? Nie „rodzic 1” i „rodzic 2”, tylko ojciec i matka.

No dobra, ale to jest wzór polskiego aktu urodzenia, jak to się ma do dzieci urodzonych za granicą, którym wystawiono zagraniczny akt urodzenia? Ma się bardzo dużo. Żeby wskazać, co dokładnie, to trzeba otworzyć magiczną książeczkę z przepisami zwaną Prawo o aktach stanu cywilnego. W tej ustawie znajduje się art. 104, którego ustęp 1 brzmi:

Zagraniczny dokument stanu cywilnego, będący dowodem zdarzenia i jego rejestracji, może zostać przeniesiony do rejestru stanu cywilnego w drodze transkrypcji.

Czym jest transkrypcja zagranicznego dokumentu stanu cywilnego? To wierne i literalne przeniesieniu treści zagranicznego dokumentu. Polski urzędnik dokonujący transkrypcji nie może ingerować w treść dokumentu, bo poświadczałby nieprawdę i inne takie tam bzdury związane z mocą prawną aktów stanu cywilnego, nad którymi nie będziemy się tutaj pochylać. [1]

Dla omawianej sytuacji istotne znaczenie ma przede wszystkim jeden z dalszych ustępów cytowanego wcześniej artykułu, tj. ustęp 5:

Transkrypcja jest obligatoryjna, jeżeli obywatel polski, którego dotyczy zagraniczny dokument stanu cywilnego, posiada akt stanu cywilnego potwierdzający zdarzenia wcześniejsze sporządzony na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i żąda dokonania czynności z zakresu rejestracji stanu cywilnego lub ubiega się o polski dokument tożsamości lub nadanie numeru PESEL.

Skoro ustawodawca mówi, że w wymienionych przypadkach transkrypcja jest obligatoryjna, to chyba sprawa jest załatwiona, prawda? Szczególnie że bez tej czynności urząd nie wyda twojemu dziecku polskiego dokumentu tożsamości, ani nie nada numeru PESEL, co uniemożliwi mu np. poruszanie się po Unii Europejskiej, czy wyjazd z kraju, w którym się urodziło do Polski. To chyba oznacza, że urzędas musi wziąć dupę w troki i z podkulonym ogonem dokonać tej transkrypcji w każdym przypadku wskazanym w tym przepisie, prawda?

No nie do końca. Mimo tego, że ustawa wyraźnie wskazuje na obligatoryjność transkrypcji aktu stanu cywilnego w określonych przypadkach, to urzędnik nie zawsze powinien takiej transkrypcji dokonać. Wyobraźmy sobie sytuację, w której 14-letnia Polka wychodzi za granicą za mąż za dorosłego faceta. Małżeństwo jest religijne, ale państwo trzecie rozpoznaje ten związek i sankcjonuje go wystawiając dokument stanu cywilnego. [2] Czy polski urzędnik powinien transkrybować taki dokument w opisanym powyżej trybie? Jeśli dokładnie wczytamy się w to, co pozostawiłem poza podkreśleniem, to moglibyśmy uznać, że urzędnik będzie miał obowiązek transkrypcji takiego aktu małżeństwa.

Czy to oznacza, że art. 104 ust. 5 Prawa o aktach stanu cywilnego dopuszcza sankcjonowanie przez państwo pedofilskich związków małżeńskich zawieranych w państwach trzecich? Jak pewnie się domyślacie – odpowiedź na to pytanie brzmi nie.

 

Klauzula porządku publicznego

Jaki mechanizm prawny umożliwia urzędnikowi (i później sądom) uniknięcie sankcjonowania sytuacji dopuszczalnych w innych państwach, ale niedopuszczalnych w Polsce? Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy zmienić ustawę i udać się do Prawa prywatnego międzynarodowego, w którym znajduje się art. 7:

Prawa obcego nie stosuje się, jeżeli jego stosowanie miałoby skutki sprzeczne z podstawowymi zasadami porządku prawnego Rzeczypospolitej Polskiej.

Podobne regulacje znajdują się praktycznie we wszystkich aktach prawnych regulujących to, którego państwa prawo powinno być zastosowane w stosunkach międzynarodowych. Zarówno tych międzynarodowych, jak i w wewnętrznym ustawodawstwie innych krajów.

Aby dobrze zrozumieć, co tak naprawdę mówi przywołany artykuł, musimy odwołać się do teorii prawa. UGHHH TAK, WIEM, BĘDZIE JESZCZE BARDZIEJ NUDNO NIŻ BYŁO DO TEJ PORY. Bardzo mi przykro, ale art. 7 PPM zawiera klauzulę generalną [3], a żeby dobrze zrozumieć opisywaną sytuację, trzeba wyjaśnić to pojęcie.

Czym jest zatem klauzula generalna? To pojęcie niejednoznaczne i nie jest proste do zdefiniowania. Na pewno przepisy zawierające klauzule generalne zawierają pojęcia o charakterze oceniającym, czym umożliwiają dokonywanie organom stosującym prawo dokonywanie odpowiednich ocen wybiegających poza suche przepisy. Klauzule generalne mogą również odsyłać do kryteriów pozaprawnych (np. do norm moralnych, przykładowo do „zasad współżycia społecznego”, cokolwiek to znaczy). Na pewno klauzula generalna to taka norma prawna, która celowo została sformułowana w sposób nieostry lub niedookreślony. [4]

Ale jak to? Przepisy i normy powinny przecież być ostre i dookreślone, żeby nie było problemów z ich stosowaniem, prawda? No właśnie nie zawsze. Ustawodawca wprowadza klauzule generalne do systemu prawnego po to, żeby uelastycznić ten system, by organy stosujące prawo miały możliwość dostosowywania swojej działalności do indywidualnych spraw, w których literalne stosowanie przepisów doprowadzi do pokrzywdzenia poszczególnych osób. Takie przepisy są potrzebne właśnie po to, żeby chronić porządek prawny przed nadużyciami i absurdalnymi sytuacjami (jak np. uznawanie zagranicznych małżeństw religijnych zawieranych z 14-latkami).

Właśnie takim mechanizmem zabezpieczającym jest m. in. klauzula porządku publicznego. Jest to klasyczny przykład chronienia się państwa przed decyzjami innych państw, jeśli decyzje te pozostają w sprzeczności z porządkiem prawnym tego pierwszego. Wykorzystuje się wskazany powyżej mechanizm klauzuli generalnej, który przenosi ciężar podejmowania decyzji o zgodności z prawem konkretnych sytuacji z ustawodawcy na organ stosujący prawo.

Ten mechanizm niestety jest obecnie wykorzystywany w Polsce do odmawiania Polakom możliwości z korzystania ich podstawowych praw.

 

Odmowa transkrypcji zagranicznego aktu urodzenia przez urzędników

Jak zapewne wiesz, Polska nie rozpoznaje związków jednopłciowych, zawieranych poza jej granicami. Ponadto nie zezwala parom jednopłciowym na adopcję dzieci. Przepisy prawa rodzinnego zawierają definicję macierzyństwa i ojcostwa. Organy stosujące prawo wywodzą sobie z tego, że w Polsce rodzicami muszą być osoby różnej płci. Potwierdzeniem tego jest przywołany już wyżej wzór odpisu aktu urodzenia, który ma dwa obowiązkowe pola do wypełnienia – jedno wskazujące na matkę, drugie na ojca.

Praktyką w urzędach jest zasłanianie się klauzulą porządku publicznego (tj. art. 7 PPM) przed dokonaniem obligatoryjnej transkrypcji zagranicznego aktu urodzenia (obowiązek wynikający z art. 104 ust. 5 PASC) zawierającego jednopłciowych rodziców.

Po wyczerpaniu środków odwoławczych w administracji takie sprawy zwykle trafiają do sądów administracyjnych.

 

2. Co ważniejsze – dziecko czy świstek papieru?

Wyobraź sobie, że sprawa twojego dziecka wreszcie trafia do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Sprawuje on kontrolę nad działalnością administracji publicznej, a więc ma prawo ocenić, czy decyzja urzędnika o odmowie transkrypcji aktu urodzenia twojego dziecka była prawidłowa, czy też nie.

Sąd w takim przypadku staje przed bardzo trudnym dylematem: musi zdecydować co jest ważniejsze. Czy ważniejsze jest dobro dziecka i umożliwienie mu efektywnego korzystania z praw wynikających z polskiego obywatelstwa? Czy może ważniejsze jest zachowanie czystości prawnej przepisów o aktach stanu cywilnego i kodeksu rodzinnego przejawiające się w wyglądzie papierka będącego wzorek aktu urodzenia? Do tej pory orzecznictwo w takich sprawach było rozbieżne.

 

To nie jest kraj dla moich dzieci

Jedna linia orzecznicza była taka, że to urzędnicy mają rację odmawiając transkrypcji zagranicznych aktów urodzenia. Przepisy obowiązujące na terenie Rzeczypospolitej Polskiej nie przewidują przecież ani możliwości usankcjonowania związku osób tej samej płci, ani możliwości przysposobienia dziecka przez osoby tej samej płci. Pojęcia „rodzicielstwo”, „rodzice” zawsze odnoszą się do osób różnej płci, tj. kobiety i mężczyzny, na co wskazuje także jednoznacznie art. 18 Konstytucji, który stanowi, że małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej.

Najbardziej kuriozalnym elementem tej linii orzeczniczej jest troska o zachowanie właściwej formy aktu urodzenia – stąd tyle miejsca poświęciłem wcześniej na jej opisanie. Sądy odmawiały uwzględnienia skarg wnoszonych przez rodziców, bo wpisując do polskiej księgi urodzeń tak sporządzony za granicą akt urodzenia Kierownik USC musiałby wpisać dwie osoby tej samej płci, przy czym jedną z nich w rubryce „matka” a drugą „ojciec”.

Chciałbym, żeby to dobrze siadło. Sądy odmawiały polskim obywatelom prawa do posiadania PESEL-u i dokumentów potwierdzających to obywatelstwo i gwarantujących możliwość korzystania z wszelkich uprawnień wynikających z tego obywatelstwa, bo na druczku ministerialnym jest napisane „matka” i „ojciec”. Treść klauzuli generalnej zawartej w art. 7 PPM została wypełniona przez orzecznictwo w ten sposób, że posiadanie rodziców tej samej płci zostało uznane za pozostające w sprzeczności z ministerialnym wzorem jednego z urzędowych dokumentów. Na tej podstawie odmawiano dzieciakom dostępu do ich podstawowych praw.

Dodatkowo w uzasadnieniach tych orzeczeń pojawiają się pierdy, że przecież odmowa transkrypcji aktu urodzenia nie będzie uniemożliwiała w przyszłości ustalenia i wykazania przed polskimi organami i sądami swojego obywatelstwa. [5] Ciekawi mnie w jakim trybie miałoby to nastąpić? Powództwo o ustalenie obywatelstwa polskiego? Powództwo o wydanie dowodu osobistego? Powództwo o wpisanie do bazy PESEL? Spróbujcie dostać te rzeczy bez aktu urodzenia w aktach stanu cywilnego, powodzenia.

Na szczęście pojawiła się linia orzecznicza, idąca w kompletnie inną stronę.

 

Dziecko ważniejsze od druczku

W ubiegłym roku pojawił się przełomowy wyrok NSA, po którym pojawiły się kolejne, zawierające podobne rozstrzygnięcia. [6] Podobne rozstrzygnięcia pojawiały się już wcześniej na niższym szczeblu, tj. w Wojewódzkich Sądach Administracyjnych. [7]

Generalnie chodzi o to, że po kilku latach polskie sądy administracyjne nareszcie dostrzegły, że odmowa transkrypcji aktu urodzenia (bez którego nie dostanie się PESEL-u, bez którego z kolei nie dostanie się dowodu osobistego i paszportu) stanowi rażące naruszenie praw dziecka. Sądy przywoływały rozbudowaną argumentację, na którą składało się m. in. to, że przepis wyraźnie mówi o obligatoryjnej transkrypcji zagranicznego dokumentu stanu cywilnego w przypadku, gdy obywatel polski ubiega się o nadanie numeru PESEL albo wydanie dowodu tożsamości. Przecież odmowa takiej czynności prowadzi do ograniczenia dostępu do polskiego systemu oświaty, polskiego systemu opieki zdrowotnej, czy uniemożliwienia podróżowania do innych państw.

Do tego doszukano się naruszeń Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, przywołując orzeczenia Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który wielokrotnie wypowiadał się na temat tego, że jeśli dochodzi do kolizji norm prawnych, to podstawową regułą kolizyjną (tj. taką, która pozwala na rozstrzygnięcie, która z dwóch sprzecznych norm powinna znaleźć zastosowanie w konkretnej sprawie) powinna być dyrektywa nakazująca jak najpełniejsze poszanowanie praw dziecka. No i do kurwy nędzy, przecież dyrektywa jak najpełniejszego poszanowania praw dziecka nie jest czymś nieznanym w polskim prawie rodzinnym i administracyjnym. Ta zasada nie wynika sobie tylko z jakiegoś abstrakcyjnego orzecznictwa jakiegoś tam sądu międzynarodowego, ona jest obecna we wszystkich polskich instytucjach prawnych związanych z dziećmi. [8]

Wydawało się, że polskie sądy stanęły na wysokości zadania i znalazły złoty środek do rozwiązywania podobnych problemów w przyszłości. Nie byłby to pierwszy raz, gdy wobec braku inicjatywy ustawodawcy w zakresie ochrony praw osób LGBT i ich bliskich, taką pustkę prawną wypełnia orzecznictwo. Podobnie było przecież z uzgodnieniem płci. Do dzisiaj nie ma żadnej regulacji ustawowej w tym zakresie, a osobom pragnącym uzgodnić płeć pozostaje powództwo o ustalenie, uregulowane w art. 189 KPC. Co prawda jest to procedura trochę uwłaczająca, sąd rozpoznaje sprawę w trybie procesowym, jak każdą inną, a sami zainteresowani zmuszeni są do pozywania swoich rodziców, opiekunów prawnych lub kuratorów. Ale przecież jakoś to działa, z naciskiem na jakoś.

Wydawało się, że już będzie dobrze także w sprawach dzieci pochodzących z polskich rodzin jednopłciowych założonych za granicą. Niestety przyszła Polska i zesrała się nam wszystkim na głowy.

 

3. Żadnych złudzeń, żadnych marzeń, panowie i panie.

W poniedziałek 2.12.2019 r. Naczelny Sąd Administracyjny w składzie 7 sędziów wziął i spuścił do kibla pogląd o prymacie dobra dziecka nad tym, jak wygląda druczek polskiego aktu urodzenia. Skąd się wzięła ta uchwała? I dlaczego oznacza ona prawdopodobnie koniec linii orzeczniczej korzystnej dla dzieci pochodzących z par jednopłciowych? Postaram się wyjaśnić w ostatniej części tego troszkę przydługiego wpisu.

 

Nie kłóć się, przecież możesz mieć paszport tymczasowy

Do NSA wpłynęła skarga kasacyjna od wyroku WSA w Warszawie w identycznej sprawie, o których jest cała ta notka. Skład orzekający stwierdził, że występują poważne rozbieżności w orzecznictwie, a przecież jednym z zadań NSA jest podejmowanie uchwał mających na celu wyjaśnienie przepisów prawnych, których stosowanie wywołało rozbieżności w orzecznictwie sądów administracyjnych. W takim przypadku przekazuje się zagadnienie prawne do rozpoznania przed składem większym niż zwykle. Zagadnienie prawne przedstawione składowi 7 sędziów NSA brzmiało następująco:

Czy przepis art. 104 ust. 5 (…) Prawo o aktach stanu cywilnego w związku z art. 7 ustawy Prawo prywatne międzynarodowe, dopuszcza transkrypcję zagranicznego aktu urodzenia dziecka, w którym jako rodzice wpisane są osoby tej samej płci?

NSA podjął uchwałę, z której wynika, że polskie prawo nie dopuszcza wpisania do polskich akt stanu cywilnego zagranicznego aktu urodzenia dziecka, w którym jako rodziców wpisano dwie kobiety. Na razie nie dysponujemy jeszcze pisemnym uzasadnieniem uchwały, ale za to mamy relację z ustnego uzasadnienia motywów tego orzeczenia. [9]

Wydaje się, że wróciliśmy do starszej linii orzeczniczej, zgodnie z którą druczek jest ważniejszy niż prawa dziecka. Podobno sędzia sprawozdawca przedstawiając ustne motywy orzeczenia wskazał, jakie kroki może podjąć matka dziecka pozbawionego prawa do polskiego paszportu. Otóż może ona złożyć… skargę na bezczynność organu, który pozostawił jej wniosek o wydanie paszportu bez rozpoznania. Jak to przeczytałem to mi szczęka opadła. Co przepraszam, jak sobie NSA to wyobraża? Wejdzie sobie WSA i nakaże rozpoznanie wniosku o paszport? No fajnie, tylko gdzie jest PESEL, gdzie jest akt urodzenia? Przecież taki wniosek zostanie odrzucony przez organ administracyjny.

Dalej sąd powiedział, że przecież dziecko skarżącej kobiety może korzystać z paszportu tymczasowego. Doskonała argumentacja, całe życie na paszporcie tymczasowym.

Mam wielką nadzieję, że sprawa skończy się w Strasburgu i ci ludzie dostaną solidne odszkodowanie od państwa.

Jednak to nie sposób ustnej argumentacji jest najgorszy w tej sprawie. Najgroźniejsze dla praw dzieci z zagranicznych związków jednopłciowych jest to, czym ta uchwała jest z punktu widzenia systemu sądownictwa administracyjnego (i w ogóle całej polskiej administracji).

Moc uchwał „siódemkowych”, czyli dlaczego od poniedziałku mamy przesrane

Zagadnienie tzw. prawa sędziowskiego i sądowego ustawodawcy jest bardzo szerokim i rozległym tematem. Jedno jest pewne – mimo tego, że teoretycznie podstawowym źródłem prawa w Polsce jest działalność parlamentu, to w przepisach procesowych znajdują się takie, które pozwalają sędziom SN i NSA kształtować prawo w bardzo szerokim zakresie. Głównym narzędziem takiej działalności jest podejmowanie tzw. uchwał „siódemkowych” w sprawach szczególnie skomplikowanych i budzących poważne wątpliwości.

Jak to działa w postępowaniu sądowoadministracyjnym? Uchwały takie są de facto wiążące dla wszystkich składów sądów administracyjnych (a więc pośrednio również dla  innych organów, które pozostają pod kontrolą sądownictwa administracyjnego) z mocy art. 269 § 1 PPSA. Zgodnie z nim, jeśli jakikolwiek skład sądu administracyjnego rozpoznający sprawę nie podziela stanowiska zajętego w uchwale składu siedmiu sędziów, przedstawia powstałe zagadnienie prawne do rozstrzygnięcia odpowiedniemu składowi.

Oznacza to, że jeśli któryś sąd będzie chciał wrócić do korzystnej z punktu widzenia interesu dziecka linii orzeczniczej zezwalającej na transkrypcję aktów urodzenia, to trzeba będzie wydać kolejną uchwałę. [10] Szanse na taki rozwój sytuacji w najbliższej przyszłości są bliskie zeru – nikt przecież nie pójdzie jeszcze raz do NSA po to, żeby zajął się on tym, co dopiero co zostało rozstrzygnięte. Efektywnie oznacza to, że dopóki sprawą nie zajmie się ETPCz, polskie dzieciaki rodzące się za granicą w rodzinach jednopłciowych nie będą mogły korzystać z polskiego obywatelstwa. Bo wzór papierka opracowany przez Ministra Sprawiedliwości jest ważniejszy niż prawa tych dzieciaków.

I to jest główny powód, dla którego ta uchwała tak bardzo mnie wkurwiła.

 

4. Podsumowanie

Wydawało się, że udało się wywalczyć mały bastion normalności. Że nasze prawa i prawa naszych bliskich będą w jakimś niewielkim zakresie respektowane. Pojawiły się przecież na horyzoncie orzeczenia korzystne dla tych wszystkich dzieciaków, którym polskie urzędasy odmawiały m.in. prawa do wyjazdu za granicę.

I wczoraj Naczelny Sąd Administracyjny wszedł cały na biało. A my zostaliśmy z ręką w nocniku.


Przypisy:

[1] postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 8 maja 2015 r., sygn. akt III CSK 296/14
[2] więcej do poczytania o sprawie 14-latki, która zawarła małżeństwo religijne i braku obowiązku uznaniu takiego małżeństwa przez państwo trzecie – wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka z dnia 8 grudnia 2015 r., sygn. akt 60119/12
[3] J. Poczobut (red.), Prawo prywatne międzynarodowe. Komentarz, 2017
[4] A. Bator (red.), Wprowadzenie do nauk prawnych. Leksykon, 2008
[5] dokładny opis linii orzeczniczej wraz z wykazem przykładowych orzeczeń znajduje się w uzasadnieniu postanowienia Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 17.04.2019 r., sygn. akt II OSK 1330/17
[6] T. Tadla, Glosa do wyroków NSA z dnia 10 i 30 października, II OSK 1868/16, II OSK 1869/16, II OSK 1870/16, II OSK 2552/16, 2019
[7] wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Poznaniu z dnia 05.04.2018 r., sygn. akt II SA/Po 1169/17
[8] wyrok Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 10.10.2018 r., II OSK 2552/16
[9] K. Żaczkiewicz-Zborska, NSA: Dziecko dwóch kobiet nie uzyska transkrypcji aktu urodzenia, link, Sygnatura akt II OPS 1/19, uchwała 7 sędziów z 2 grudnia 2019 r.
[10] T. Woś, Prawo o postępowaniu przed sądami administracyjnymi. Komentarz, 2016

Kto jest odpowiedzialny za Białystok, czyli dlaczego Sakiewicz kłamie. Część pierwsza

Wypowiedzi Tomasza Sakiewicza często są obrzydliwe, a do tego kłamliwe. Co do tego nigdy chyba nie było wątpliwości. W wywiadzie przeprowadzonym przez Magdalenę Rigamonti daje tego dobitny przykład. Cała rozmowa pełna jest sformułowań, które powinny wywołać co najmniej oburzenie u każdego reprezentanta tej tak zwanej „normalnej większości”, tak hołubionej przez Sakiewicza. Przykładem niech będzie zdanie, w którym ten typ wyraża opinię, jakoby wielu z homoseksualistów, którzy pracują w Gazecie Polskiej zakładało, że ich romans z homoseksualizmem jest czasowy. Już się oburzyliście czy jeszcze wam mało?

Nie będę się skupiał na obrzydliwościach wypowiadanych przez tego typa. Nie wracam na swojego zakurzonego blogaska po kilku latach po to, żeby kopać się z koniem i wymyślać równie obelżywe wyzwiska co on (a wierzcie mi, urodziło się ich w mojej głowie wiele, odkąd przeczytałem ten wywiad). Nie uważam, żeby wytykanie wszystkich jego podłości i przekłamań prowadziło do czegoś konstruktywnego. Tych bzdur w większości nie da się sprostować ani nie da się z nimi polemizować. No bo co, przepraszam, jak tu obnażyć kłamstwo, że większość homoseksualistów zatrudnionych u Sakiewicza marzy o normalnym życiu jako heteroseksualiści?

Z większą częścią tych bredni Rimagonti rozprawiła się bardzo sprawnie. Przykładowo obnażyła brak spójności jego bajdurzeń o ideologii LGBT (nie wiem, czy wiecie, ale w marszach równości paraduje jakaś efemeryczna ideologia, a nie żywi ludzie), czy zwykłe buractwo (typ zarzucił krytykom naklejki „strefa wolna od LGBT” niedorośnięcie do etosu wykształcenia wyższego, samemu go nie posiadając). Na kilka drobnych kłamstw Rigamonti nie zwróciła jednak uwagi. Wobec tego dzisiaj zajmiemy się dwoma bardzo prostymi do obalenia kłamstewkami naczelnego Gazety Polskiej. Pierwszym będzie kwestia tego, kto ponosi odpowiedzialność za zamieszki w Białymstoku. Drugim będzie to, kto może w Polsce adoptować dzieci.

Kłamstwo nr 1: czy prezydent Truskolaski jest odpowiedzialny za zamieszki w Białymstoku?

Tomasz Sakiewicz: Uważam, że prezydent Truskolaski powinien stanąć (…) przed sądem. Stworzył powszechne zagrożenie. Te marsze nie powinny się w ogóle odbyć. Trzeba było wziąć na siebie ciężar zakazaniu marszów i nie doprowadzić do bijatyki.

Według tego typa winnym zamieszek, które miały miejsce w Białymstoku w trakcie marszu równości w sobotę 20 lipca, był prezydent Białegostoku. Wina ta miała objawić się tym, że nie zakazał organizacji marszów i przez to doprowadził do eskalacji konfliktu. Według Sakiewicza Truskolaski powinien był zakazać obu marszów. Pytanie tylko czy mógł zakazać marszu równości?

O ile nie żyjesz pod kamieniem, odpowiedź nie powinna cię zaskoczyć. Prezydent miasta nie miał podstaw do zakazania białostockiego marszu równości. Ewentualna decyzja zakazująca marszu byłaby niezgodna z prawem i zostałaby uchylona przez sąd rozpoznający odwołanie organizatorów. W ostatnim czasie przekonali się o tym włodarze Lublina, Gniezna i Rzeszowa, którzy próbowali nadużyć swojej władzy i aplikować pokrętną logikę Sakiewicza. Szczęśliwie przez wszystkie te miasta marsze przeszły pomimo próby ich zablokowania przez niekompetentnych samorządowców (już nie chcę ich nazywać oportunistami).

Mnie jednak odpowiedź na pytanie zamykająca się w pojedynczym „nie” nie zadowala. Dlaczego Truskolaski nie mógł zakazać marszu równości? Postaram się odpowiedzieć na tak zmodyfikowane pytanie w sposób zwięzły i jak najbardziej zrozumiały. Mam nadzieję, że uda mi się nie przynudzać za bardzo.

Krótki wykład o prawach człowieka

Każdy system prawny oparty jest na jakichś naczelnych zasadach, którym podporządkowane jest całe prawo. Standardem we wszystkich demokratycznych porządkach prawnych już od dłuższego czasu jest to, że zestawem takich naczelnych zasad są prawa i wolności człowieka. Rozumie się je w przeróżny sposób, ale ich katalog pozostaje mniej więcej taki sam, niezależnie od ujęcia. Uznaje się, że jednym z podstawowych i najważniejszych praw człowieka jest wolność zgromadzeń.

Ale hola hola, dlaczego akurat wolność zgromadzeń jest tak ważnym prawem człowieka? Jak ma się wolność zgromadzeń do prawa do życia? Zakazu tortur? Prawa do wolności osobistej? Czy to nie są podstawowe prawa, które należy za wszelką cenę chronić i stawiać na czele katalogu? Odpowiadając – jest bardzo duża różnica pomiędzy, przykładowo, zakazem tortur a wolnością zgromadzeń. To pierwsze jest tzw. prawem osobistym, dotyczącym sfery osobistej każdego człowieka. To drugie jest tzw. prawem politycznym, zbiorowym (nazwijcie to jak chcecie, nie mam zamiaru tutaj dyskutować sam ze sobą na temat właściwego nazewnictwa) – tzn. że dotyczy działalności każdego człowieka w sferze publicznej. A w sferze publicznej nie ma chyba ważniejszego prawa niż wolność zgromadzeń. Dlaczego? Chodzi przede wszystkim o zagwarantowanie wpływu członków społeczności na władze publiczne. Wszak każdemu zapewnia się wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich (tak przynajmniej ta wolność jest sformułowana w naszej ustawie zasadniczej). Mądre głowy piszące opasłe tomiska doszły kiedyś do wniosku, że zgromadzenia obywateli są jednym z podstawowych sposobów oddziaływania na politykę państwa i stąd tak duża waga tej akurat wolności [1].

Chcecie jakichś przykładów? Służę uprzejmie. Dwa lata temu byliśmy świadkami tego, jak zgromadzenia publiczne mogą bezpośrednio oddziaływać na politykę państwa. Na skutek masowych protestów przeciwko reformie sądownictwa i nowelizacjom trzech ustaw (o Krajowej Radzie Sądownictwa, o ustroju sądów powszechnych i o Sądzie Najwyższym) latem 2017 roku Andrzej Duda zawetował dwie z nich, podpisując jedynie tę dotyczącą prawa o ustroju sądów powszechnych. Nie oceniając samych protestów, ich skuteczności, decyzji prezydenta i jego prawdziwych motywów, czy wreszcie późniejszych losów sądownictwa, nie da się zaprzeczyć stwierdzeniu, że masowe zgromadzenia wpłynęły na politykę państwa.

No to jak do tej pory było doniośle, biało-czerwone flagi powiewały na wietrze, zapalone świeczki poszły w górę, odśpiewaliśmy „wolność kocham i rozumiem”. Ale prawa i wolności człowieka mają też mniej przyjemną stronę. Praktycznie każde z nich może być przez państwo w jakiś sposób ograniczone.

Ale dlaczego? Ale jak to? Ale czy ograniczenie nie będzie naruszeniem takiego prawa przysługującego każdemu człowiekowi? Czy mogę napisać do Beaty Szydło, ewentualnie Komisji Europejskiej, żeby coś z tym zrobili? Napisać zawsze możesz, ale nie zmienia to faktu, że państwo może ograniczyć twoje prawa podstawowe. Gdyby państwo nie miało takiej możliwości, doprowadziłoby to do iście absurdalnych sytuacji. Przykładowo: każdy ma zapewnioną wolność osobistą, prawda? To wydaje się oczywiste. Czy to oznacza, że państwo w żadnej sytuacji nie będzie miało prawa do pozbawienia kogoś wolności? Oczywiście że nie. Zawsze pojawią się takie sytuacje, w których konieczne będzie odebranie konkretnemu człowiekowi jego wolności osobistej rozumianej jako możliwość dowolnego decydowania o swoim postępowaniu. O ograniczeniu wolności osobistej zazwyczaj decyduje sąd. Jednak nie może on ograniczyć twojej wolności według własnego widzimisię. Jest on związany przepisami, które regulują ściśle określone przypadki, w których może dokonać naruszenia przysługującego ci prawa podstawowego. Najczęściej będzie to reakcja państwa na niepożądane zachowanie, np. prowadzenie po pijaku, czy zabójstwo 5-latka. Sąd może ograniczyć twoją wolność w przeróżny sposób. Przykładowo może zdecydować o zamknięciu cię do więzienia, a może odebrać ci prawo jazdy na jakiś czas (co też przecież będzie jakimś tam ograniczeniem twojej wolności). [2]

Podobnie z chronionym przez państwo prawem własności – co jeśli pożyczysz od kogoś jakąś kwotę pieniędzy i nie będziesz chciał mu jej oddać? Czy ten kto ci pożyczył pieniądze nie może domagać się od ciebie zwrotu tych pieniędzy? Czy państwo powinno mu pomóc w odzyskaniu od ciebie tych pieniędzy? Czy jeśli komornik (a więc przedstawiciel państwa, organ władzy publicznej) zajmie ci jakąś kwotę na koncie bankowym i przymusowo zabierze ci ileś tam pieniędzy – to czy to będzie naruszenie twojego prawa własności?

Nie muszę chyba wymyślać kolejnych przykładów zasadności ograniczania konstytucyjnie gwarantowanych praw i wolności. Uważam, że nawet czytelnicy Gazety Polskiej są w stanie to zrozumieć. Generalnie ograniczać prawa człowieka państwo może tylko w bardzo dobrze uzasadnionych sytuacjach, gdy będzie to niezbędne dla ściśle określonego celu. Tym celem może być np. ochrona innego prawa o podobnej doniosłości co prawo ograniczane. Dodatkowo ograniczenie może nastąpić tylko w przypadkach przewidzianych przez ustawodawcę (czyli tych typów, których wszyscy wybieramy co cztery lata i którzy siedzą w kółeczku i podnoszą rączki i opuszczają je w rytm stuków-puków laski pewnego starszego pana).

Jak ograniczyć wolność zgromadzeń

Ustaliliśmy, że wolność zgromadzeń jest jednym z najważniejszych praw człowieka. Marsze i parady równości z pewnością są zgromadzeniami publicznymi i przez to objęte są ochroną ze strony państwa gwarantującą prawidłowe wykonywanie tej wolności. Sakiewicz twierdzi, że Truskolaski powinien był ograniczyć prawo do zgromadzenia publicznego wszystkich tych osób, które organizowały białostocki marsz i brały w nim udział. Ustaliliśmy już, że w pewnych sytuacjach prawa człowieka mogą być ograniczane na ściśle określonych zasadach. Zanim odpowiemy na pytanie, czy ten konkretny marsz mógł zostać zakazany, przydałoby się dowiedzieć, w jakich okolicznościach można ograniczyć wolność zgromadzeń. Potem zastanowimy się, czy w przypadku białostockiego marszu równości zaszła okoliczność pozwalająca go zakazać.

Uwaga, teraz będziemy cytować ustawy, nie regulujcie odbiorników i postarajcie się nie usnąć. Zgodnie z art. 57 Konstytucji, ograniczenie wolności zgromadzeń może określać tylko ustawa. Taka ustawa istnieje i nazywa się prawo o zgromadzeniach. W nim znajduje się art. 14, który wymienia przesłanki, które muszą zajść, by organ gminy (czyli w przypadku gminy miejskiej Białystok – prezydent miasta, który to urząd obecnie pełni Tadeusz Truskolaski) mógł zakazać zgromadzenia.

Załóżmy że planujesz organizację zgromadzenia publicznego w Białymstoku. Pierwszym przypadkiem, w którym Truskolaski mógłby wydać decyzję zakazującą twojego zgromadzenia jest sytuacja, w której cel tego zgromadzenia naruszałby wolność pokojowego zgromadzania się, jego odbycie naruszałby art. 4 prawa o zgromadzeniach (przepis ten generalnie mówi o tym, że w zgromadzeniu nie mogą uczestniczyć osoby posiadające przy sobie broń, materiały pirotechniczne itp.) lub jego odbycie naruszałby zasady organizowania zgromadzeń albo jego cel lub odbycie naruszałby przepisy karne. To jest punkt pierwszy tego artykułu. Uff, udało się przebrnąć przez przepis. Żyjecie? Czy są jakieś ofiary w ludziach?

Jak ten przepis ma się do rzeczywistości? Wyobraźmy sobie, że będziesz chciał zorganizować zgromadzenie. W tym celu na fejsie stworzycie ze swoimi ziomalami wydarzenie „łamanie sobie nóg, by nie iść do woja”, ustawicie datę zgromadzenia na 20 lipca 2019 roku o godzinie 14:30, na miejsce wybierzecie Plac NZS w Białymstoku. Fejs wam powie, że będzie słoneczko, bezchmurne niebo i powyżej 25 stopni. Mimo tak sprzyjających okoliczności wasze zgromadzenie raczej zostanie zakazane. Ale dlaczego? Czy już mogę pisać do prezydenta Dudy, żeby coś zrobił z tym wstrętnym Truskolaskim zakazującym mi łamać sobie nóg? Pisać zawsze możesz, ale nie zmieni to faktu, że w kodeksie karnym znajduje się przepis, zgodnie z którym nie wolno samouszkadzać się w celu zwolnienia od obowiązku służby wojskowej albo odroczenia tej służby.

Żaden z przypadków wskazanych w art. 14 pkt 1 prawa o zgromadzeniach nie zachodził w przypadku białostockiego marszu i żaden z włodarzy miast nie próbował jeszcze udowodnić, że było inaczej. Zawsze może znaleźć się jakiś nowy typol będący prezydentem albo burmistrzem, który spróbuje naciągnąć okoliczności faktyczne w taki sposób, że czary-mary-hokus-pokus do zakazania marszu równości użyje tego przepisu. Dopóki tak się nie stanie – nie będziemy sami próbowali nic wymyślać.

Drugą sytuacją, w której dopuszcza się zakazanie zgromadzenia publicznego jest okoliczność, że ma się ono odbyć w miejscu i czasie, w których odbywają się zgromadzenia organizowane cyklicznie (art. 14 pkt 3). Ta przesłanka jest legislacyjnym niemowlakiem (przepis obowiązuje dopiero od kwietnia 2017 r.), mocno pokracznym i twardo krytykowanym przez prawników. W normalnej sytuacji zająć się nim powinien Trybunał Konstytucyjny, ale wszyscy dobrze wiemy jak jest. Wiemy też czemu tak naprawdę instytucja zgromadzeń cyklicznych miała służyć. Nie będziemy się więc rozwodzić nad tym przypadkiem. W Białymstoku w soboty (ewentualnie każdego 20 dnia miesiąca) o godzinie 14:30 na placu NZS nie odbywa się żadne zgromadzenie cykliczne. Dlatego przepis ten również nie mógłby znaleźć zastosowania przy wydaniu decyzji zakazującej marszu równości i do tej pory nikt nie wykazał się taką kreatywnością, żeby spróbować go zastosować.

Wreszcie ostatnia sytuacja, w której organ gminy może wydać decyzję o zakazie zgromadzenia publicznego, przewidziana w art. 14 pkt 2 prawa o zgromadzeniach. Mówi on, że zgromadzenie może zostać zakazane, jeśli jego odbycie może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach, w tym gdy zagrożenia tego nie udało się usunąć w drodze wezwania do zmiany miejsca lub czasu zgromadzeń kolidujących lub w drodze przeprowadzenia rozprawy administracyjnej. Przekładając z bełkotliwego na polski – jeśli zorganizowanie twojego zgromadzenia spowoduje poważne zagrożenie dla wszystkiego co stoi dookoła, to zostanie ono zakazane. To właśnie ta przesłanka była w niedalekiej przeszłości wykorzystywana jako podkładka pod wydanie zakazów marszów równości w Lublinie, Gnieźnie i Rzeszowie. Czy słusznie? Z mojej dotychczasowej pisaniny jeszcze to nie wynika. Zastanówmy się więc najpierw, jakie obowiązki ciążą na organizatorze zgromadzenia, a jakie na władzy publicznej.

Zakaz marszu równości

Na organizatorach spoczywa obowiązek dopełnienia niezbędnych formalności i zapewnienia pokojowego przebiegu zgromadzenia zgodnie z prawem i przyjętym programem. Natomiast na władzach publicznych ciąży obowiązek zapewnienia spokojnego i niezakłóconego przebiegu zgromadzenia, jak też ochrony jego uczestników przed działaniami przeciwników celów, dla jakich zgromadzenie zostało zwołane. [3]

Czyli w prostych słowach: organizator ma obowiązek zorganizować pokojowe zgromadzenie, a państwo ma zasrany obowiązek takie zgromadzenie ochronić przed różnego rodzaju zjebixami.

Wobec tego pojawia się pytanie – czy organ władzy publicznej może żądać od organizatora zgromadzenia, by ten zapewnił spokojny i niezakłócony przebieg zgromadzenia, jeśli odbycie tego zgromadzenia powoduje zagrożenie zdrowia lub życia ludzkiego? Czy jeśli cel zgromadzenia jest zgodny z prawem i stanowi przejaw realizacji wolności zgromadzeń – to czy organ państwowy może przerzucić na organizatorów swój psi obowiązek ochrony takiego zgromadzenia? Odpowiedź jest jednoznaczna i oczywista i brzmi absolutnie nie, organ państwowy nie ma takiego prawa. Mądrzy ludzie, którzy musieli poradzić sobie z tymi bzdurnymi zakazami marszy równości na przestrzeni ostatniego roku napisali takie rzeczy:

Niedopuszczalne jest uzależnienie możliwości realizacji wolności zgromadzeń od reakcji przeciwników zgromadzenia.

Skoro wolność zgromadzeń jest konstytucyjnie chroniona, to jakiekolwiek jej ograniczenia muszą być wprost w ustawie wyrażone i wykluczone są wszelkie interpretacje rozszerzające czy wnioskowanie przez analogię. Tym samym ewentualna interwencja organów władzy publicznej w wolność zgromadzeń musi mieć charakter wyjątkowy.

Standard ochrony wolności zgromadzeń oraz powiązany z nim zakaz nierównego traktowania przez władze publiczne można sprowadzić do następujących kwestii:

– organy władzy publicznej mają obowiązek umożliwić przeprowadzenie pokojowego zgromadzenia również wtedy, kiedy jego uczestnicy będą prezentować idee odmienne od poglądów większości, a dodatkowo takie zgromadzenie będą się starali zakłócić lub udaremnić uczestnicy kontrmanifestacji,

– przesłanki pozwalające na wydanie zakazu odbycia zgromadzenia nie mogą być interpretowane rozszerzająco, w szczególności zaś nie mogą opierać się wyłącznie na ogólnych prognozach lub przypuszczeniach i muszą uwzględniać wartości i normy wyższego rzędu wynikające z Konstytucji RP i przepisów prawa międzynarodowego,

– organy władzy publicznej, dokonując oceny, czy zgłoszone zgromadzenie zagraża życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach powinny odnosić się do zachowania organizatorów i uczestników zgromadzenia, nie zaś do zachowania osób trzecich próbujących udaremnić przeprowadzenie demonstracji. [4]

Z tego przydługiego i troszkę nudnego wywodu wynika jednoznacznie, że Truskolaski nie miał prawa zabronić pierwszego białostockiego marszu równości. IN YOUR FACE, SAKIEWICZ!!!

Wobec tego Truskolaski nie ponosi odpowiedzialności za ten festiwal przemocy, którego byliśmy świadkami 20 lipca w Białymstoku. Co więcej – moim skromnym zdaniem odpowiedzialność za to, co się stało w tamto sobotnie popołudnie ponoszą ludzie tacy jak Sakiewicz, którzy relatywizują tamte zdarzenia, doszukują się prowokacji, czy wreszcie obwiniają za nie ofiary. No ale trzeba nie mieć kręgosłupa moralnego, żeby prezentować takie stanowisko.

Obiecuję, że druga część tej notki powstanie szybciej niż za 3 lata. Mam nadzieję, że uda mi się ją napisać przez najbliższy weekend.


Przypisy:

[1] M. Safjan, L. Bosek (red.), Konstytucja RP. Tom I. Komentarz do art. 1–86, Warszawa 2016

[2] P. Sarnecki (red.), Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz. Tom II, Warszawa 2016

[3] W. Skrzydło (red.), Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz, Warszawa 2013

[4] Postanowienie Sądu Apelacyjnego w Lublinie z dnia 12.10.2018 r., sygn. akt I ACz 1145/18, LEX nr 2559817

 

Zdjęcie ilustracyjne autorstwa Barta Staszewskiego do znalezienia pod linkiem.

Atak na Prezydenta

Świat mnie nieustannie zaskakuje. Dzisiaj na przykład zdziwiłem się stanem polskiej nauki. Wysłuchałem bowiem wywiadu z pewną panią, której kiedyś udało się uzyskać tytuł doktora habilitowanego nauk prawnych. Zastanawiam się, jak to jest możliwe, że ktoś dopuścił do tego, by taki nieuk jak Krystyna Pawłowicz, mógł obronić habilitację.

Dlaczego mam czelność nazwania pani poseł nieukiem?

Jakiś czas temu Telewizja Republika przeprowadziła cykl wywiadów z Najmądrzejszymi Polakami (TM). Rozmowy dotyczyły domniemanych ataków na Prezydenta Andrzeja Dudę w związku z kryzysem konstytucyjnym wywołanym przez nieprzyjęcie ślubowania od wybranych przez Sejm VII kadencji sędziów, wybór nowych sędziów przez Sejm VIII kadencji i dwie nowelizacje ustawy o TK. Pierwszym gościem Republiki był wybitny historyk związany z Uniwersytetem Jagiellońskim prof. Andrzej Nowak, drugim była wspomniana już posłanka Pawłowicz (która sama siebie określa „posłem”, protestując przeciwko tworzeniu rodzaju żeńskiego tego słowa), doktor habilitowany nauk prawnych i profesor w Wyższej Szkole Administracji Publicznej w Białymstoku. Obie rozmowy prowadziła Ewa Stankiewicz.

pawlowicz_00
Wyjaśnienie: nawiązanie do wypowiedzi z komisji sejmowej, nie do słynnej sałatki

Przyjrzyjmy się najciekawszym wypowiedziom „kontrowersyjnej” posłanki PiS-u.

A fe, niegrzeczne wydziały!

Uchwały, które podejmują, co ciekawe, nie różne wydziały, tylko wydziały prawa różnych uniwersytetów. Uniwersytet Jagielloński, jako najbardziej znaczący, wydał uchwałę niezwykle krzywdzącą pana prezydenta. Niesprawiedliwą, nieprawdziwą w swoich zarzutach.

(…)

Zarzuty są prawie, nie powiem, że jednobrzmiące, bo one się trochę różnią w stylu, natomiast zarzuty są te same. Że Prezydent łamie Konstytucję, bo nie przyjął ślubowania. Natomiast są to zarzuty bezpodstawne, dlatego że ustawa o TK żadnego terminu nie przewiduje. Trybunał Konstytucyjny, który orzekał w tej sprawie, dokonał nadinterpretacji. Wykorzystał kompetencję, którą sam sobie przyznał w ustawie, która cały czas obowiązuje od czerwca, w której ma prawo interpretować treść przepisów prawnych. I on sobie zinterpretował, że przyjęcie ślubowania oznacza natychmiastowe, bezwzględne, natychmiast przyjęcie ślubowania. To jest nadinterpretacja.

Po pierwsze: ów kryzys konstytucyjny, który rozpoczął się od bierności prezydenta Dudy w sprawie przyjęcia ślubowania od sędziów TK wybranych jeszcze podczas poprzedniej kadencji, jest sporem dotyczącym materii prawnej. Nic więc dziwnego, że głos w tej sprawie zabierają wydziały prawa, a nie wydziały historii, chemii, elektroniki czy biologii. Warto dodać, że uchwały potępiające działania władz przyjęło 5 wydziałów prawa i Instytut Nauk Prawnych PAN. 4 spośród tych jednostek zajmuje pierwsze miejsca w ostatnim rankingu wydziałów prawa Dziennika Gazety Prawnej. 4 wydziały znajdują się też wśród 6 najlepiej ocenionych jednostek naukowych zajmujących się prawem w Polsce. Ocena została przeprowadzona przez Komisję Ewaluacji Jednostek Naukowych działającą przy Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

Po drugie: pani Pawłowicz skupia swoją uwagę na Radzie WPiA Uniwersytetu Jagiellońskiego. Warto więc dowiedzieć się, co takiego przyjęła ona w uchwale nr 303/XI/2015?

Postawiono tam dwa konkretne zarzuty. Wyrażono opinię o nowelizacji ustawy o TK z dn. 19.11.2015 jako o ustawie nie dającej się pogodzić z zasadą demokratycznego państwa prawnego (co jest podstawową zasadą ustroju Polski, wyrażoną w drugim artykule obowiązującej Konstytucji). Okazało się, że rada wydziału dokonała trafnej oceny. TK w wyroku z 9.12.2015 orzekł o tym, że szereg przepisów tej nowelizacji było niezgodnych z Konstytucją, w tym ze wspomnianym już art. 2. Polecam przeczytać całe uzasadnienie wyroku dostępne na stronie Internetowego Portalu Orzeczeń TK (sprawa K 35/15).

Drugim zarzutem rady wydziału było przyjęcie uchwał znoszących wybór sędziów TK przez Sejm poprzedniej kadencji. Rada przyjęła stanowisko, że uchwały te pozbawione były mocy prawnej i jedynie pogłębiły kryzys konstytucyjny. Mogłoby się wydawać, że uzyskanie dowodów na poparcie tej tezy będzie trudniejsze, ponieważ Trybunał odrzucił wniosek o kontrolę zgodności tych uchwał z Konstytucją. Nic bardziej mylnego:

4.1. Dokonując kwalifikacji uchwał o braku mocy prawnej, Trybunał Konstytucyjny podzielił w pełni zapatrywanie wyrażone w wyroku TK z 3 grudnia 2015 r., sygn. K 34/15, zgodnie z którym: „uchwały z 25 listopada 2015 r. należy traktować jako akty prawne o charakterze wewnętrznym, mające cechy częściowo oświadczenia, częściowo zaś rezolucji. Z prawnego punktu widzenia ich treścią jest – po pierwsze – przedstawienie politycznego stanowiska Sejmu w konkretnej sprawie, która w danym momencie została oceniona przez izbę jako doniosła, po drugie zaś – niewiążące prawnie wezwanie organu państwa (in casu Prezydenta) do określonego działania. Uchwały z 25 listopada 2015 r. nie są rozstrzygnięciami o charakterze konkretnym i indywidualnym w ramach tzw. funkcji kreacyjnej Sejmu, polegającej na obsadzaniu bądź zwalnianiu przewidzianych prawem stanowisk i funkcji publicznych. W tym sensie są one kategorialnie różne od uchwał Sejmu w sprawie wyboru sędziego Trybunału, przez które Sejm realizuje m.in. swoją kompetencję określoną w art. 194 ust. 1 Konstytucji. Uchwały z 25 listopada 2015 r. i zawarte w nich stwierdzenia (oświadczenia) z definicji nie wpłynęły zatem na moc prawną uchwał Sejmu VII kadencji w sprawie wyboru sędziów Trybunału, których kadencje zakończyły się 6 listopada, 2 i 8 grudnia 2015 r. – nie mogły wywrzeć w tej mierze żadnego skutku prawnego i nie rzutują na moc obowiązującą art. 137 ustawy o TK. Wbrew zawartej w nich deklaracji, następstwa uchwał z 25 listopada 2015 r. należy tłumaczyć zgodnie z ich prawną naturą oraz pozycją w systematyce uchwał Sejmu”. Oznaczało to, że uchwały o braku mocy prawnej należało zaliczyć do kategorii uchwał nieprawotwórczych oraz zakwalifikować je jako prawnie niewiążące.

Źródło (U 8/15)

Trybunał raz jeszcze przyznał rację Radzie WPiA UJ.

Po trzecie: owszem, ustawa o TK nie przewidziała terminu przyjęcia ślubowania przez Prezydenta. Ale jednocześnie Konstytucja w art. 194 ust. 1 mówi wyraźnie, że sędziego TK wybiera Sejm. Blokowanie przez Prezydenta wyboru dokonanego przez Sejm byłoby więc łamaniem tego przepisu Konstytucji. Tak też twierdzi Trybunał w uzasadnieniu do wyroku z dn. 3.12.2015:

8.5.2. Jak już podkreślono, obowiązkiem Prezydenta jest przyjęcie ślubowania od nowo wybranego sędziego Trybunału. To, że nie ma w przepisie terminu realizacji obowiązku odebrania ślubowania, należy rozumieć w ten sposób, że ten obowiązek musi być zrealizowany bez zwłoki, tak aby umożliwić działanie TK w piętnastoosobowym składzie.

Źródło (K 34/15)

Pani doktor w innym miejscu wspomina o tym, że Prezydent czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji. Owszem, istnieje taki zapis w ustawie zasadniczej (art. 126 ust. 1 zdanie 1). Problem polega na tym, że artykuł ten zawiera jedynie zadanie organu państwowego, a nie jego kompetencję:

Zadanie organu państwowego to kierunek działania tego organu, cel, do którego organ państwowy ma obowiązek dążyć. Między zadaniem a kompetencją zachodzi następująca relacja. Organ państwowy ma obowiązek realizować swoje zadania, wykorzystując do tego swoje kompetencje. Co więcej – może on realizować swoje zadania wyłącznie za pomocą tych kompetencji.

Źródło: Paweł Sarnecki, „Prawo konstytucyjne RP”, wydawnictwo C.H. Beck, Warszawa 2014, str. 347

Dorzućmy do tego poglądu artykuł 7 Konstytucji („Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa”) i otrzymujemy zakaz domniemania kompetencji:

Zdaniem Trybunału Konstytucyjnego z konstytucyjnej zasady legalności jak również z zasady demokratycznego państwa prawa wynika jednoznaczny wniosek, że w przypadku, gdy normy prawne nie przewidują wyraźnie kompetencji organu państwowego, kompetencji tej nie wolno domniemywać i w oparciu o inną rodzajowo kompetencję przypisywać ustawodawcy zamiaru, którego nie wyraził.
Źródło (W 7/94)

Zgodnie z tą zasadą, Prezydent RP został wyposażony w narzędzia umożliwiające mu efektywne stanie na straży Konstytucji. Sztandarowym przykładem takiej kompetencji jest możliwość skierowania ustawy do TK przed jej podpisaniem (art. 122 ust. 3). Jest on jedynym organem państwa zdolnym do zainicjowania kontroli prewencyjnej ustawy. Nigdzie w Konstytucji nie ma jednak uprawnienia Prezydenta do ingerowania w wybór sędziów TK. Jeśli prezydent Duda miał wątpliwości w sprawie wyboru sędziów przez Sejm poprzedniej kadencji, powinien był skierować ustawę o TK do oceny zgodności jej przepisów z Konstytucją. Jak wiemy – nie zrobił tego. W zamian postanowił wystąpić w roli Trybunału orzekającego o konstytucyjności wyboru sędziów.

Po czwarte: Trybunał nie napisał sobie ustawy. Owszem, w TK powstał projekt nowej ustawy, co jednak nie jest niczym nadzwyczajnym:

Przygotowanie projektu ustawy przez instytucję, której ma ona dotyczyć, jest powszechną praktyką zarówno w Polsce (tak powstawały projekty nowelizacji ustaw o Sądzie Najwyższym, Naczelnym Sądzie Administracyjnym czy Najwyższej Izbie Kontroli), jak i na świecie (np. projekt zmian w funkcjonowaniu Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej). Tego rodzaju regulacje normują ważne szczegóły i kwestie techniczne, a ich przygotowanie wymaga wiedzy praktycznej, której nie mają z reguły organy dysponujące inicjatywą ustawodawczą. Udział w pracach legislacyjnych przedstawicieli instytucji, której dotyczy projektowana regulacja – występujących w roli ekspertów − wynika z Regulaminu Sejmu (art. 42 ust. 1 i 154 ust. 3).

Źródło

Warto dodać, że pani Pawłowicz podnosiła ten argument już w lutym 2014 roku w trakcie prac legislacyjnych nad ustawą o TK w artykule opublikowanym w Rzeczpospolitej (całość dostępna jest na stronie pani poseł):

Na marginesie, trzeba mocno podkreślić, iż nie jest profesjonalnym ani etycznym działaniem sędziów TK przygotowywanie nowej regulacji dla siebie samych, w tajemnicy, bez żadnych konsultacji z odpowiednimi środowiskami. Projekt i sposób jego przygotowania dowodzi nadużycia przez aktualny skład sędziowski Trybunału swej pozycji i rangi w państwie w wąskim interesie grupowym tych sędziów.

Trybunał Konstytucyjny organ o wyjątkowych, silnych kompetencjach, m.in. do przełamywania woli najwyższego organu państwowego – Sejmu, nie powinien mieć głosu decydującego przy opracowywaniu projektu ustawy o TK. Co więcej, projekt taki powinien powstać w Sejmie, i winien być efektem ponadpartyjnego kompromisu. Projekt ustawy o TK winien być wcześniej konsultowany z różnymi środowiskami. W mojej ocenie, sędziowie TK winni nawet „trzymać się z daleka” od tego projektu (poza ewentualnymi konsultacjami), gdyż w wypadku zaskarżenia o niekonstytucyjność przepisów uchwalonej ustawy sędziowie TK orzekając w tej sprawie staliby się sędziami we własnej sprawie, i właściwie, standardowo winni byliby się wszyscy wyłączyć. Czy w obecnej sytuacji, gdy projekt napisali sobie sami sędziowie, w tajemnicy, z punktu widzenia własnych interesów – będą bezstronnie, krytycznie oceniać własne pomysły? Jestem pewna, że nie.

Źródło

Parę dni później w Gazecie Wyborczej ukazała się polemika autorstwa prof. Piotra Winczorka, konstytucjonalisty i teoretyka prawa:

To, że projekty ustaw odnoszących się do różnych instytucji publicznych powstają w gronie osób będących ich funkcjonariuszami, nie jest niczym szczególnym. Gdyby było to niezgodne z zasadami demokratycznego państwa prawnego, posłowie i senatorowie nie powinni przygotowywać i przegłosowywać takich aktów normatywnych jak regulaminy obu izb lub ustawa o wykonywaniu mandatu posła i senatora. Ustawa o TK nie będzie też działać w interesie osób, które ją opracowywały, ponieważ kadencja sędziów Trybunału jest ograniczona do 9 lat i nie mogą oni podlegać reelekcji. Nowa ustawa o TK będzie dotyczyć głównie tych sędziów, którzy zostaną wybrani w przyszłości.

Źródło

Kończąc ten wątek: żaden z sędziów nie miał wpływu na ostateczną treść ustawy. Jak każda inna przyjmowana w Polsce ustawa, przeszła ona standardową procedurę legislacyjną, która nie przewiduje prawa innych organów poza Sejmem, Senatem i Prezydentem do wiążącego decydowania o treści aktu normatywnego.

Nasuwa się jeden wniosek: by lepiej poznać podstawowe zasady ustroju państwa, w którym się żyje, wskazane jest czytanie orzeczeń Trybunału Konstytucyjnego. Szkoda, że pani Pawłowicz nie chce tego czynić.

Lewacka kontrola konstytucyjności aktów normatywnych

Trybunał Konstytucyjny nie podlega żadnej kontroli społecznej. Stworzyliśmy taką hybrydę, potworka, wyhodowaliśmy sami na fali takiej poprawności politycznej, mody lewicowej, która w Europie zapanowała. Dobrze, Trybunał utworzono jeszcze w osiemdziesiątym [roku], od osiemdziesiątego tam dziewiątego działa. Natomiast ten Trybunał początkowo nie miał prawa… odebrano mu prawo do uchylania prawa. Natomiast my w miarę tej poprawności przyznaliśmy prawo do uchylania woli suwerena. Wyhodowaliśmy sobie potwora, który po prostu nas morduje, sami. Morduje suwerena, który władzę temu Trybunałowi dał.

Po pierwsze: Trybunał Konstytucyjny został wprowadzony do polskiego ustroju w 1982 roku, jednak ustawa umożliwiająca jego powołanie przyjęta została dopiero w 1985 roku. Rozpoczęcie orzekania nastąpiło 1.01.1986, trzy lata przed datą wskazaną przez panią Pawłowicz. Przypomnijmy – pani Pawłowicz przez długie lata kształciła młodych prawników. Miejmy nadzieję, że na zajęcia przychodziła lepiej przygotowana.

Po drugie: przed wejściem w życie obecnie obowiązującej Konstytucji, TK miał prawo do uchylania prawa (wbrew temu co powiedziała pani poseł).

Źródło
Źródło

Jak na mój rozum, TK posiadał takie prawo. Oczywiście uprawnienie to nie miało charakteru ostatecznego. Z lektury przytoczonych przepisów wynika, że prawo to ograniczone było przez Sejm, który odpowiednią większością (2/3) głosów mógł odrzucić wyrok.

Po trzecie: historia sądownictwa konstytucyjnego na świecie nie jest długa. Pomysł utworzenia osobnych ciał sądowniczych zdolnych orzekać w trybie kontroli skoncentrowanej (kontrola, w wyniku której sąd może pozbawić niekonstytucyjne przepisy mocy obowiązującej) pojawił się pierwszy raz w Austrii po I wojnie światowej. W dwudziestoleciu międzywojennym, poza ojczyzną Mozarta, taki sąd funkcjonował tylko w Czechosłowacji. Jednak już po II wojnie światowej kraje demokratyczne zaczęły wprowadzać instytucje podobne do TK. Takie sądy były jednak obce państwom bloku socjalistycznego (poza Jugosławią). Dlaczego?

Kontrola konstytucyjności ustaw przez organy pozaparlamentarne, a w szczególności sądowe i quasisądowe jest instytucją reakcyjną i właśnie dlatego nie ma dla niej miejsca ani w państwie socjalistycznym, ani w państwie ludowym, które spokojnie ufają sprawiedliwości ludu i jego woli.

Źródło: S. Rozmaryn, Kontrola konstytucyjności ustaw, Państwo i Prawo 1946, zeszyt 11/12, strona 866

Wydawałoby się, że dzisiaj panuje konsensus w kwestii istnienia Trybunału Konstytucyjnego. Od czasu do czasu pojawiają się jednak głosy krytycznie wypowiadające się o jego roli w systemie prawa:

Polityka w państwie narodowym powinna być tworzona przez Naród oraz organy mające jego bezpośrednią legitymizację wyrażoną w głosowaniu. Unikać należy sytuacji, w której woli Narodu wyrażonej przez jego reprezentantów lub sam Naród bezpośrednio sprzeciwia się grupa niemająca bezpośredniej legitymacji Narodu, a wybierana jest przez Sejm. Stąd przemyślenia wymaga rola Trybunału Konstytucyjnego. (…) Tym niemniej szczególnie przy sprawowaniu kontroli konstytucyjności zachodzi na całym świecie zjawisko aktywizmu sędziowskiego. Wykorzystując to, iż orzeczenia TK są ostateczne, sędziowie mogą wobec wielokrotnie niejednoznaczności przepisów konstytucyjnych lub przez odwoływanie się do przepisów – zasad o znaczeniu dość ogólnym – kwestionować z powodów światopoglądowych czy politycznych decyzje parlamentu wybranego w wolnych wyborach. W ten sposób mogą utrudniać realizowanie przez Prezydenta i parlament polityki państwowej, do realizacji której mają upoważnienie obywateli. W niektórych wypadkach może to pozbawiać organy władz ustawodawczej i wykonawczej niezbędnej swobody dla realizowania swojego programu.

Wobec tego można zaproponować trzy rozwiązania. (…) Ograniczona powinna zostać kontrola następcza już po wejściu danego aktu w życie. (…) Po drugie, należy podwyższyć do dwóch trzecich większość niezbędną do uznania danej ustawy lub niektórych jej postanowień za niekonstytucyjne. Po trzecie, należy przemyśleć możliwość odrzucenia orzeczenia TK przez obie izby parlamentu większością 2/3 głosów w obecności co najmniej 2/3 członków obu izb.

Źródło: Niezbędnik narodowca. ABC nowoczesnego nacjonalizmu, Biblioteka Polityki Narodowej, Warszawa 2014, str. 75-76

Sama pani dr hab. Pawłowicz prof. WSAP, w przytoczonej już wyżej opinii opublikowanej na łamach Rzeczpospolitej proponowała podobne rozwiązania:

Konstytucja w art. 194 określa, iż „TK składa się z 15 sędziów” oraz w art. 190 ust. 5, iż „orzeczenia Trybunału zapadają większością głosów.” Oznacza to, że zgodnie z Konstytucją, która nie przewiduje tu żadnych wyjątków, orzeczenia Trybunału co do meritum, w każdej sprawie należącej do jego kompetencji muszą zapaść większością głosów pełnego składu (po ewentualnym odliczeniu sędziów chorych lub podlegających wyłączeniu obligatoryjnie lub fakultatywnie). Taki sposób głosowania nakazuje wyraźnie Konstytucja, stojąc na stanowisku że chodzi przecież o przełamywanie woli Sejmu i innych uprawnionych do stanowienia prawa podmiotów. Chodzi o przełamanie woli Suwerena i w żadnym razie nie wolno tego robić Trybunałowi np. 1-2 głosami w 5-osobowym składzie. Konstytucyjnie określany sposób głosowania w TK oznacza, że żadna ustawa, ani obecna (choć to czyni) ani żadna projektowana, nie może ustalać innych quorum i większości dla rozstrzygnięć. A taką niekonstytucyjną praktykę podtrzymuje omawiany projekt w art. 47, dopuszczając prawo orzekania co do istoty także składom już nawet 3- czy 5-osobowym, w sprawach zastrzeżonych przecież konstytucyjnie i wyraźnie dla „Trybunału Konstytucyjnego w składzie 15 sędziów”, który „podejmuje orzeczenia większością [tj. 8] głosów”.

W miejsce naruszającego Konstytucję art. 47 projektu należy zaproponować brzmienie z Konstytucją zgodne. Np:

  1. Trybunał Konstytucyjny orzeka w pełnym składzie.
  2. Orzeczenia co do istoty sprawy zapadają, jeśli w rozpoznaniu sprawy udział wzięło co najmniej 9 sędziów, z których co najmniej 8 głosowało za orzeczeniem.
  3. Stosunek głosów podaje się do wiadomości publicznej.

Źródło

Warto zauważyć, że trzon tych trzech uzasadnień jest co do zasady taki sam. Wszędzie chodzi o wyeliminowanie zagrożenia, jakie stanowi sąd konstytucyjny. Może on przecież pozbawiać mocy obowiązującej przepisy naruszające podstawowe zasady ustrojowe (na przykład prawa człowieka). Łatwo dowieść, że wszystkie te stanowiska sprzeciwiają się funkcjonowaniu demokracji rozumianej jako rządy większości przy jednoczesnym poszanowaniu praw mniejszości.

Nie jestem tak odważny jak pani poseł i nie posunę się do nazwania TK morderczym potworem, któremu w imię poprawności (domyślam się, że chodzi o poprawność polityczną) przyznano prawo do uchylania przepisów niezgodnych z Konstytucją. Wręcz przeciwnie, w systemie prawa stanowionego nie ma lepszej gwarancji tego, by prawo uchwalane przez przedstawicieli suwerena było zgodne z zasadą demokratycznego państwa prawnego.

Po czwarte: rozumiem, że poseł Pawłowicz dokonała skrótu myślowego, określając prawo przyjmowane przez władzę ustawodawczą emanacją woli suwerena. Od takiego zdania niedaleko już do twierdzeń posła Sanockiego (wybranego z listy Kukiz 15), który twierdził wprost, że to Sejm jest suwerenem:

Poseł niezrzeszony Janusz Sanocki, stwierdził, że retoryka przyjęta przez PO, PSL i .Nowoczesną w obronie Trybunału Konstytucyjnego jako gwarancji demokracji jest w dużej meirze oparta na propagandzie.

Kto jest suwerenem: Sejm czy Trybunał Konstytucyjny? – zapytał polityk, który wystąpił na wspólnej konferencji z Kornelem Morawiecki. Sanocki podkreślił, że wystarczy wziąć do ręki konstytucję, aby przekonać się, że to Sejm jest reprezentantem narodu i on sprawuję władzę w imieniu obywateli.

Źródło (TV Republika, nie polecam klikać w link). Pisownia oryginalna.

Krótkie wyjaśnienie: suwerenem nie jest ani Sejm, ani Trybunał Konstytucyjny. Według Konstytucji, władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu, który to władzę sprawuje przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio (art. 4). Nie można jednak zapominać o artykule 10 ust. 1, który wyraźnie mówi, że ustrój RP opiera się na podziale i równowadze władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej.

Jakieś studia gejowskie lub lesbijskie

Chciałabym, żeby uniwersytet był rzeczywiście wszechnicą, gdzie można uprawiać wolną naukę. Ale wolną naukę nie posuniętą do bluźnierstw typu gender studies, jakie pani Fuszara otworzyła i gdzie jednocześnie blokuje się spotkania z wybitnymi profesorami, którzy na przykład dowodzą o tym, że homoseksualizm jest chorobą, którą można leczyć, prawda? Albo jednocześnie promuje się i trzeba było wielkich zachodów, żeby jednego z profesorów, nie będę nazwiska mówiła, amerykańskiego, który chciał udowadniać, że zoofilia jest bardzo dobra, natomiast tu trzeba było wielkich wysiłków, żeby to utrącić. Więc ja myślę, że wolność nauki jednak powinna odbywać się w ramach pewnego systemu wartości powszechnie akceptowanego i to jest to. Natomiast nie uważam, żeby wolność nauki pozwalała na obrażanie, na krzywdzenie innych, na naruszanie po prostu praw natury.

Tutaj pozostaje mi odesłać tylko do strony na Facebooku zrzeszającej fanów czasopisma naukowego „Jakieś Studia Gejowskie lub Lesbijskie”. Po więcej informacji na temat homoseksualizmu jako choroby odsyłam do notki pt. „Lekarstwo” na blogu slwstra lub do książki „Wprowadzenie do psychologii LGB”, gdzie znajduje się cały rozdział przedstawiający historię uznawania homoseksualizmu za chorobę.

12237933_10153802144820528_2102946537588213785_o
Źródło

Pani Pawłowicz jest jedną z najbardziej znanych osób zasiadających w Sejmie. Słynie z kontrowersyjnych wypowiedzi, bardzo źle znosi polemikę. Słuchanie jej nie należy do rzeczy najprzyjemniejszych, więc nie mogę z czystym sercem polecić filmu na youtubie trwającego 35 minut, w którym cały czas słychać głos posłanki. Sugeruję jednak przełamać niechęć i obejrzeć całość, ponieważ przytoczyłem bardzo niewielki fragment audycji. Chociażby tylko dla pytań Ewy Stankiewicz, które łaskawie pozwoliłem sobie przemilczeć.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze.

Brawo, Panie Notariuszu!

Bezczelność PiSu i ludzi z nim związanych jest obrzydliwa. Na portalu wPolityce.pl pojawił się kłamliwy tekst Lecha Makowieckiego o istocie polskiej niepodległości. Przytoczę tylko kilka najbardziej oburzających fragmentów tego artykułu („Brawo, Panie Prezydencie! Mamy dziś niepowtarzalną szansę wybić się na prawdziwą niepodległość„).

Gdy niepełnosprawny umysłowo człowiek za kradzież batonika lądował w areszcie – nasze sądownictwo było ślepe na przewiny ludzi związanych z obozem władzy, zamieszanych w wielomilionowe afery gospodarcze i pospolite przestępstwa. Pomimo usilnego szukania grzechów u opozycji znaleziono jedynie nierozliczony rachunek za dorsza na kwotę 8,50zł. Do Mariusza Kamińskiego robiono kilka podejść (do trzech razy sztuka?), by tuż przed wyborami skazać tego kryształowego, walczącego z patologiami władzy urzędnika na trzy lata bezwzględnego więzienia.

Łatwo się stawia analogie między dwoma niezwiązanymi sprawami. Niezwykle łatwo oczyszcza się z winy osoby, które są nam bliskie (nawet jeśli bliskość ta występuje tylko w warstwie ideologicznej). Trudniej jednak orzec o kryształowym charakterze osoby po przeczytaniu uzasadnienia nieprawomocnego jeszcze wyroku skazującego. Rozumiem, że korzystanie z portali typu niezalezna.pl lub wpolityce.pl jest w stanie zastąpić zasięganie wiedzy u źródeł (szczególnie jeśli źródło liczy sobie prawie 200 stron). Życzyłbym jednak sobie, żeby ci, którzy tak czynią, nie dzielili się swoją ignorancją w środkach masowego przekazu.

Przytoczę wybrane fragmenty uzasadnienia wyroku Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieście z dn. 28.09.2015 o sygnaturze II K 784/10. Całość uzasadnienia (z wyłączeniem utajnionych fragmentów) tego nieprawomocnego wyroku dostępna jest pod tym linkiem.

Czyny przypisane oskarżonym miały charakter przemyślany i zaplanowany – ze świadomością braku możliwości określonego działania w konkretnych realiach, co było podniesione na etapie omówienia stanu prawnego sprawy. Stopień zawinienia wyznaczyło także ustalenie braku akceptacji oskarżonych dla zasad demokratycznego państwa prawnego, a wręcz przekonanie o wszechwładzy, którą mają dysponować, co wynika z ich wyjaśnień. Poziom braku szacunku dla wartości konstytucyjnych był tak duży, że samoistnie uzewnętrznił się w zachowaniu wszystkich oskarżonych.

(…)

Nie budzi żadnych wątpliwości to, że korupcję należy zwalczać wszystkimi możliwymi prawnie dostępnymi sposobami i to niezależnie od tego jak wysoko w kręgach władzy ma ona miejsce. Rzecz w tym, by rozpoznając zagadnienia związane z korupcją, czy jej zwalczaniem samemu przy tym nie naruszać prawa. Takich naruszeń dopuścili się wszyscy oskarżeni, którzy swoim zachowaniem pogwałcili nie tylko przepisy wymienionej wyżej ustawy o Centralnym Biurze Antykorupcyjnym i aktów prawnych niższej rangi, ale przede wszystkim najwyższego prawa, jakim jest Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Skutki takiego działania, to jest przekroczenia uprawnień mogły mieć znaczenie dla bezpieczeństwa państwa destrukcyjne w zakresie skutecznego ścigania przestępczości. Przypomnieć przykładowo należy, że skutkiem bezprawnego gromadzenia materiału dowodowego może być uniknięcie odpowiedzialności przez sprawców przestępstw.

Nie jest możliwe zaakceptowanie sytuacji, w której funkcjonariusze demokratycznego państwa, funkcjonariusze władzy publicznej, mogliby gromadzić dowody wbrew obowiązującemu prawu, natomiast zgodnie z prawem, na podstawie właśnie tych dowodów, obywatele mieliby ponosić odpowiedzialność karną. Każde państwo odpowiada za bezprawną działalność swoich funkcjonariuszy służb specjalnych, a tej odpowiedzialności nie może wyłączać powoływanie się na interes społeczny w zwalczaniu przestępczości.

(…)

Tymczasem oskarżeni M. K. (1), M. W., G. P.i K. B.realizując w przeważającej części czynności w sprawie określanej mianem „afery gruntowej” naruszali przede wszystkim przepisy art. 7 i 49 Konstytucji [odpowiednio: „Organy władzy publicznej działają na podstawie i w granicach prawa.” i „Zapewnia się wolność i ochronę tajemnicy komunikowania się. Ich ograniczenie może nastąpić jedynie w przypadkach określonych w ustawie i w sposób w niej określony.”], ale także inne przepisy ustawy zasadniczej oraz przepisy ustawy o CBA. Oskarżeni swoim działaniem godzili w prawa obywatelskie określone w Konstytucji, przede wszystkim w prawo do prywatności – bez żadnych ku temu powodów – co do osób wymienionych w opisie czynu przypisanego oskarżonym w wyroku. Nie mogło umknąć uwadze sądu, że podejmując określone działania oskarżeni naruszyli przepis art. 5 i 49 Konstytucji, która zapewnia wolności i prawa człowieka i obywatela oraz bezpieczeństwo obywateli, a wreszcie tajemnicę komunikowania. Przekraczali także zakres działania organów państwa określony przepisem art. 7 Konstytucji, a postępując w sposób wskazany w opisie czynu naruszyli również przepisy Europejskiej Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności.

(…)

Z pola widzenia nie mogło także umknąć to, że w przypadku oskarżonych M. K. (1), M. W., G. P. i K. B.sąd nie miał do czynienia z typowym przestępstwem „urzędniczym”, to jest czynem z art. 231 §1 k.k., gdzie sprawca przekracza swoje uprawnienia lub nie dopełnia obowiązków. Rzecz w tym, że każdy z oskarżonych przekraczając przydane mu przepisami uprawnienia dopuszczał się przestępstw, z których każde miało wysoki ładunek społecznej szkodliwości. Celem ich działania było z kolei wytworzenie określonej sytuacji, co wprost przyznał składając wyjaśnienia oskarżony M. K. (1) stwierdzając, iż miał świadomość, że prowadzenie sprawy może prowadzić do kryzysu w państwie. Podejmując określone działania oskarżeni mieli świadomość, że nie istnieją żadne poszlaki, czy dowody świadczące o zaistnieniu przestępstwa korupcji w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

(…)

Oskarżeni swoje działania podejmowali z premedytacją, ponieważ popełnienie przestępstwa zostało obmyślone, zaplanowano jego okoliczności, a także przygotowano do popełnienia odpowiedni grunt, w tym wprowadzając w błąd Prokuratora Generalnego, jego zastępców, a wreszcie Sąd Okręgowy w Warszawie. Podawanie nieprawdziwych okoliczności we wnioskach o zastosowanie kontroli operacyjnej dodatkowo przesądziło o zdecydowanie negatywnej ocenie działania M. K. (1), M. W., G. P. i K. B.. Oskarżeni działali przy tym z zamiarem bezpośrednim, kierunkowym i byli nastawieni na osiągnięcie określonego efektu.

(…)

Jeżeli mowa o ujemnych następstwach przestępstwa to nie sposób nie wspomnieć, że skutkiem działania oskarżonych było podważenie zaufania obywateli do państwa, którego funkcjonariusze działali niezgodnie z prawem. Indywidualne dobra poszczególnych obywateli, w szczególności wolności i prawa obywatelskie także zostały naruszone na skutek działania oskarżonych. Jednym z istotniejszych ujemnych następstw przestępstw przypisanych oskarżonym jest także fakt wprowadzenia po zakończeniu operacji specjalnej w błąd Prezesa Rady Ministrów J. K. (1) co do tego, że istnieją dowody na przyjmowanie korzyści majątkowych przez A. L. (1). Obiektywnie dowody takie nie istniały, o czym najlepiej świadczy to, że A. L. (1) nigdy nie postawiono zarzutu popełnienia przestępstwa korupcji, podobnie jak zarzutu takiego nie postawiono w postępowaniu, w którym na ławie oskarżonych zasiedli P. R. i A. K. (1).

Trudno mówić o kryształowym charakterze człowieka, który w takim stopniu przekracza swoje uprawnienia.

Ale wróćmy do tekstu Makowieckiego.

Część rodaków wyjechała z kraju, reszta z coraz większym trudem walczyła o przetrwanie tutaj. A rząd wszem i wobec głosił „złoty wiek” Polski! I dopiero fenomen Andrzeja Dudy, który – dzięki własnej charyzmie i wyjątkowej nieudolności konkurenta wygrał wybory prezydenckie – dała Polakom impuls nadziei.

Szczególnego rodzaju „impuls nadziei” poczuli wszyscy Polacy żyjący w związkach z obywatelami innych państw. W imię chorej ideologii zakładającej dyskryminację osób nieheteronormatywnych, stracą szansę na uproszczony tryb rozwiązywania spraw cywilno-prawnych.

Unia od ponad czterech lat pracowała nad ułatwieniami dla międzynarodowych małżeństw i związków partnerskich. Chodziło wyłącznie o sprawy majątkowe, m.in. wypracowanie wspólnych zasad określania sądu odpowiedzialnego za podział majątku na wypadek rozwodu czy śmierci małżonka (partnera). A także o szybkie uznawanie takich orzeczeń sądowych we wszystkich krajach UE. Polska za rządów Donalda Tuska, Ewy Kopacz i obecnie Beaty Szydło sprzeciwiała się ułatwieniom dla związków partnerskich z obawy, że pomoże im to przeniknąć tylnymi drzwiami do naszego porządku prawnego.

Były jednak pewne nadzieje, że uda się przyjąć przepisy dla małżeństw międzynarodowych. Ale i tu Polacy ostatecznie przelękli się homoślubów. Nasze władze jeszcze parę dni temu próbowały wprowadzić poprawkę z klauzulą „zachowania porządku publicznego”, czyli wytrychu pozwalającego polskim sądom na nieuznawanie ułatwień majątkowych w przypadku homomałżeństw.

(…)

Większość krajów UE nie zgodziła się na polską poprawkę i przeważył pogląd, że rozporządzenia w sprawie małżeństw i związków partnerskich należy traktować – wbrew postulatom Polski – jako jeden pakiet. – Rozdzielanie ich byłoby dyskryminacyjne – tak z argumentami Polaka polemizował m.in. przedstawiciel Słowenii.

(…)

– Spodziewaliśmy się, że Polska pod nową władzą zaostrzy kurs w UE, ale nie sądziliśmy, że stanie się to tak szybko i akurat w tej sprawie. Mam wrażenie, że Warszawa robi na złość własnym obywatelom – mówi jeden z unijnych dyplomatów. Przypomina, że liczba Polaków, którzy poślubili cudzoziemców, jest kilka razy wyższa niż 50 tys., o których pisze GUS.

Źródło

Znowu wracamy do Makowieckiego:

Nie pytam, gdzie była większość polskiego wymiaru sprawiedliwości (bo nie wierzę, że wszyscy), gdy działy się wszystkie opisywane przeze mnie wyżej podłości. I kto tak naprawdę zasiada w tych niezdekomunizowanych do dziś gremiach. Dlaczego dopiero teraz TK wydał werdykt, że w czerwcu Platforma Obywatelska – forsując na chama swoich kandydatów „trochę się myliła, a trochę nie”. Czy można być trochę w ciąży?

Trzeba być oszołomem, żeby prawie 30 lat po transformacji ustrojowej dalej bredzić o „niezdekomunizowanych do dziś gremiach”. Dodatkowo – trzeba być hipokrytą, jeśli główną twarzą walki o Trybunał Konstytucyjny po stronie PiS jest PRL-owski prokurator. Trzeba być wtórnym analfabetą, żeby nie rozumieć wyroków sądowych:

Trybunał uznał za niezgodny z konstytucją art. 137 ustawy o TK, w zakresie umożliwiającym Sejmowi poprzedniej kadencji (2011-2015) wybór dwóch sędziów TK w miejsce sędziów, których kadencja upływa odpowiednio 2 i 8 grudnia 2015 r. Za zgodne z konstytucją uznano natomiast przepisy regulujące wybór trzech sędziów wybranych w miejsce sędziów TK, których kadencja upływa 6 listopada 2015 r.

Trybunał uznał, że z art. 194 ust. 1 konstytucji wynika obowiązek wyboru sędziego Trybunału przez Sejm tej kadencji, w trakcie której zostało opróżnione stanowisko sędziego Trybunału. Wybór sędziego Trybunału nie może zostać dokonany niejako z góry (przed czasem) w stosunku do stanowisk sędziowskich, które zostaną zwolnione dopiero w trakcie kadencji przyszłego Sejmu.

Konsekwencją wyroku TK jest to, że w wypadku dwóch sędziów Trybunału, których kadencja upływa 2 i 8 grudnia 2015 r., podstawa prawna wyboru ich następcy została uznana za niekonstytucyjną. Dalsze postępowanie w sprawie rozpoczęcia przez nich urzędowania ulega zatem zamknięciu.

Wątpliwości konstytucyjnych nie budzi zatem podstawa prawna procedury zgłoszenia kandydatów i głosowania przez Sejm w sprawie wyboru trzech sędziów Trybunału, na miejsca sędziów, których kadencja upłynęła 6 listopada 2015 r. Wyboru tego dokonał Sejm tej kadencji, w trakcie której zostało opróżnione stanowisko.

Źródło

Nie wiem, kim trzeba być, by przepisy prawne porównywać do ciężarnej kobiety (ale wiem, że nie jest to cecha osoby, która wie, o czym mówi).

I znowu tekst Makowieckiego:

Niewątpliwie mamy dziś kryzys konstytucyjny. I trzeba go rozwiązać przy stole negocjacyjnym. Na warunkach narodu, a nie postkomunistycznych elit. Jeśli Konstytucja nie pasuje do Narodu, to trzeba zmienić Konstytucję. Nigdy odwrotnie, bo będzie rewolucja, a tego nikt by nie chciał.

Warto przypomnieć, że Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej została zaakceptowana przez Naród w referendum, które odbyło się 25.05.1997 roku. Za przyjęciem proponowanego tekstu Konstytucji opowiedziało się 6 396 641 obywateli. Dla porównania: na PiS w ostatnich wyborach parlamentarnych zagłosowało 5 711 687 osób, a na Andrzeja Dudę w pierwszej turze swój głos oddało 5 179 092 osób.

Czy te 6 milionów, które poparło Konstytucję 18 lat temu było członkiem postkomunistycznych elit?

Przypominam, że w 1989r. odzyskaliśmy niepodległość w 35 procentach (tyle miejsc w parlamencie wynegocjowano dla zwykłych Polaków przy okrągłym stole). Wszelkie próby powiększenia tej puli wolności były z zarodku tłumione (1992, 2007) bądź eliminowane (2010).

To jest już ordynarne zakłamywanie historii. Oczywiście, 35 procent mandatów sejmu kontraktowego miało pochodzić z wolnych wyborów (co ważne, bo często spotykanym błędem jest twierdzenie, że te 35% mandatów miało z góry trafić dla opozycji), lecz po dwóch latach rozwiązał się. W 1991 odbyły się pierwsze po wojnie w pełni wolne wybory parlamentarne. Brednie o „tłumieniu prób powiększania puli wolności” są tak głupie i oderwane od rzeczywistości, że nie zasługują nawet na komentarz.

Autorzy tego typu artykułów, a także redaktorzy, którzy bez wahania pozwalają publikować takie bzdury w mediach, w żadnym wypadku nie są patriotami. Nie mieści mi się w głowie, by określać tak osoby, które fałszują historię, odmawiają rodakom prawa do nazywania się „narodem”, depczą po takich wartościach jak państwo prawne czy prawo do założenia rodziny. A już na pewno nie jest patriotą ten, kto po wygranych wyborach, głośno krzyczy „TERAZ KURWA MY”.

Szczerze powiedziawszy – boję się. Na razie wiemy, że większość sejmowa określająca się „patriotyczną” jest w stanie w dwa tygodnie rozmontować jedyną władzę zdolną kontrolować niekonstytucyjne zachowania pozostałych władz. Nie wiemy natomiast, co w przyszłości się stanie, jeśli pojawi się jakaś siła polityczna zdolna wygrać wybory, która wykorzysta słabość państwa do całkowitego rozmontowania systemu praw człowieka. Patrząc na preferencje polityczne młodego pokolenia – w niedalekiej przyszłości może do czegoś takiego dojść.

PiS z Dudą tylko przecierają im drogę.

„Negatywny przegląd” jest na Facebooku i Twitterze.